Reklama
środa, 20 czerwca 2018 19:29

Rzecz o roślinach psychoaktywnych

Napisane przez  Administrator

Muzeum Narodowe w a prezentuje kulturę uprawy i stosowania…

Z dyrektorem Janem Maćkowiakiem i z Arkadiuszem Jełowickim z Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie oraz z Konradem Tuszewskim rozmawia Mariola Zdancewicz

Na początek  gratulacje – Pańskie muzeum właśnie otrzymało Grand Prix oraz statuetkę Izabella. Kapituła doceniła działalność naukową i wydawniczą  placówki – w szczególności nowatorski sposób dyskursu w propozycji pierwszego tomu rocznika „Dziedzictwo Kulturowe Wsi”. 

Szreniawa_4_ Dyrektor Jan Maćkowiak:  Rzeczywiście, staraliśmy się zaproponować nie tyle zupełnie nową formę dyskursu, tylko inną, bo czerpie on z już istniejących dyskusji o tematyce dziedzictwa kulturowego wsi w Polsce. Ważne było dla nas zapoczątkowanie dyskusji na temat współczesnego dziedzictwa kulturowego wsi: skąd się wywodzi, jakie są jego inklinacje do najnowszych prądów – nie tylko naukowych, ale też do sposobu jego przetwarzania we współczesnym społeczeństwie. Chcemy pokazać je jako atrakcyjne i nowoczesne, a nie siermiężne, jak się niektórym wydaje. Staramy się skupić autorów z różnych dziedzin o różnym doświadczeniu, bo i naukowców, i  muzealników, ale także urzędników, którzy też w pewien sposób to dziedzictwo wspierają. 

Arkadiusz_Jelowicki Arkadiusz Jełowicki:  Czasopismo jest multidyscyplinarne. Już w tytule wszystko jest symboliczne. Sama wieś też została potraktowana w ten sposób – dzisiaj większość z nas zdaje sobie sprawę, że wieś to już nie jest „fabryka żywności”, która żyje od świtu do nocy, w której kurki sobie biegają.

Ale chcą Państwo to właśnie przypomnieć...

J. M.: Nie tylko. Chcemy też uzmysłowić, że mieszkańcy dzisiejszej wsi coraz mniej różnią się od ludzi z miasta, jeśli chodzi o cały technologiczny entourage. Mają dostęp do internetu i do tego wszystkiego, co ludzie w mieście. Często nie różni ich nawet wykształcenie. Ba! Na wsi mieszka coraz więcej ludzi świetnie wykształconych, panuje trend, żeby właśnie tam zamieszkali, więc różnice są niewielkie.  

Na czym polega ten dyskurs? 

A. J.: Istnieje coś w sferze meta-, czyli dziedzictwo, które trzyma się na wsi troszkę silniej. Ono wywodzi się z dawnej kultury ludowej, z wiejskich zwyczajów i zostało unowocześnione, przeszło dość radykalną transformację. I to chcemy pokazać, chcemy tłumaczyć, że kultura żywa to nie tylko kultura odtwarzana w sposób sztuczny i skostniały, a tych przetworzonych zwyczajów, wciąż żywych, jest bardzo dużo – nie tylko na wsi, bo wiele z nich weszło do miasta wraz z mieszkańcami wsi, którzy tam wyemigrowali. Takim zwyczajem jest purtelam, o którym w ubiegłym roku wydaliśmy książkę. I to świetny przykład, żeby pokazać, jaką tematykę obejmują nasze prace. Wielkopolska składa się z co najmniej dwóch regionów kulturowych. Troszkę inny kształt ma część pruska, a inny kongresowa. Przykładem zwyczaju rozpowszechnionego w części pruskiej jest właśnie przedweselny purtelam, który przywędrował z Niemiec. Polegał on na tym, że w przeddzień wesela biło się szkło pod domem panny młodej, w zamian za to dostawało się alkohol lub placek drożdżowy. W XXI wieku ta tradycja uległa radykalnej transformacji pod wpływem nowych trendów kulturowych i teraz wygląda tak, że tydzień przed weselem urządza się wielkie przyjęcie –  właściwie grilla – na które przychodzi sto, dwieście osób – może przyjść każdy, nie trzeba zaproszeń – i też bije się szkło, aczkolwiek symbolicznie. Chodzi już bardziej o spotkanie i o rozmowę. Podobne transformacje to grill, ale także festyny gminne.

Grill wywodzi się z kultury ludowej?

A. J.: Prawdopodobnie grill i festyn wywodzą się z dziewiętnastowiecznego pikniku. Są formą dawnego spotkania towarzyskiego i wiążą się ze spożywaniem jedzenia na świeżym powietrzu.

 Kto finansuje wydanie rocznika? 

A. J.: Szreniawskie Muzeum i Fundacja Ochrony Dziedzictwa Kultury Wsi i Rolnictwa, dlatego obydwie instytucje widnieją w publikacji jako współwydawcy.  

Zmieniamy temat. Podjęli się Państwo organizacji seminarium pod hasłem „Rośliny i grzyby psychoaktywne”. Jednocześnie stanowiło ono podsumowanie dotychczasowych prac nad koncepcją nowej stałej ekspozycji w szreniawskim muzeum. 

Konrad_Tuszewski Konrad Tuszewski: Po naszych poszukiwaniach okazało się, że nikt w Polsce, a być może i w Europie, nie podjął się przygotowania rzetelnej, popartej naukowymi badaniami stałej ekspozycji ilustrującej historię roślin i grzybów psychoaktywnych. Jedynie w miejscowości Alnwick w Wielkiej Brytanii, liczącej bodajże kilkanaście tysięcy mieszkańców, po dwóch latach ustaleń i uzyskiwania pozwoleń otworzono ogród roślin trujących i częściowo psychoaktywnych. Rocznie odwiedza go milion osób, a koszt biletu to 40 funtów! 

Nie ma części świata, w której by nie korzystano ze środków pozyskiwanych z roślin i grzybów psychoaktywnych. Ich zdobywaniem i stosowaniem zajmowali się  doświadczeni szamani, osoby duchowne, które doskonale znały wpływ zawartych w nich substancji, wiedziały kiedy, w jakiej dawce, w jakim organizmie i w jakim celu mogą one wywołać pożądane efekty – w olbrzymiej większości terapeutyczne, mistyczne, nieraz rozrywkowe. 

Czymże była noc świętojańska przed kulturą chrześcijańską? A zdarzała się raz do roku. W tej chwili w Warszawie i w okolicach w ciągu jednego weekendu wypala się półtorej tony marihuany. Znano ją w starożytnym Egipcie, też ją tam palono, ale zawsze pod kontrolą kapłanów, żeby wywołać pozytywne efekty u „pacjenta”. Bliższe nam przykłady znajdziemy w polskiej literaturze. W „Pani  Twardowskiej” Mickiewicza pada zdanie: „Jedzą, piją, lulki palą […]”. Kiedy zadawałem naukowcom, z którymi się spotykałem, pytanie o lulki, 90% z nich nie wiedziało, co to jest. Lulek czarny rośnie w Polsce i jest rośliną psychoaktywną. Bo czy można było sobie wymyślić lot na Księżyc na kogucie, nie przyjmując czegoś wcześniej? W opisie grzybobrania w „Panu Tadeuszu” Wojski zbierał muchomory – grzyby nie trujące, ale psychoaktywne, bo skąd się wzięły krasnoludki, które mieszkają w tych muchomorach?

Najpierw ktoś je zjadł, a potem widział krasnoludki. 

K. T.: Nie byłem przy tym, ale to trafna diagnoza. Świat artystyczny od zarania dziejów poszukiwał większych doznań niż te codzienne. Gdyby nie substancje psychoaktywne, nie byłoby połowy – a zaryzykuję tezę, że nawet ¾ – dzieł sztuki, którymi dzisiaj jesteśmy zafascynowani. Oczywiście nie oznacza to, że jeśli odetnę sobie ucho, to natychmiast będę van Goghiem. Nie każdy, kto przyjmuje te środki, stanie się nagle wybitnym artystą, ale bez nich również historia świata wyglądałaby inaczej. Hitler u szczytu swojej haniebnej sławy przyjmował dziennie 60 tabletek. Churchill również nie stronił od środków pobudzających. W okresie międzywojennym Poznań był największym zagłębiem morfinistów w Polsce, dlatego że po I wojnie światowej olbrzymiej części kontuzjowanych żołnierzy ból uśmierzano morfiną, i kiedy oni wracali do pełnej albo częściowej kondycji, to w dalszym ciągu chcieli ją otrzymywać. W związku z tym w ówczesnym Poznaniu wytworzyła się mafia, która zakładała nieistniejące stadniny koni, nawiązywała kontakty przestępcze z weterynarzami, a ci przepisywali koniom końskie dawki morfiny – te recepty legalnie realizowano w aptekach. Następnie środek ten trafił na rynek, a w 1936 roku  w Poznaniu powstał pierwszy w Europie ośrodek leczenia morfinistów, tylko że w tamtych latach – i chyba w późniejszych również – morfinistów leczono kokainą. Najprawdopodobniej funkcjonowała wtedy w Poznaniu legalna palarnia opium.

Podczas II wojny światowej wszystkie armie korzystały z psychotropów. I Anglicy, i Niemcy, którzy inaczej nie doszliby pod Moskwę, i wojsko, i piloci. Bez stymulatorów nie mieliby siły, żeby działać na pełnych obrotach.

Nasza znajomość historii  w kontekście wpływu roślin psychoaktywnych na rozwój cywilizacji jest niewielka...

K. T.:  Wojny opiumowe na Dalekim Wschodzie zmieniły rzeczywistość tamtej części Ziemi. Ameryka Środkowa – z naczelną kokainą – to zupełnie inny świat. My nie chcemy wywoływać sensacji, ale rzetelnie opisać fakty. Nie można chować głowy w piasek i mówić, że Mickiewicz wielki był. Był, ale był człowiekiem i najprawdopodobniej brał. Najbardziej znanym artystą polskim, który z otwartą przyłbicą mówił, że brał, jest Witkacy. Założył firmę portretową i na odwrotach obrazów zapisywał, po zażyciu jakiego środka namalował dany obraz. Ale setki, tysiące przykładów światowych pokazują, że rośliny psychoaktywne są wręcz niezbędne do życia. Papież Franciszek, który był w Ameryce Południowej na ponad trzech, może nawet czterech tysiącach metrów, dostał do żucia liście koki, która ułatwia oddychanie. Tym bardziej że papież ma jedno płuco... Paracelsus powiedział, że wszystko zależy od dawki. Jeden z prelegentów seminarium – lek. med. Marcin Kubecki – jest anestezjologiem i opisywał wszystkie leki używane w tej dziedzinie medycyny. I wszystkie –  pochodzenia roślinnego i będące truciznami – podawane w odpowiedniej dawce – leczą. 

 Powiedzenie „Cicho jak makiem zasiał” wzięło się stąd, że matki, które wychodziły na pole, z dziećmi na plecach, brały kawałek tkaniny, wsypywały tam trochę cukru, trochę mleczka z maku i po podaniu tego płaczące dziecko zasypiało. Powiedzenie „Szaleju się najadłeś” pochodzi stąd, że po spożyciu szaleju mówiło się trochę od rzeczy. Wpływ tych roślin na człowieka jest albo delikatny, albo radykalny –  gdy prowadzi do takich zaburzeń, jakie miał Hitler czy artyści, którzy osiągnęli apogeum, otwierając się na nową rzeczywistość. Odkrywcy bezskutecznie pracowali kilka lat nad DNA, a kiedy otrzymali Nagrodę Nobla, jasno i czytelnie powiedzieli, że byli na tyle zdeterminowani, że po prostu  wzięli LFD i w ciągu dwóch godzin odkryli i zbudowali helisę. Lista osób, które się przyznają do swoich sukcesów wynikających ze stosowania środków psychoaktywnych, jest przeogromna, ale lista tych, które się zawiodły, jest wielokrotnie dłuższa. Stąd nie wolno zachęcać, ale nie wolno też chować głowy w piasek i wypalać tego tematu ogniem. 

Ale niektórzy stwierdzą – użyję Pana opisu – że może warto wziąć kokainę, potem sobie obciąć ucho i stać się van Goghiem. 

K. T.: Myślę, że wystawa wyraźnie pokaże, że na 10 tysięcy osób, które odcięło sobie ucho, nikt się nie stał van Goghiem. On od początku był artystą, ale jego jestestwo było tak wrażliwe i napięte, że po prostu pił absynt. 

Nie jest to za daleko posunięte?

K. T.: Opieram się na badaniach naukowych i chcę o wielu sytuacjach powiedzieć w sposób jawny. Toulouse-Lautrec chorował na choroby weneryczne – w tamtym okresie mnóstwo osób na nie chorowało i nie zarazili się nimi w kościele. Artysta pomagał sobie, pijąc piołunówkę. Gdy jako młody człowiek w szkołach referowałem sprawy związane z artystami – zwłaszcza tamtego okresu – i gdy mówiłem, że Wyspiański też używał różnych środków, że trawiły go różne choroby i zmarł na jedną z tych wstydliwych, profesorowie mnie tonowali: „Nie, nie, bo przecież on wielkim artystą był”. Nikt mu tego nie odejmie. A jednocześnie był normalnym człowiekiem, który pracował tak, a nie inaczej – tylko że ta droga na skróty nie zawsze wszystkim się opłaca. Mojżesz szedł specjalnie długo i musiały wymrzeć pokolenia, żeby dojrzeć do sytuacji, w jakiej miały się znaleźć. 

Wystawa ma również pokazywać zagrożenia wynikające z dnia codziennego, geografię i sposób kontroli dostępności roślin psychoaktywnych. Prof. Vetullani w swoich wywiadach przywołuje badania, które mówią, że uzależnienie od alkoholu, nikotyny jest wielokrotnie wyższe i niebezpieczniejsze niż na przykład od marihuany. Mało tego, pokazuje tragiczną sytuację w obecnej Polsce, gdzie spożywamy niewyobrażalne ilości parafarmaceutyków, które są nachalnie reklamowane we wszystkich mediach i które bardzo realnie trują społeczeństwo. Polskie ustawodawstwo nie pozwala na reklamowanie leków. Reklamuje się więc coś, co nie jest lekiem, ale mówi się o leku. Jesteśmy traktowani jako ponad 30-milionowy organizm, w który można wtłoczyć wszystko. Ci, którzy interesują się szarą strefą związaną z nielegalną produkcją papierosów, wiedzą, że tytoń papierosowy to nie jest czysty tytoń. Unia Europejska niedawno zakazała dodawania do papierosów mentolowych aromatów  wraz z setkami różnych substancji, które bardziej lub mniej uzależniają.

Zwolennicy marihuany mówią, że jej legalna produkcja pozwoli na kontrolę, a w konsekwencji na kupno w certyfikowanym punkcie czystej trawki, a nie czegoś, co będzie drogą do twardych narkotyków. W informacjach, że marihuana na przykład jest pierwszym krokiem do nich, nie uwzględnia się danych o jej jakości, źródłach pozyskania i o tym, z czym była palona. Przy tej nieświadomości do stosujących ją mogą trafić twarde środki, a później pojawi się potrzeba odwyku. Wystawa ma pokazywać – na realnych przykładach – skutki przedawkowania, ma uświadamiać!

J. M.: Prawo przeciwdziała przestępstwom narkotykowym. Policja zajmuje się walką z narkotykami, choć mało słyszy się o interwencjach. Medycyna i nauka skupiają się na badaniach. Dlatego muzeum jest instytucją, która powinna spróbować pokazać na szerokim tle, że z jednej strony rośliny psychoaktywne w postaci narkotyków są bardzo groźne dla młodych ludzi – i dla wszystkich, ale z drugiej strony – jako leki – są środkami o zbawiennym wręcz oddziaływaniu. Więc jeśli nie my, to kto za to się weźmie? 

K. T.: Bardzo nam zależy na pokazaniu roślin żywych – tych, które zarówno rosną w naszym klimacie, jak i szklarniowych. Stąd nasza współpraca z Ogrodem Botanicznym, Instytutem Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich oraz z Palmiarnią Poznańską. To będzie stanowić część marketingową i zachęci ludzi do zobaczenia tego, co zakazane. Przekażemy im profesjonalną wiedzę. Dowiedzą się, że produkcja liści koki w Ameryce Południowej czy maku w Afganistanie wynika z faktu, że tam nie ma nic innego do produkcji. Gdyby w Afganistanie można uprawiać inne rośliny lub gdyby w Ameryce Południowej nie produkowano koki, zniknąłby problem. 

Wybór jest chyba najbardziej trafny, bo Muzeum w Szreniawie jest ściśle związane z uprawą – głównie w celach ziołoleczniczych – tysięcy roślin. 

J. M.: Jest to część naszej agrokultury, która wywodzi się od zbieractwa. Na zewnątrz Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu mamy teren z ziołami, takimi  jak np. chmiel, krasnodrzew pospolity i dziesiątki innych. Odgrywają one ogromną rolę w lecznictwie ludowym i są w dalszym ciągu świadomie wykorzystywane, ale nikt tego nie pokazuje. Dlatego dwa lata temu zaczęliśmy prowadzić na ten temat rozmowy i zaczęliśmy działać, i… im dalej w las, tym więcej drzew. Zaczęło pojawiać się mnóstwo problemów. 

K. T.: Postanowiliśmy z Dyrektorem, że wesprzemy się światem naukowym. Najpierw zwróciłem się do pani dr Małgorzaty Łukasik-Głębockiej, ordynatorki Oddziału Toksykologii Szpitala Miejskiego im. Raszei, która  zareagowała entuzjastycznie; sama jeździ na wykłady, przestrzega, przekazuje wiedzę na temat środków psychoaktywnych. Spotkałem się z ponad 30 naukowcami, nie tylko z Polski, zajmującymi się roślinami i grzybami psychoaktywnymi, począwszy od prof. Grzywnowicza z Uniwersytetu Przyrodniczego z Lublina, naukowców ze Szczecina, Zielonej Góry, Poznania, z kilkoma podróżnikami, którzy spędzili mnóstwo czasu wśród Indian Ameryki Południowej, z panem Jarosławem Molendą, który napisał kilka książek o roślinach psychoaktywnych, z prof. Wachowiakiem z Katedry Medycyny Sądowej Poznańskiego Uniwersytetu Medycznego, a także z Piotrem Metzem z radiowej Trójki, który wie wszystko o muzyce Rolling Stonesów i Beatlesów – ta właśnie muzyka wynika z doświadczeń ze środkami psychoaktywnymi. Żadna z tych osób nie skrytykowała mojego pomysłu. Wszyscy – mówiąc kolokwialnie – przyklaskują tematowi, ale przestrzegają, żebyśmy zwrócili uwagę na stronę prawną. Mamy świadomość  tych uwarunkowań, stąd nasza współpraca z Izbą Celną w Poznaniu i ustalenie, że jedna część wystawy obejmie różnorodność światowych przepisów powiązanych z tą tematyką. To bardzo ważne w momencie, gdy się przemieszczamy. Jest taka anegdota – historia Polaka artysty, który pojechał do Ameryki Środkowej na zaproszenie tamtych agencji kulturalnych i wracając, kupił na lotnisku cukierki z „kokainą”. Po powrocie do Polski na lotnisku nie miał z nimi żadnego problemu, a gdy poleciał do Emiratów Arabskich, za ich posiadanie spędził pół roku w więzieniu. I to przykład mówiący o podziale świata na tych, którzy pozwalają na stosowanie takich środków, jak w Czechach czy w Stanach, gdzie marihuana jest dostępna, i na tych, którzy jej zakazują.

J. M.: Rozmawialiśmy z wieloma uczonymi – od prawników, pisarzy, podróżników po medyków – i zbieraliśmy opinie. Wszyscy mówili: „Tak, to jest znakomity pomysł, ale uważajcie, bo…”.  I teraz: gdybyśmy chcieli pokazać, jak w rzeczywistości wygląda uprawa roślin psychoaktywnych, krępują nas określone przepisy; jeżeli będziemy chcieli zaprezentować je młodzieży, to może zostać potraktowane nie jako przestroga, tylko jako instruktarz. Tego musimy uniknąć.

Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy przygotowani do realizacji projektu, ani od strony teoretycznej, ani praktycznej. Nie stworzyliśmy dotychczas planu realizacji. Zdecydowaliśmy się na konferencję, żeby zapoznać się z  historią przetwarzania i wykorzystania tych roślin na terenie Polski, Europy i świata oraz by wypracować koncepcję przyszłej ekspozycji. Przewodniczącym Komitetu Naukowego seminarium był prof. Gerard Nowak z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Prof. Ryszard Kozłowski przedstawił pracę „Perspektywy i szanse na rozwój wspomagania leczenia medyczną marihuaną”, dr n. med. Joanna Hoffmann-Aulich – „Kaktus, barwne halucynacje i sztuka”, prof. dr hab. Krzysztof Grzywnowicz opowiedział o różnych stronach grzybów psychoaktywnych, Marcin Jacek Kozłowski – o grzybach halucynogennych u Mazateków, a dr Piotr Klepacki objaśnił, jak mieszkańcy wsi używali roślin halucynogennych. Mamy więc w tej chwili klucz, czyli doświadczenie i wiedzę, i gdy zdobędziemy środki, zaczniemy przygotowywać ekspozycję planszową o roślinach i o naszych planach, z położeniem akcentu na edukację. Krokiem następnym byłyby przymiarki w kierunku ekspozycji, która albo powinna przerodzić się – jeżeli uzyskamy wsparcie od czynników decydujących – w odrębny pawilon i wystawy, albo w nowe muzeum przy tym w Szreniawie. Obecnie prowadzimy w kilku miejscach rozmowy, co pozwoli sfinansować przygotowanie koncepcji, następnie określić całkowity budżet realizacji i wskazać nam, o jakie środki możemy zabiegać. Już teraz pomoc w organizacji zadeklarowali pracownicy naukowi, między innymi: Uniwersytetu Gdańskiego (Wydział Biologii, Pracownia Paleoekologii i Archeobotaniki), Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Rzeszowskiego, Palmiarni Poznańskiej czy Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei. Realizacja pochłonie miliony, ale sądzimy, że przy unijnym wsparciu – i nie tylko unijnym – dalibyśmy radę.

Do dzisiaj nikogo o tym nie informowaliśmy, bo uważaliśmy, że to by była zbytnia sensacja i że informacja byłaby kaleczona w przekazie, Pani jest pierwsza…

Bardzo dziękuję za zaufanie. 

J. M.: W tym temacie nie może być pomyłek – ani w położeniu akcentów, ani w edukacji społecznej, bo to nie tylko edukacja dorosłych, ale również dzieci i młodzieży. Musimy sztywno trzymać się wytyczonych reguł i granic. 

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx