Chiny-USA II CYBERWOJNA
Z Adamem Koziełem, ekspertem ds. Chin i Tybetu z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, rozmawia Mariola Zdancewicz
Niedawno amerykańska sekretarz stanu Hilary Clinton oświadczyła, że firmy takie jak Google nie powinny wspierać politycznej cenzury, na jaką się godziły w Chinach, jednocześnie wezwała Chiny do przeprowadzenia śledztwa w sprawie ataków internetowych i opowiedziała się za ostrą walką z międzynarodowymi hakerami, którzy angażują się w cyberataki. Może Pan to skomentować?
To bardzo trudne, bo koncerny, głównie amerykańskie, aczkolwiek międzynarodowe, takie jak Google, Yahoo! czy Microsoft, mają długą historię współpracy z chińskim reżimem, która czasami nawet przybierała bardzo drastyczną formę. W 2005 roku przy udziale Yahoo! w Chinach skazano na dziesięć lat więzienia niezależnego dziennikarza Shi Tao, za przekazanie dokumentu, mówiącego o restrykcjach władz w związku z piętnastoleciem masakry w Pekinie w 1989 roku. Tak naprawdę nie wypowiedź pani sekretarz jest newsem, ale zmiana tonu administracji prezydenta Obamy, która do tej pory zachowywała się wobec Chin Ludowych jak petent lub dłużnik.
Można powiedzieć spokojnie, że Stany Zjednoczone siedzą w chińskiej kieszeni...
To jest obosieczny miecz. Lekko licząc, Chiny mają bilion dolarów amerykańskich papierów skarbowych i pojawiają się głosy, że mogłyby wykorzystać ten fakt do zdestabilizowania waluty amerykańskiej. Ale co by z tego miały? Zrobiłyby sobie tylko krzywdę, na złość mamie odmroziłyby sobie uszy. Nie jest więc newsem to, że zarówno pani Clinton, jak i prezydent Obama wypowiadają się już w inny sposób niż podczas swoich pierwszych wizyt w Chinach. Pojawił się nowy ton i niestety wcale nie jesteśmy mądrzy, możemy co najwyżej spekulować, co sprawiło, że administracja amerykańska mówi innym głosem, ale będą to tylko spekulacje.
To może pospekulujmy trochę…
Najbardziej cyniczna interpretacja jest taka, że jedną sprawę próbuje się zatuszować drugą, że tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. Nie mam na myśli kwestii praw człowieka w Chinach czy międzynarodowych standardów, tylko na przykład zaniżony kurs juana, który sprawia, że świat eksportuje miejsca pracy do Chin i Amerykanie nie chcą walczyć z Chinami na tej płaszczyźnie, więc wybrano sobie inny pretekst czy też narzędzie do tworzenia nacisku. Można też mówić o takich poważnych interpretacjach, których oczywiście nie brakuje, że zagrożenie, jakie stwarza Chińska Republika Ludowa w przestrzeni wirtualnej, jest już bardzo poważne i osiągnęło tak dużą masę krytyczną, że koncern Google, który według nomenklatury kongresu USA ochoczo kolaborował z chińskim reżimem, cenzuruje swoją wyszukiwarkę. Kongresmeni nie przebierali w słowach, mówiąc wprost: technologicznie i finansowo jesteście gigantami, moralnie jesteście karłami. Dziennikarze zrzeszeni w organizacji Reporterzy bez Granic twierdzą, że nie było dla nikogo tajemnicą, że kolaborują z chińską cenzurą, natomiast w 2005 roku stało się nowością, że odgrywają rolę szpicla policyjnego. To nie są moje słowa, ja przywołuję wypowiedzi czy to przedstawicieli administracji amerykańskiej, czy też społeczeństwa obywatelskiego. Nie żartujemy, w tym styczniowym komunikacie Google’a mówiono o skoordynowanym zaawansowanym technologicznie ataku na co najmniej dwadzieścia koncernów, zajmujących się głównie nowoczesnymi technologiami, obronnością, finansami. Według danych niezależnych ekspertów kradzieże własności intelektualnej kosztują około biliona dolarów rocznie. Admirał marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych powiedział, że ten atak na Google miał znamiona cyberwojny. Przeprowadzono go tuż przed świętami Bożego Narodzenia, żeby zminimalizować ryzyko wykrycia.
W czasie, w którym nikt nie siedział przy komputerze...
Wszystkich złośliwych kodów i szkodliwych programów może być w naszych komputerach naprawdę dużo. Po prostu nie przyszedł jeszcze dzień zero. Tylko haker wie, co nam się zainstalowało na komputerze. Wszystko za sprawą plików, które beztrosko ściągamy z sieci, czy też tego, co się nazywa outsourcingiem w biznesie, to znaczy zleca się wykonywanie różnych czynności, różnych operacji w krajach takich jak Chiny, ponieważ praca ludzka jest tam tańsza. Również w trakcie pisania programów komputerowych zdarza się, że ktoś dopisuje coś, co uruchomi się pewnego dnia i na komendę kogoś, o kim nie ma pani pojęcia, sprawi, że dane z pani komputera wyciekną do innej maszyny. I mówimy tu jedynie o wartości intelektualnej, a to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Z raportów administracji amerykańskiej czy innych państw zachodnich wynika, że Chiny prowadzą najbardziej agresywną, szpiegowską politykę nastawioną na wyciąganie informacji. To jest w gruncie rzeczy oficjalną doktryną obronną Chińskiej Republiki Ludowej. Jest to tak naprawdę broń słabych.
Tak się mówi, jak nie mają żadnej technologii, to muszą kraść...
Jak w państwie nie ma wolności słowa i wolności intelektualnej, to nie ma nauki. Spójrzmy obiektywnie na listę laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie nauki. Trudno znaleźć tam Chińczyka, chyba że jest absolwentem amerykańskiego uniwersytetu lub pracuje w amerykańskim laboratorium. To naprawdę idzie w parze jedno z drugim. Jeśli nie ma wolności słowa, to jakim cudem ma być możliwość odkrywania czegoś nowego. Szacuje się, że w Chinach działa od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzi, którzy nazywają siebie hongke, „czerwoni goście”, i uważają się za patriotów, dla których Stany Zjednoczone są antagonistą numer jeden. To ludzie, którzy w 2008 roku, po paryskiej sztafecie, podczas której demonstrowano w sprawie wolności dla Tybetu, sprawili, że chiński Internet eksplodował „patriotycznym gniewem”. Były wezwania do bojkotu Carrefoura, hakowanie stron wszystkich francuskich koncernów, groźby wobec zagranicznych dziennikarzy. To jest ta amatorska „patriotyczna” manifestacja osób, mających poczucie, że działają w słusznej sprawie. Oprócz nich mamy jeszcze trzydziestotysięczną armię zawodowych hakerów. Informacje o tej liczbie przypisywano poufnemu raportowi FBI, ale FBI odmówiło komentarza na ten temat. Niemniej jednak wielu ekspertów uważa, że liczba ta jest wręcz zaniżona.
Działających dla rządu?
Dokładnie. Adresy IP wskazują jednoznacznie, że działania te prowadzone były z terytorium Chin. Przy okazji ostatniego ataku wojskowi nie używali już słów takich jak „atak hakerski”, tylko mówili o zaawansowaniu technologicznym na miarę cyberwojny. Jeśli takie słowa padają z ust urzędników sektora obronności, a nie dziennikarzy, i jeżeli eksperci wskazują ślady działalności tych ludzi w takich miejscach, jak sieć przekazu energii elektrycznej, to mamy problem. Możemy sobie wyobrazić, jakie byłyby konsekwencje ataków na sieć elektryczną, na przykład przy obecnych mrozach, lub też włamań do sieci kontroli lotów… Jeśli wiadomo, że można skopiować zawartość komputera, łącznie z hasłami i numerami kodów do kont bankowych, co notabene jest specjalizacją środkowoeuropejską, to można tę zawartość także zmieniać bez wiedzy i świadomości ich użytkowników. Niech sobie pani wyobrazi, że następny numer „Merkuriusza” ukazuje się w innym niż przewidziany terminie i to jeszcze z błędami ortograficznymi na okładce.
Oby tylko to...
Co prawda można mówić o tym, że producenci programów antyszpiegowskich mają swój interes w tym, żeby podgrzewać atmosferę i wmawiać klientom, że zagrożenia są tak poważne, że musimy się zabezpieczać i kupować programy nowej generacji, ale oni zmienili ton i przestali mówić o tym, o czym mówią od lat, to znaczy o wirusach, robakach, o tym, że nie możemy być beztroscy, ściągając pliki i otwierając załączniki od nieznanych nadawców, tylko zaczynają mówić o nowej erze zagrożeń w sieci. Mnóstwo jest znaków, które wskazują, że stało się coś ważnego o innym charakterze niż dotychczas.
Na takie ataki narażone są państwa o wysoko rozwiniętych systemach informatycznych. Czy dużo tracą, czy jest jakaś możliwość ukarania atakujących i czy oni też coś ryzykują?
Zależy, gdzie są – i to jest cały problem. Z Chinami jest tak, że czasem funkcjonują jako państwo rozwijające się, czyli zasługujące na preferencyjne kredyty z Banku Światowego, a innym razem aspirują do tytułu supermocarstwa, w zależności od tego, co akurat lepiej służy ich interesom. Bardzo ważne jest w tym to, co zrobił koncern Google, abstrahując od tego, jaka idea mu przyświecała, że sprawa dotarła do opinii publicznej. A z jakiej wyszukiwarki pani korzysta?
Z Google’a między innymi...
W tę sprawę był jeszcze „zamieszany” Microsoft, ponieważ firma Google przyznała, że furtką dla złodziejskich programów był Microsoft Explorer nr 6, 7 i 8. Ale tu informatycy pracowali zgodnie i przygotowali łatę zabezpieczającą nasze urządzenia przed atakiem. Zwykle takie rzeczy dzieją się po cichu. Włącza pani komputer, pojawia się informacja o aktualizacji oprogramowania, naciskamy guzik i łata jest już zainstalowana. Zrobiono ją, bo informatycy wykryli dziurę, która tylnym wejściem pozwala wkraść się komuś do komputera i bez pani wiedzy robić różne niecne rzeczy. Po tym bezprecedensowym komunikacie koncernu Google, w którym poinformowano, że firma rozważa wycofanie się z chińskiego rynku, gdzie, wedle oficjalnych szacunków, miała zarobić 600 miliardów dolarów w roku 2010, ceny akcji spadły o ponad 1%.
Można spekulować, że mogliby się nie odzywać.
Dokładnie. Otrzymujemy tyle sprzecznych informacji i nie ma nikogo mądrego, o czystych intencjach, kto mógłby prześwietlić tę sytuację i powiedzieć, o co właściwie chodzi. Odezwał się rząd Indii, jedyny sąsiad Chińskiej Republiki Ludowej, który ma ciągle sporne granice z Chinami, ma u siebie Dalajlamę, tybetański rząd na uchodźstwie. Zabrał głos Pakistan będący dla Indii zagrożeniem atomowym, a jednocześnie podopiecznym Chińskiej Republiki Ludowej. Indie też oskarżyły Chiny. Zaawansowanie, wyrafinowanie, technologia użyta do takich operacji każe ekspertom sądzić, że to nie mógł być pojedynczy haker ani nawet kooperatywa hakerska, tylko protektorat i zaangażowanie technologiczne rządu. I to też było zaskakujące. Zwłaszcza w krajach demokratycznych, gdzie mamy wybory, żaden z rządzących nie ma interesu w tym, żeby się chwalić, że jest narażony na atak. Wszyscy, którzy mają karty kredytowe i są narażeni na tego typu zdarzenia, wiedzą, że banki bardzo często wolą pokryć straty, niż przyznać się, że mają dziury w systemie, bo to podważa ich wiarygodność. Ten przełom też wskazuje na to, że dzieje się coś, co nie jest codzienne, i dużo czasu minie, zanim dowiemy się, co to było i o co szło.
A dzisiaj już podobno rozróżnia się te cyberataki na „netwar” i „cyberwar”. Pierwszy jest o podłożu społecznym i jego celem jest wpływanie na to, co dane społeczeństwo wie lub myśli, że wie. „Netwar” można określić jako współczesną wersję wojny propagandowej. „Cyberwar” zaś to działania mające zakłócić lub zniszczyć systemy informatyczne i komunikacyjne wroga...
Spectrum jest coraz większe. Mamy ludzi nazywających siebie haktywistami, czyli hakerów działających w słusznej sprawie. Będą oni pomagać chińskim i irańskim dysydentom, ludziom, którzy chcą dotrzeć do niezależnych informacji z takich miejsc jak Wietnam czy Arabia Saudyjska. Pomoc polegać będzie na omijaniu przeszkód, które władze tworzą, żeby nie mogli korzystać z niezależnego dostępu do sieci i informacji w niej zawartych.
W 2007 roku świat był świadkiem cybernetycznego uderzenia na Estonię i premier Estonii Andrus Ansip powiedział, że przetestowano tam nowy model wojny cybernetycznej, w wyniku której mogłyby być zablokowane lotniska i porty. O atak podejrzewano Rosję.
To jest ta sama sytuacja, co z „czerwonymi hakerami”. Na każdy program wirusowy jest antywirusowy, na każde narzędzie pozwalające podsłuchiwać rozmowy telefoniczne jest narzędzie, które ten podsłuch zepsuje. Mamy kłopot, bo nawet jeśli eksperci stwierdzą, że atak został przeprowadzony z terytorium na przykład Chin, nie będziemy mieć żadnej gwarancji, kto się tym komputerem posługiwał.
Czy Rosjanin, czy Amerykanin, czy Chińczyk...
I czy miał błogosławieństwo władz, czy może działał na własny rachunek. Zastanawiam się, jak to nazwać... już wiem – mentalność kibola. Ma pani „ustawki”, jakieś takie rzeczy błazeńskie i dla w miarę myślącego człowieka nie do pomyślenia, że kibice klubu A z miejscowości B umawiają się z fanami klubu C, żeby się trzaskać po twarzach. To też się dzieje w cyberprzestrzeni i jest to dokładnie ten sam mechanizm. Biegła sztafeta przez Paryż, były demonstracje w obronie praw człowieka w Tybecie, to w Chinach będziemy bojkotować koncern Carrefour. Ale takie rzeczy dzieją się też w cyberprzestrzeni. Mogło być tak, że za tym problemem estońskim stała grupa „patriotycznych” rosyjskich hakerów, albo państwo rosyjskie i Moskwa. Jak mówię, nowością jest to, że pierwszy raz ktoś się tym „pochwalił” tak jak Google, że był przedmiotem ataku, że jego klienci byli narażeni na wymierne straty. O tym rzadko się mówi, ale ta operacja była uruchomiona w drugiej połowie grudnia, a dowiedzieliśmy się o niej w połowie stycznia. Google, kiedy ją wykrył, skontaktował się z potencjalnymi ofiarami tego całego przedsięwzięcia, poczynając od chińskich i tybetańskich obrońców praw człowieka, kończąc na firmach, których nazw nie wymieniono. I to jest nowinką...
W tym całym dość przerażającym stwierdzeniu...
Ono przeraża, ale nie wyobraża sobie pani pracy bez Internetu...
Ale jak sobie wyobrażę, co może się dziać za pomocą Internetu, to się zastanawiam, czy sobie nie wyobrazić pracy bez niego...
Póki co nie mamy czegoś, co przypomina rzeczywistość horroru science fiction, gdzie rządzą nami maszyny. Za każdym czynem, który panią oburza, bulwersuje...
straszy...
...ale też bawi, raduje czy uczy, stoi człowiek, jego umysł, intencje i zdolności.
To smutne, albo radosne.
Albo budujące, zależy, kto w co wierzy, czy w Boga, czy w karmę, czy w naturę. Tak funkcjonujemy i używamy tych darów wyobraźni, inteligencji, rozumu, żeby sobie nawzajem pomagać i nawzajem szkodzić.
Tak na zakończenie, jak się Pan ustosunkuje do stwierdzenia Nicolasa Negroponte i Philipa Elmera-DeWitta, którzy stwierdzili, że rodzaj technologii informatycznych zdetronizował atom, a zastąpiła go cyfra binarna, a cyberprzestrzeń opisano jako przestrzeń przypominającą poziom form idealnych Platona.
Tego typu stwierdzenia są o tyle fajne, że oznaczają wszystko i nic. Przy takim tempie rozwoju cywilizacji dezaktualizują się równie szybko, jak są drukowane. |