Reklama
niedziela, 29 października 2017 19:08

Napinamy muskuły

Napisane przez  Administrator

Z Przemysławem Kieliszewskim, przewodniczącym Rady Programowej Akademii Gitary, rozmawia Marek Zaradniak

Od pierwszego festiwalu Akademii Gitary minęło w tym roku dziesięć lat. Czy na początku z dyrektorem artystycznym Łukaszem Kuropaczewskim wyobrażaliście sobie, że tak długo przetrwacie?

Nie. Chociaż, oczywiście, gdzieś w marzeniach chcieliśmy, aby projekt, który zaczynał się od małego kursu gitarowego obudowanego czterema, pięcioma koncertami, rozwinął się, ale nie spodziewaliśmy się, że uda się zbudować tak duży festiwal, który przez lata wpisał się w kalendarz imprez w Wielkopolsce, ale także w środowisko gitarowe w Polsce i na świecie.

 

Który z festiwali był dla Was najtrudniejszy? 

Każdy w jakiś sposób był trudny, dlatego że model prowadzenia działalności poprzez projekty nie jest łatwy. Stowarzyszenie ubiega się o środki i musi zlecić to producentowi. Kiedyś tym producentem była moja agencja. Mam nadzieję, że aktualnie sytuacja się ustabilizowała i Good Taste Production będzie kolejny raz znakomicie organizować festiwal. Myślę, że dla wszystkich organizacji pozarządowych problemem jest tymczasowość, czyli to, że dowiadujemy się o tym, iż będziemy mieli pieniądze na festiwal na wiosnę, tuż przed terminem. Dlatego trzyletni grant, który otrzymaliśmy od miasta Poznania bardzo to zmienił i dał nam stabilność i punkt oparcia. Możemy planować festiwal z większym wyprzedzeniem. Podobnie było w przypadku dwuletniego grantu otrzymanego od marszałka województwa wielkopolskiego z funduszów europejskich. Zrobiliśmy wtedy pierwszą wielką imprezę, której towarzyszył koncert Bryana Adamsa. Był to rok 2012. Było to bardzo ważne, bo festiwal został zauważony na arenie ogólnopolskiej.

Co byście zmienili w Akademii Gitary po dziesięciu latach?

Chcemy zmienić formułę, bo w tym roku po to, aby świętować festiwal, zorganizowaliśmy ponad 100 imprez. To jest trochę ponad siły i chcielibyśmy bardziej przekazać odpowiedzialność i organizowanie koncertów naszym lokalnym partnerom, którzy świetnie sobie radzą, i zmniejszyć liczbę imprez. Pięć tygodni w tym roku to trwało trochę za długo, ale było to po to, aby pokazać wagę festiwalu. Myślę, że wrócimy do formuły trzech, czterech tygodni. Zmniejszymy liczbę imprez, ale podniesiemy jeszcze ich jakość. Na pewno chcemy, aby festiwal miał jedno duże wydarzenie, które będzie z nim identyfikowane. Działania w tym kierunku zostały podjęte na przyszły rok. 

A czy są rzeczy, które Wam nie wyszły?

Jeśli coś się nie udało, to widocznie tak miało być. Nie ma czegoś takiego, czym byłbym rozczarowany. Jestem pozytywnie myślącym człowiekiem i zapominam o niedobrych rzeczach. Raczej widzimy dobre i się nimi cieszymy.

Jaki był albo jaki jest klucz doboru
wykonawców?

Zawsze staramy się, aby był jakiś projekt flamenco i to z najwyższej półki. W tym roku było szczególnie dużo flamenco. Zawsze jest też ważny projekt klasyczny, inaugurujący festiwal. Ale z uwagi na to, że odbywa się latem, na świeżym powietrzu, staramy się, wychodząc od muzyki klasycznej, pokazać ciekawe propozycje z gitarą na pierwszym planie czy to z muzyki bluesowej, jak niezapomniany koncert Jarka Śmietany czy projekt z zespołem Z-Star, gdy śpiewali Jimiego Hendriksa, czy ukulele albo Marka Napiórkowskiego z projektami raz bardziej jazzowymi, to znów rockowymi, czy też Krzysztofa Ścierańskiego i Leszka Cichońskiego. Charakterystyczne jest to, że Łukasz Kuropaczewski zaprasza na festiwal absolutną czołówkę gitarzystów klasycznych ze świata. To jest absolutnie pewne, że to najlepsi z najlepszych. 

Wspomniałeś o grantach wieloletnich. Czy łatwo jest o środki na taki festiwal?

Nie jest łatwo, ale jest lepiej, kiedy festiwal zagości już na dobre i niesie pewne wartości społeczne, a wydaje mi się, że Akademia pełni takowe, bo mamy mocny element edukacyjny i integrujący – wspólne granie na Starym Rynku, warsztaty, profesjonalny kurs gitarowy, darmowe koncerty, zbieranie kilkudziesięciu tysięcy złotych na cele charytatywne dla dzieci z hospicjów... To wszystko buduje pewną nieodzowność festiwalu. Napinamy muskuły i dokładamy wszelkich starań ze znakomitym zespołem młodych menedżerów i udaje się zrobić więcej, niż oczekiwaliśmy.

Jakie po dziesięciu latach jest miejsce Akademii Gitary wśród innych festiwali w Europie?

Jeżeli chodzi o gitarę klasyczną w Europie, myślę, że to największy festiwal. My się tak pozycjonujemy i chcemy się trochę zmniejszyć, dlatego że to wszystko musi mieć artystyczne uzasadnienie. Jeśli komuś będzie bardzo zależeć, lokalnym partnerom, samorządom, to na pewno w takim miejscu festiwal będziemy robić, ale nie po to, aby walczyć o prymat wielkości. 

Czy możemy mówić o jakichś gwiazdach na przyszły rok?

Jest na to za wcześnie. Jeszcze żadna umowa nie została podpisana.

Zatrzymajmy się jeszcze przy tegorocznym festiwalu. Jak co roku część imprez była biletowana, ale większość bezpłatna. Dlaczego bardzo dobry tegoroczny koncert inauguracyjny z Łukaszem Kuropaczewskim, Marcinem Wyrostkiem i orkiestrą z Berlina był trochę mniej promowany niż pozostałe?

Nam jest trudno to ocenić. Gdy już się festiwal zacznie, to łatwiej jest go promować. Wtedy media piszą o tym wydarzeniu same z siebie. Pierwszy koncert w środku wakacji, przed długim weekendem sierpniowym, w ogóle jest trudnym terminem, ale musieliśmy go tak zorganizować z uwagi na terminy artystów. Być może trzeba było zacząć festiwal tydzień później. Nie jest też łatwy pierwszy weekend września, gdy wszyscy myślą tylko o szkole. Ale dynamika zainteresowania publiczności jest nie do końca do przewidzenia. To jest bardzo różnie. Nie zapomnę sytuacji sprzed kilku lat, gdy zbliżał się koncert Los Angeles Guitar Quartet. Opowiadam o tym studentom jako o działaniu marketingowo-promocyjnym. Wtedy Arek Berbecki zrastrował zdjęcie zespołu, powodując, że nabrało ono drapieżności, a Ty wtedy w „Głosie Wielkopolskim” napisałeś piękny artykuł, tytułując go „Desperados gitary”. Wtedy na Facebooku jeszcze się nie funkcjonowało, ale po tekście w „Głosie” tak ruszyła sprzedaż, że był nadkomplet, a myśmy dwa tygodnie przed koncertem płakali, czy sprzeda się połowa sali. A więc dynamika zależy od wielu czynników, a Twój artykuł uratował nam koncert. Wtedy uczyliśmy się sprzedaży przez internet. Było jak na  koncercie rockowym. Wielu stało pod drzwiami i nie mogło wejść. Czasami jest tak, że taki projekt trudno jest sprzedać w Poznaniu. Nie mamy tego problemu poza Poznaniem. Zainteresowanie takimi imprezami w mniejszych miejscowościach jest gigantyczne.

 

Fot. Grzegorz Dembiński

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx