Reklama
czwartek, 22 marca 2018 23:02

O pewnych koncepcjach, wielkich Wielkopolanach oraz planach wystawienniczych...

Napisane przez  Administrator

Z dyrektorem Muzeum Narodowego w Poznaniu
prof. dr. hab. Wojciechem Suchockim rozmawia Mariola Zdancewicz

Spotkaliśmy się podczas konferencji „Przestrzeń publiczna Poznania”, na której został zaprezentowany projekt pokrycia „nowego” budynku Muzeum Narodowego malarstwem ściennym autorstwa dr. Piotra Drozdowicza, zatytułowanym „Melancholia”. Co o tym sądzisz?

Każdy ma swobodę proponowania rozmaitych rozwiązań w rozmaitych przestrzeniach związanych z rozmaitymi budowlami na tyle, na ile wyobraźnia popycha go ku takim próbom, więc potraktowałem to jako fantazję artystyczną. W ramach sesji miałem jedyną okazję, żeby rzucić na to okiem. 

Zrobiliśmy krótką sondę wśród przechodniów i nie było wątpliwości, że wszyscy chętniej widzieliby takie malarstwo niż brudną ścianę. Myślisz, że to dałoby się zrealizować? 

Nie myślałem o tym w perspektywie realizacji. Zasadniczy powód jest taki, że losy tego miejsca w sensie architektonicznym nie są jeszcze rozstrzygnięte. Koncepcja Claudia Silvestrina rozbiła się o brak środków na inwestycje, pochłoniętych przez realizacje pilniejszych zadań. I to jest jeden powód braku rozwiązania dla tej przestrzeni, która po powstaniu nowego skrzydła – „przypadkowo” powiązanego ze starym, wygląda nie najlepiej. Druga rzecz, budynek nowego skrzydła również ma swoich autorów – zarówno pierwotnego projektu, jak i ostatecznej fazy realizacji – więc współautorzy musieliby się też odnieść do tego pomysłu. Na koniec sam projekt. Prawdziwe obrazy Malczewskiego „Błędne koło”, „Melancholia” i cały wybór jego dzieł jest eksponowany w Muzeum Narodowym – w Galerii Malarstwa Polskiego i w Galerii Rogalińskiej. Poprzez przerobienie „Melancholii”, obrazu, na odmalowanie samego zdarzenia, które tam się dzieje, poprzez manipulację (nie w złym sensie słowa) jego elementami powstaje coś, czego przesłania nie jestem w stanie uchwycić.  Malczewski „wielkim malarzem był”, mało kto ma co do tego wątpliwości. Jego miejsce wśród kilku takich postaci, które przychodzą natychmiast do głowy, kiedy mówimy o malarstwie polskim, jest niezwykle mocne. Obrazowi „Melancholia” poświęciliśmy kiedyś odrębną sesję w Rogalinie; wysuwano rozmaite interpretacje obrazu, przywoływano różne obszary tradycji artystycznej i współczesności w związku z przesłaniem, jakie w nim zawarł Malczewski, co pokazuje bardzo skomplikowaną jego treść. Mam więc wątpliwości, czy tego rodzaju operacja na tym obrazie daje się obronić. Stawajmy przed prawdziwym obrazem i z nim rozmawiajmy. 

A gdyby powiedzieć w sposób prosty – żeby było ładniej, czyściej, żeby nadać rys tej przestrzeni?

Do czystości i dekoracji nie należy używać parafraz obrazów o tak mocnej pozycji w całej tradycji malarskiej. Będziemy się starać w miarę możliwości, żeby ta elewacja czysto wyglądała. Co jakiś czas będzie trzeba zająć się tynkiem. Przyjmuję tę krytyczną uwagę. Natomiast ten projekt nie zapewni elewacji muzeum czystości, bo ona i tak będzie się brudzić. W pewnym momencie ci, którzy teraz martwią się o czystość, martwiliby się tym, co zrobić, żeby nie zabrudził się obraz. Więc nie znajduję argumentu za przyjęciem projektu. Ktoś, kto swoim dziełem chce wejść na stałe w obszar tego muzeum, w pewnym sensie znajduje dla siebie miejsce w kręgu wybranych twórców, których gromadzona przez stulecia twórczość znajduje się w tej przestrzeni na podstawie uzasadnionego wyboru – i to  wyboru pokoleń. Współcześni artyści mogą się z nią konfrontować. Wystawiamy ich dzieła bodaj na większą skalę niż którekolwiek muzeum narodowe; widz na wystawie czasowej może zobaczyć, po wejściu na piętro, rozpiętość czy rozmaitość znaczeń, które przez sztukę są przekazywane, a jednocześnie wystawy czasowe nie oznaczają automatycznie zajęcia miejsca na stałe w kontekście tego, co jest tworzone przez kilkuwiekowy rdzeń. Każdy może taką próbę podjąć, ale droga do realizacji jest daleka, a czasami takiej drogi po prostu nie ma.  

Wracając jeszcze do „Melancholii” – tu każda poza, każde wygięcie palca u dłoni postaci, które się tam kotłują, ma sens; za tym stoi jakaś decyzja. Obraz pozostaje otwarty w swoim znaczeniu – tak ze sztuką zawsze jest. Jego gęstość pod względem znaczeniowym jest niesłychana. Jeżeli próbujemy się mu przyglądać szczegółowo – a zapewne, kiedy przystępujemy do malowania obrazu na temat tego dzieła, to trzeba mu się przyjrzeć do najmniejszych, najdrobniejszych szczegółów – widzimy to w samym języku malarskim, czyli tylko w elementach, które ze względu na swój kształt, kolor, miejsce, stosunek do sąsiedztwa itd. tam się pojawiają i zaczynają coś znaczyć. To jest niestety świat, od którego odbiega ta propozycja.  

Ważna wystawa „Seweryn Mielżyński”, która odbywa się w muzeum, została przedłużona. Widzimy przez nią, kim był naprawdę, jakim był patriotą, jakiej miary człowiekiem... Co się dzieje z naszymi wielkimi przodkami, o których tak mało słyszymy i tak notorycznie narzekamy, że ciągle nie mają właściwego miejsca w historii? Dlaczego nikt nie opracowuje ich dziejów, nie pisze książek?

Na pewno jest to pewien problem – wiedzy Polaków o Wielkopolsce i o wielkich Wielkopolanach. Przypadek Mielżyńskiego jest szczególny, dlatego że najbardziej istotne źródła, które pozwalałyby szczegółowo opracować jego biografię czy poświęconą mu monografię, uległy zniszczeniu. Wystawie przyświecają dwa generalne cele. Po pierwsze, otworzyliśmy już kiedyś cykl najbardziej zasłużonych dla historii Muzeum Narodowego w Poznaniu postaci, no i Mielżyński niekoniecznie musiał być jako pierwszy, ale rozstrzygająca była jego interwencja w momencie, kiedy krótko po powstaniu Muzeum Starożytności Polskich i Słowiańskich w Wielkim Księstwie Poznańskim w 1857 roku zdecydował się przekazać Muzeum swoje zbiory i ono wtedy stało się pierwszoplanowym Muzeum Sztuki; co więcej, poprzez kolekcję Rastawieckiego mogło pokazywać zarówno sztukę polską w pewnych dziedzinach i sztukę europejską już przede wszystkim w wyborze Seweryna Mielżyńskiego. Więc to było coś, co musieliśmy zrobić, i zrobiliśmy to akurat w tym momencie. Przed paroma dniami odbyła się sesja, która potwierdziła wielkie luki w wiedzy o donatorze. Miała dać między innymi impuls środowiskom badawczym, głównie historycznym, do bliższego zajęcia się tą postacią, także przez sformułowanie programu grantu, który pozwoliłby na badania archiwalne, zwłaszcza poza granicami, żebyśmy po zamknięciu wystawy nie zajęli się kolejnym pionierem, pozwalając, żeby znów zaległa cisza wokół tej wyjątkowej osobowości, o niezmiernie bogatym życiorysie, który pozwala nazwać ją zarówno powstańcem, jak i organicznikiem.

Generalnie coś zaczyna dziać się w kwestii wielkich Wielkopolan. Będą powstawać ośrodki upamiętniające między innymi Józefa Wybickiego, sięgające początków tego nieszczęsnego czasu utraty niepodległości, w którym mamy naszych organiczników, którzy mimo wszystko tworzą muzeum kilka dekad wcześniej, zanim Niemcy doprowadzają do powstania tego budynku, w którym jesteśmy.  

I to się liczy. Wówczas chyba jedyne muzeum w Polsce?

To było pierwsze, bo warszawskie powstało parę lat później i nie nazywało się narodowym, krakowskie jeszcze później i od razu jako narodowe, jednak w Galicji była zupełnie nieporównywalna sytuacja. Tam można było w okresie autonomii swobodnie działać na tym polu, a u nas w epoce bismarckowskiej sytuacja ustawicznie się pogarszała. 

Mielżyński to postać kluczowa. I dziś na pewno daje znać o sobie jego głos: „Przypomnijcie sobie o nas”. W Wielkopolsce nie mieliśmy wielkiej magnaterii, natomiast wiele osób dobrze wykształconych. Do pewnego momentu w sprzyjających warunkach prawnych można było swobodnie działać. Pokazywał to dawny, wciąż wspominany serial o „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”, ale teraz nastąpił czas, żeby wziąć się za to w sposób systematyczny, według pewnego pomysłu, by ogarniać wielkie kolekcje czy wielkie działania, znane postaci i te, które uległy zapomnieniu. Zależy nam na tym, żeby w każdym miejscu w Wielkopolsce, gdzie coś się działo, mobilizować ludzi do pokazywania tego, a z czasem organizować publikacje. To wymaga zabiegów, ale próbujemy to robić. 

Są w planach jeszcze jakieś działania à propos Mielżyńskiego? 

W tej chwili oceniamy materiał naszego sympozjum, bo w zamierzeniu ma on być podstawą publikacji, której ostateczna postać zależy od redakcji. Liczyliśmy na to, że stanie się sygnałem do boju dla młodych, ale też dla dojrzałych historyków, już branych pod uwagę jako ewentualnie prowadzący takie prace. Chcemy przekonać ich do tego tematu, skłonić do zastanowienia się nad formułą organizacyjną, żeby – bazując, z jednej strony, na tym, czym dysponujemy, a z drugiej, biorąc pod uwagę braki – doprowadzić do zajęcia się tematem Mielżyńskiego u nas na Uniwersytecie.  elewacja

W związku z rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości przygotowali Państwo cykl spotkań „Niepodległa w muzeum. 1918-2018. Kocham i rozumiem”. O czym będzie opowiadał?

Z jednej strony mamy wspaniałą rocznicę i hasło, a z drugiej – pracowników i ich dorobek, badania, wiedzę, pomysły, które staną się podstawą do otwarcia wątków i zaczerpnięcia tematyki kolejnych spotkań muzealnych w perspektywie suwerennego państwa, które samo rozstrzyga o tym, w jakich dziedzinach zmierza do pewnych dokonań. Powstał już program i będziemy go publicznie omawiać w poniedziałek.

A jakie są plany na najbliższy rok, jeśli chodzi o wystawy u Państwa?

Mamy dwa mocne punkty. Pierwsza wystawa, którą otworzymy pod koniec maja, to „Życie sztuką” z podtytułem „Gołuchów Izabelli z Czartoryskich Działyńskiej”, bo mija 125 lat od powstania ordynacji gołuchowskiej i chcemy to uczcić we właściwy sposób. Drugi to wystawa dzieł Józefa Brandta, którą jesienią przejmiemy z Muzeum Narodowego w Warszawie. Będzie to wielkie wydarzenie, bo artysta, przede wszystkim w ostatnich dekadach XIX wieku, miał olbrzymie znaczenie dla malarstwa polskiego. Był kluczową postacią kolonii monachijskiej, szefem „sztabu”, do którego należeli także Maksymilian Gierymski i Adam Chmielowski. Przewinęło się przez Monachium wielu polskich malarzy, zanim zainteresowanie przeniosło się w kierunku Francji i Paryża. Za czasów Brandta kształciło się tam wielu artystów istotnych dla historii polskiej sztuki (jak choćby Chełmoński, Aleksander Gierymski, Pruszkowski, Boznańska, Malczewski, Witkiewicz, Wyczółkowski). To są nasze dwa filary roku w gmachu głównym. 

Pozostaje nam zaprosić naszych czytelników do Państwa na obydwie wystawy.   

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx