Waldemar Łazuga
Między cyrklem i fartuchem…Dwie legendy Masonów się bano. Masonami straszono dzieci. Obwiniano ich o wszelkie zło tego świata. Mieli być przyjaciółmi szatana. Deprawatorami wszelkich wartości. Wrogami Kościoła i moralności. Przeciwnikami tradycji, patriotyzmu, a nawet suwerenności państw i narodów. Ludźmi rozpustnymi, egoistycznymi i żądnymi władzy. Bogatymi i wpływowymi, którzy oddają się ponurym, świętokradczym obrzędom, przedrzeźniają religię i wiarę i naigrywają się ze świętości. Mieli rządzić z ukrycia, pozostawać w głębokim cieniu, popierać się wzajemnie, obejmować lukratywne urzędy, zbudować „Antykościół” i „rządzić rządzącymi”. Europa „zawdzięcza” im krwawe rewolucje, nihilizm, relatywizm moralny i postępującą laicyzację. Polska „zawdzięcza” im rozbiory i klęski narodowych powstań.
Tyle – w skrócie – mówi legenda „czarna”. „Biała”, znana o wiele słabiej, zwolenników znajduje głównie wśród samych masonów. Według niej masonami byli (i są) ludzie światli, otwarci, tolerancyjni i uczciwi. Walczący z wszelkim przesądem i zabobonem. Najwięksi ideowcy i humaniści. Budujący mosty pomiędzy ludźmi. Zwolennicy postępu cywilizacyjnego i emancypacji. Zmieniający świat na lepsze. Wrażliwi i dobrze wykształceni. Europa zawdzięcza im Mozarta, Woltera, Monteskiusza, Byrona, Schillera, Garibaldiego, a także oświecenie, Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, „wolność, równość, braterstwo”, konstytucjonalizm, republikanizm i wolność jednostki. Polska zawdzięcza im Józefa Wybickiego, Juliana Ursyna Niemcewicza, generała Henryka Dąbrowskiego, Waleriana Łukasińskiego i „odrodzenie w upadku”: Komisję Edukacji Narodowej i Konstytucję 3 maja. Jak widać, jedna legenda jest odwrotnością drugiej. Jedna drugiej zaprzecza i się nią… „żywi”. Jest ich dzisiaj na świecie osiem milionów, z czego pięć zamieszkuje Stany Zjednoczone, milion Wyspy Brytyjskie, 60 tysięcy Francję, 50 tysięcy Niemcy, 30 tysięcy Włochy i kilka tysięcy – według przybliżonych danych – Polskę. Zrzeszają się w lożach zwanych „obediencjami”, o swoim ruchu mówią: „sztuka królewska”, o sobie zaś – „synowie światła” (albo – rzadziej – „dzieci wdowy”). Nienależących do lóż (czyli ponad 6770 miliardów ludzi na świecie) nazywają profanami. Nie tworzą dziś organizacji tajnych (loże podlegają przepisom o stowarzyszeniach!), ale od profanów oddzielają się elegancką dyskrecją, obowiązkiem milczenia i skomplikowanymi rytuałami (wspartymi dodatkowo oryginalnym słownikiem, w którym na przykład „pobieranie płacy” oznacza nabywanie wiedzy wolnomularskiej, a „wrzucanie cegieł do worka” zbieranie datków na cele charytatywne). Na świecie o masonach było ostatnio głośno za sprawą eks-Beatlesa, Paula McCartneya, który wstąpił do loży, i Boba Dole’y, masona w trzydziestym trzecim (najwyższym) stopniu wtajemniczenia, gdy ten ubiegał się o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. W Polsce o wolnomularzach głośno było głównie za sprawą „Naszego Dziennika” i zamieszczanych tam tekstów o „neotyranii” i „międzynarodowych mandarynach” , wśród których wymieniono Zbigniewa Brzezińskiego i „polskich obywateli w Komisji Trójstronnej”. Warto zauważyć, że zainteresowanie zachodnich mediów masonerią ma dziś przeważnie charakter „ciekawostkowy”. U nas jest to wciąż temat „gorący”, związany z religią, służbami specjalnymi, finansami, a nawet „ideologią globalizmu”.
Kilka wersji genezyJednej genezy tłumaczącej powstanie masonerii nie ma. Najczęściej początki masonerii wywodzi się od „budowniczych katedr” w wiekach średnich (czyli murarzy – mularzy uwolnionych od powinności feudalnych, mistrzów w swoim zawodzie strzegących tajemnicy budowli, związanych przysięgą, stanowiących krąg wtajemniczonych, mających własne cechowe obrzędy i rekrutowanych z ludzi różnych narodowości). Gotycka katedra (której wzorem stała się paryska Notre Dame) była aktem strzelistym wiary i „biblią prostego człowieka”. Budowało ją przez około 100 lat kilka pokoleń murarzy. Jej proporcje, łuki i akustyka jeszcze dziś zachwycają. Budowali ją najlepsi z najlepszych, przenosząc się po wykonaniu swoich zadań z miejsca na miejsce i uzupełniając siły o „miejscowych” majstrów. Byli to więc ludzie wolni, solidarni, pracowici i odznaczający się wyjątkowymi umiejętnościami. Z czasem pojawili się wśród nich przedstawiciele szlachty (zwani wolnomularzami „spekulatywnymi” w odróżnieniu od „operatywnych”) zainteresowani nie tylko tajemnicami architektury, ale także matematyką, astronomią, filozofią („kamieniem filozoficznym”) i – przede wszystkim – alchemią ( sztuką transmutacji, doskonalenia bytów, zwłaszcza metali). Ci spekulatywni chcieli już zmienić świat. Wyzwolić człowieka z niewoli lęków, oświecić i zainteresować nauką, uczynić lepszym, odważniejszym i ułatwić życie. Znakiem tej masońskiej przeszłości są znane i do dziś używane atrybuty i symbole – cyrkiel, kielnia, młotek, fartuch, węgielnica. Cyrkiel oznacza mądrość i dokładność, kielnia wytrwałość i systematyczność, fartuch przygotowanie, młotek chęć do pracy nad sobą („ociosywanie”), a węgielnica – szczerość i równowagę. Niektórzy „wcześni” masoni za pierwszego i największego „Budownika” w naturalny sposób uznawali Pana Boga (który „zbudował” świat) albo Adama ulepionego przezeń z gliny, albo ocalałego z potopu Noego. Inni – skromniej – powoływali się na Salomona, budowniczego świątyni, który stał się nie tylko uosobieniem mądrości, ale i specjalistą od „bezstronnych wyroków”. Wreszcie – najliczniejsi – wskazywali na Hirama, konstruktora pierwszej świątyni jerozolimskiej, według Starego Testamentu – syna wdowy, którego w XVIII wieku zaczęto utożsamiać z Chrystusem i który stał się bohaterem wielu starych masońskich legend (jego imię w kręgach masońskich jest symbolem śmierci i zmartwychwstania, ale dla wolnomularzy polskich długo było symbolem rozbiorów – śmierci i zmartwychwstania Polski). Hirama mieli zabić trzej czeladnicy (dla wolnomularzy polskich symbolizujący trzech zaborców), używając jako narzędzi młotka, węgielnicy i cyrkla. Aby zamaskować ślady zbrodni, w miejscu ukrycia zwłok posadzili akację, która – dla upamiętnienia Hirama – stała się „świętym” drzewem masonów. Dziś do tradycji gotyku (kontynentalnego lub wyspiarskiego) nawiązują zarówno loże francuskie (zwane Wielkim Wschodem albo masonerią nieregularną), jak i angielskie (starsze, zwane masonerią regularną lub Rytem Szkockim Dawnym Uznanym). Odnotujmy jeszcze, że w XVIII wieku w kręgach arystokratycznych Europy pojawiła się nowa wersja genealogiczna – odwołująca się do owianego legendą zakonu templariuszy. Jej zwolenników nazywano „Ścisłą Obserwą”. Masoni – według tej wersji – mieli być spadkobiercami ostatniego mistrza zakonu, Jakuba do Molaya, który spłonął na stosie, zabierając do grobu wszystkie ziemskie i ezoteryczne tajemnice. Członkiem „Ścisłej Obserwy” był ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski. Nie tylko jemu zresztą genealogia „rycerska” o wiele bardziej odpowiadała niż „murarska”.
Rzym i Kościół Pius IX – najdłużej w historii sprawujący swój urząd papież – potępiał masonerię pięciokrotnie. Przed nim walkę z masonerią toczył Klemens XII. Po nim – wielce dla nauki społecznej Kościoła zasłużony – Leon XIII, dalej Benedykt XV, który dla masonów przewidział „wpadnięcie w ekskomunikę”, i Pius XII upatrujący przyczyn odstępstwa od wiary w połowie XX wieku w „ naukowym racjonalizmie, laicyzmie i wolnomularstwie”. Przyczyn tego konfliktu jest wiele, ale ich wyjaśnienie – ku zadowoleniu większości zainteresowanych – nikomu jeszcze się nie udało. „Ziemskie” powody niechęci Piusa IX do masonerii zrozumieć najłatwiej. Włochy w XIX wieku zjednoczyły się kosztem państwa kościelnego. Papież pokonany i ograniczony w swej władzy do części Rzymu ogłosił się więźniem Watykanu. Ci zaś, którzy stali na czele risorgimento (ruchu na rzecz zjednoczenia Włoch) – Garibaldi, Cavour i król Wiktor Emanuel – byli masonami i w większości mieli antyklerykalne nastawienie. Masoneria w takim razie stała u początku końca państwa kościelnego, co nie pozostało bez wpływu na ambitnego Piusa IX („więźnia Watykanu”) i wszystkich jego następców. Niechęć jeszcze starsza wiąże się z Francją i Wielką Rewolucją Francuską. Doszło wtedy do wielu katolickich wystąpień. Zamknięto i zbezczeszczono wiele kościołów. Urządzano drwiny z liturgii. Mordowano księży. Za rewolucję – jak później za risorgimento – znów mieli odpowiadać masoni. A ponieważ idee rewolucyjne za sprawą Napoleona i związków tajnych rozszerzyły się wkrótce na całą Europę, Leon XIII dostrzegł w nich złowróżbny „bicz Boży”. W rezultacie masonerię – wyolbrzymiając jej rolę – uczyniono odpowiedzialną za zburzenie „starego porządku” i za wszystkie grzechy rodzącego się wolnego rynku, liberalizmu, a nawet socjalizmu. To, że konstytucje masońskie pisał pastor, a w rycie szkockim znakomitą większość „braci” stanowili ludzie wierzący, że powoływali się na Biblię, nie miało znaczenia. Do „ekumenie” było daleko. Protestanci – w oczach Rzymu – byli innowiercami i wrogami Kościoła niewiele mniej groźnymi od ateistów, a masońskie wezwanie do tolerancji między wyznaniami odrzucano, uważając ją za słabość, podstęp lub rodzaj kapitulacji. Mimo to nawet w XVIII wieku do masonerii – według jezuickich szacunków – należało około 2 tysięcy księży. Co więcej, większość z nich w najtrudniejszych chwilach terroru jakobińskiego i rewolucji pozostała wierna Kościołowi, a kilku z nich beatyfikowano jako męczenników wiary. W XIX wieku konflikt się zaostrzył. To wtedy – w ogniu walki – wiele francuskich lóż stało się prawdziwym magnesem dla wszelkiej maści antyklerykałów i ateistów – dla wielu był to główny powód zainteresowania masonerią, tak jak Kościół był ich głównym frontem walki. Toteż w republikańskiej Francji, gdzie mnożyły się rozmaite przepisy, życia Kościołowi na pewno nie ułatwiano. Z drugiej strony nie zawsze umiejętnie reagował też i Kościół, zarzucając wolnomularstwu kult szatana wyobrażonego w postaci kozłopodobnego bóstwa (Bafometa). Trzeba od razu powiedzieć, że wszystko to dotyczyło lóż polskich w znikomym stopniu. W lożach polskich olbrzymią przewagę mieli katolicy. „Wielcy mistrzowie” spowiadali się (inna sprawa, że nieraz dopiero w obliczu śmierci), zamożni masoni remontowali i przebudowywali kościoły, tłumaczyli pobożne teksty, a nawet należeli do elitarnych organizacji katolickich. Dla wielu masonów intelektualnym punktem odniesienia był – pozostający poza podejrzeniem i niezwiązany z żadną lożą – biskup warmiński, Ignacy Krasicki… Po II soborze watykańskim stosunek Kościoła do masonerii zdecydowanie złagodniał. Dziś niektórzy wolnomularze austriaccy wstąpili do lóż po uzyskaniu zgody swych biskupów. Podobnie jest w Niemczech i Francji. Podobnie w Stanach Zjednoczonych i w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej. Nie znaczy to, że konfliktu nie ma. Złagodniały jednak obie strony. I po obu widać niechęć do przedłużania sporu.
Obrazy i obrazki Gdy Polak mówi o masonerii, ma zwykle na myśli masonerię francuską, wspomniany Wielki Wschód. Przeważnie słyszał coś o ekscesach antyreligijnych podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej, prześladowaniach księży, „bezwstydzie rozumu” zarozumiałych przedstawicieli francuskiego oświecenia i kuriozalnym kulcie „Najwyższej Istoty”, której Wolter w swej posiadłości w Ferney wystawił równie kuriozalny pomnik. Do tego dodaje jakieś wyobrażenie o przesadnie „lekkiej” kulturze francuskiej, o swobodzie obyczajowej zanurzonej w grzechu, „fizyce miłości” i śmiałych eksperymentach, libertynizmie (mylonym nieraz z liberalizmem) i współczesnym laickim obliczu ukochanej niegdyś „córy Kościoła” (stare i zupełnie już nieaktualne przysłowie niemieckie mówi o życiu spokojnym i wygodnym, jakie ma „Bóg we Francji”, co odpowiada mniej więcej naszemu: „jak u Pana Boga za piecem”). Owa laickość Francji, a nawet gorliwy, dewocyjny antyklerykalizm niektórych jej środowisk były (i są) fundamentem wizerunku masona w Polsce. Jako tako oczytani pójdą jeszcze dalej – przypomną, że już II Republika Francuska, która przeprowadziła rozdział Kościoła od państwa, uchodziła za „dzieło masonerii” (masoneria – mówiono wtedy – to „utajniona republika, a republika to „ujawniona masoneria). W latach 1875– –1957 aż pięciu prezydentów i dwudziestu dwóch premierów należało do lóż. Niektóre posiedzenia rządu francuskiego przypominały co do składu i charakteru zebrania lóż i dopiero za prezydentury François Mitterranda zrezygnowano ze zwyczaju, że tekę ministra oświaty dzierży każdorazowo „syn światła”. Dalszym ciągiem tej historii byłaby determinacja, z jaką Valéry Giscard d’Estaing próbował we wstępie do Konstytucji europejskiej umieścić zapis o roli oświecenia w dziejach nowożytnej Europy, a także pewna niechęć, z jaką odnoszono się do odnotowania tam roli chrześcijaństwa. Już specyficznie polskim rysem tego wizerunku, zrodzonym jeszcze przed wojną, było przekonanie, że za światowymi knowaniami masonów stoi równie światowy, wszechpotężny kapitał żydowski, mający silne przyczółki nad Wisłą. To ostatnie – stały temat półlegalnych pism – odczuł na własnej skórze na serio i na żarty „wielki Polak obcej rasy”, wybitny historyk, autor Księcia Józefa Poniatowskiego, Szymon Askenazy. Julian Tuwim ułożył o nim taki wierszyk:
Gdy Warszawa cicho drzemie Pod całunem nocy głuchej, Kiedy spadnie mrok na ziemię I po mieście błądzą duchy, Otulony czarnym mrokiem Z ciemnej nory swej wyłazi Z cichym pieniem, tajnym krokiem Aszkemason Szymonazy. Inne obrazy masonerii i masonów są nad Wisłą, Bugiem i Wartą o wiele mniej znane. Nie przebija się niemal wcale historia jakobicka (od imienia pretendenta do tronu szkockiego), choć loże szkockie głęboko zakonspirowane i uwikłane w walkę z Anglią stały się wzorem dla wielu lóż polskich uwikłanych w walkę z Rosją. Nie robi wrażenia – daleka od francuskiego antyklerykalizmu, a podstawowa przecież dla całego ruchu – konstytucja Andersona z jej słynnym zapisem, że „jeśli kto prawdziwie pojmuje Sztukę (tj. zasady wolnomularstwa), nie będzie nigdy głupim ateistą ani niereligijnym libertynem”. Nie zastanawia przynależność do masonerii największych polskich patriotów (w większości ludzi wierzących) ani wizerunek męczennika narodowej sprawy, twórcy Wolnomularstwa Narodowego, Waleriana Łukasińskiego, przedstawianego zwykle w kajdanach. Nie intryguje przynależność do lóż niemal wszystkich autorów wiekopomnej Konstytucji 3 maja i ich współpraca z księdzem Hugonem Kołłątajem ani jego z nimi. Nie niepokoją takie oto strofy T. Zana:
Niech w mularzach znajdzie przez naszą życzliwość Bóg prawa cześć, kraj wsparcie, a ludzie szczęśliwość.
Ani słynny fragment z Pieśni Filaretów Adama Mickiewicza:
Bo gdzie się serca palą Cyrklem uniesień duch, Dobro powszechne skalą, Jedność większa od dwóch.
Ani wolnomularskie wątki w Panu Tadeuszu, ani w Księgach Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego, ani w Odzie do młodości nasączonej jak gąbka inspiracjami masońskimi, na co uwagę kiedyś zwracał Czesław Miłosz. Nie zmieniają obrazu masona w Polsce także związki z masonerią takich ludzi, jak Stefan Żeromski, Rafał Radziwiłłowicz (wielki mistrz Wielkiej Loży Narodowej Polski i twórca polskiej psychiatrii), Stanisław Falski, autor słynnego elementarza, Walery Sławek, prawa ręka marszałka Piłsudskiego, jedna z najpiękniejszych postaci międzywojnia, czy po ostatniej wojnie nazwiska Jana Józefa Lipskiego, Klemensa Szaniawskiego, Jana Kielanowskiego i Edwarda Lipieńskiego, wybitnych uczonych i członków KOR-u. Historycy z łatwością mogliby dorzucić do tego wiele wymownych faktów. Pierwsza Wielka Loża w Polsce (powołana w 1769 roku) nosi wiele mówiącą nazwę „Cnotliwego Sarmaty”. Masoneria jest po stronie reform. W 1781 roku wielkim mistrzem zostaje jeden z najbardziej oświeconych ludzi w Polsce, prezes Rady Nieustającej, Ignacy Potocki, wymieniany w każdym podręczniku szkolnym. Potocki opracuje zasady ideowe masonerii polskiej, które przetrwają do 1931 roku! Zaleci tam ostrożne kontakty z masonerią europejską i troskę o własną suwerenność. W 1777 roku do loży masońskiej wstąpi król Stanisław August Poniatowski i niebawem w masonerii znajdzie się niemal cały obóz polityczny walczący o naprawę państwa. Król otrzyma siódmy, najwyższy stopień wolnomularstwa polskiego (wzorowany na rycie szkockim). Znajdzie się też w gronie ośmiu osób pracujących nad projektem Konstytucji 3 maja. Po upadku Konstytucji masoneria polska – jak cały obóz reform – uległa podziałom. Jedni opowiedzieli się za Targowicą. Drudzy – zdecydowana większość! – przeciw. To z tych właśnie lat datuje się związek Tadeusza Kościuszki z coraz bardziej wpływowymi Czartoryskimi uchodzącymi w oczach tradycyjnie nastrojonych Polaków za „Francuzów”, masonów i „amoralistów” („popsowanych na domiar płochością dam warszawskich”). Spory, czy Kościuszko był masonem? – staną się powodem wielu mniej lub bardziej poważnych nieporozumień. Po upadku Rzeczypospolitej idea masońska odrodziła się wśród podoficerów i oficerów Legionów Polskich we Włoszech. Twórca Legionów, generał Henryk Dąbrowski, był jednym z pierwszych Polaków, który dostąpił wyższego wtajemniczenia w porządkowanym wtedy Obrządku Szkockim Dawnym Uznanym. Natomiast członkiem honorowym Wielkiego Wschodu Polski był inny wielki Polak, bohater narodowy książę Józef Poniatowski. Pod koniec XIX stulecia „stolicą” masonerii polskiej stał się Lwów. W 1897 roku przedsiębiorca i kamienicznik Samuel Goldman wydał dzieje wolnomularstwa w Polsce i we wstępie napisał , że „Polska – jeśliby miano pominąć jej wolnomularzy – pozostałaby bez wielkich patriotów”. Goldman był Żydem i jednocześnie masonem o długim stażu. Wielu Polaków poczuło się takim stwierdzeniem dotkniętych. Z początkiem XX wieku centrum ruchu masońskiego ze Lwowa przeniosło się do Warszawy. 10 czerwca 1910 roku utworzono tu lożę wolnomularską o wielce wymownej nazwie „Wyzwolenie”. Następna po niej nazywała się „Odrodzenie”, a z połączenia obu – w perspektywie bliskiego już odzyskania niepodległości – powstała loża „Zmartwychwstanie”. W Polsce niepodległej do masonerii należało – lub w jakiś sposób było z nią kojarzonych – wielu luminarzy życia politycznego, naukowego i artystycznego. Byli wśród nich najbliżsi ludzie marszałka Piłsudskiego (Walery Sławek, Bugusław Miedziński, Adam Skwarczyński), byli literaci (Julian Kaden Bandrowski i Antoni Słonimski), profesorowie i rektorzy największych uczelni polskich (Jan Mazurkiewicz i Rafał Radziwiłłowicz), był słynny aktor Juliusz Osterwa i jeden z założycieli Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, peowiak i człowiek zaufania Piłsudskiego, inżynier Franciszek Skąpski. Zapewne niektórzy z nich mieli jakieś sprawy do załatwienia – nie wszyscy byli aniołami. Zapewne nieraz w grę wchodził zwykły ludzki snobizm (kto nie chciałby – mówiono we Francji – do księcia krwi powiedzieć w loży „bracie”). Większość jednak poszukiwała w masonerii „duchowej ojczyzny” czy – jak pisał Stanisław Stempowski – „duchowej rodziny”, gdzie w gronie osób bliskich i do siebie podobnych można było spokojnie „ cyrklem mierzyć ludzkie zaślepienie. Młotkiem rozbudzać uśpione sumienie”. Maria Dąbrowska brała masonów w obronę: „Zawsze to są i byli ludzie z typu, który Polskę w dziejach dźwigał do góry; natomiast ci, co walczyli z masonerią, to byli zawsze ludzie z typu, który Polskę gubił i grzebał”. Wielu katolików – masonów otrzymywało od swych biskupów dyspensę. Od 1989 roku masoneria w Polsce działa legalnie. Mamy więc znów masonów „regularnych” i „nieregularnych”, obediencje, loże, ryty, inicjacje, fartuchy, wydawnictwa masońskie i pokaźną już literaturę przedmiotu, na którą w dużej części składają się prace profesora Ludwika Hassa. Masoni zamieszczają dziś ogłoszenia w prasie. Udzielają wywiadów i występują w mediach. Z dawnej tajemnicy pozostało niewiele. Masoneria – tłumaczy jeden ze współczesnych masonów i zarazem profesor historii, Tadeusz Cegielski – jest „ruchem, który stawia sobie za cel duchowe doskonalenie jednostki i braterstwo ludzi różnych religii, narodowości i poglądów”. Pytany o zadania, które stoją przed masonerią, odpowiada, że chodzi o „budowanie mostów między starą inteligencją, z jej etosem, poczuciem społecznego obowiązku i normą przyzwoitości, a nową klasą średnią, młodymi biznesmenami, menedżerami, kapitalistami”. Jedni się dziś z masonerii śmieją, nazywając ją harcerstwem dla dorosłych, inni się wciąż masonerii boją, wierząc, że pozostała ona sprzysiężeniem ciemnych mocy. Jedno jest wszakże pewne: bez uwzględnienia roli masonerii w dziejach nie da się zrozumieć ani polskiej historii, ani polskiego patriotyzmu. A to znaczy, że nie da się zrozumieć nas samych. Prof. zw. dr hab. Waldemar Łazuga jest kierownikiem Zakładu Myśli i Kultury Politycznej UAM. |