Reklama
środa, 20 czerwca 2018 19:19

Era trwa

Napisane przez  Andrzej Wilowski

Ile trwa era? Zdania są podzielone, natomiast wiadomo, że Era Jazzu w Poznaniu ma już 20 lat i ciągle zaskakuje, ewoluuje i przyciąga wierną publiczność. W edycji z 2018 roku na pięciu koncertach mogliśmy usłyszeć wszystko, co we współczesnym jazzie jest grane, począwszy od standardów po eksperymentalne poszukiwania. Współczesna muzyka improwizowana nie gardzi popularnym rapem, sięga po elektroniczne instrumentarium, odwołuje się do rockowej stylistyki. Dzisiejszy jazz nie jest tak ortodoksyjny w definiowaniu nurtów i w osadzeniu w tradycji, jednak nadal jego znakami są instrumenty takie jak: trąbka, motoryka, improwizacja. Krótko mówiąc, nadal liczą się emocje, kompetencja i inwencja. Nie było inaczej i tym razem, tego wszystkiego pod dostatkiem dostarczył melomanom Dionizy Piątkowski, szef tego całego zamieszania. 

 Do Poznania w ostatnim czasie zawitało trzech czołowych trębaczy z Nowego Orleanu, Terence Blanchard, Wynton Marsalis, a cykl koncertów Era Jazzu otwierał Nicholas Payton z zespołem. Rozczarował się ten, kto spodziewał się typowej dla miejsca pochodzenia trębacza muzyki. Nawiązywał jedynie do tradycji nowoorleańskich w kilku cytatach i klimacie happy jazz, radosnego grania, znanego z miejskich parad. Uczestniczyliśmy w muzycznej podróży od Karaibów po ulice amerykańskich miast, na których króluje rap. W szalonych improwizacjach, którym towarzyszył niemal wyłącznie perkusista, odwoływał się do free jazzu. Innym razem pulsująca maszyna rytmiczna, ozdabiana elektronicznymi brzmieniami wprowadzała klimaty fusion. Czuło się tu zasłuchanie Milesem Davisem. 

W drugiej odsłonie zanurzyliśmy się w klimaty znane spod szyldu ECM. Tingvall Trio prezentuje muzykę zaliczaną do idiomu skandynawskiego jazzu, o bogatej harmonii  nastawionej na sonorystykę, mniej na wirtuozerię. Plejada pianistów spod tego znaku zbliża się do współczesnej muzyki klasycznej, ale i eksperymentalnej, z tą różnicą, że kompozycje to ledwie szkice pisane w trakcie improwizacji. 

Kacper Smoliński, poznański wirtuoz harmonijki chromatycznej, laureat ostatniej edycji konkursu organizowanego przez Erę Jazzu dla młodych muzyków, przedstawił bogaty program klasycznego jazzu. Od standardów po własne kompozycje, błyskotliwie zaaranżowane. Zaimponował jako lider i solista Tony’emu Stricklandowi do tego stopnia, że ten postanowił zaprosić go w charakterze gościa na swój występ w klubie Blue Note. 

Kwintet perkusisty Tony’ego Stricklanda to współcześnie najlepiej rozpoznawalny reprezentant nowojorskiego jazzu spod znaku legendarnej wytwórni Blue Note. Publiczność poznańskiego klubu pod tym samym szyldem ceni taką muzykę, więc w dniu koncertu szczelnie wypełniła klub. Wyjątkowo żywiołowo reagowała na solówki saksofonisty, brata lidera – Markusa, i Kacpra Smolińskiego, który wystąpił w dwóch standardach. 

Nic nie zapowiadało katastrofy. Gwiazda czwartego koncertu – Sarah McKenzie, czekała na swój występ, gdy Dionizy Piątkowski odebrał wiadomość, że towarzyszący jej muzycy utknęli na lotnisku we Frankfurcie z powodu opóźnienia lotu. Nie pozostało mu nic innego, jak zorganizować zastępstwo. Zwrócił się o pomoc do poznańskich muzyków, laureatów jednego z poprzednich konkursów Ery Jazzu. Gitarzysta Dawid Kostka, basista Damian Kostka i perkusista Mateusz Brzostowski mieli kilka godzin na przejrzenie nut i przećwiczenie akompaniamentu. Na szczęście na program Sarah McKenzie „From Standards With Love” składały się głównie standardy. 

Album „Paryż w deszczu” – nawiązanie do „Deszczowej piosenki” nie jest tu przypadkowe – został entuzjastycznie przyjęty przez krytykę. Wszyscy powtarzali: „Być jak Diana Krall”. Obie są śpiewającymi pianistkami, chętnie sięgają po standardy i proponują własne stylowe aranżacje popularnych piosenek, ale moim zdaniem na tym podobieństwo się kończy. Diana jest zmysłowa, oszczędna we frazowaniu, zwraca uwagę  na nastrojowość, brzmienie fortepianu, podczas gdy Sarah jest żywiołowa, radosna, nie ukrywa, że przy tym świetnie się bawi, i nawiązuje do tradycji chanson, w mniejszym stopniu do klasycznych jazzowych wzorców. Na program poznańskiego koncertu złożyły się autorskie kompozycje „Paris in the Rain”, „Blues Tonight” i standardy Franka Sinatry, Antonia Carlosa Jobima, Raya Hendersona i Morta Dixona. Nastrój udzielił się publiczności i wprawił ją w euforię. 

 

Na koniec w muzyczną podróż zabrali nas kubański pianista Omar Sosa i włoski  trębacz  Paolo Fresu. Duet wspomagał się elektronicznymi instrumentami, dzięki czemu brzmiał jak duży zespół. Swoista suita, którą dedykowali Erosowi, w której przeplatały się motywy karaibskie, kubańskie, amerykańskie, afrykańskie i włoskie. W rezultacie uczestniczyliśmy w spektaklu z pogranicza etno jazzu i muzyki eksperymentalnej. Jeszcze syntetyzatory grały, gdy muzycy się kłaniali, ale poznańska publiczność nie odpuszczała, konieczny był bis. Omar Sosa zaintonował kubańską piosenkę, a Paolo Fresu zszedł ze sceny do publiczności i zachęcał ją do wspólnej zabawy. 

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx