Muzyka uczy pokory
Z „druhem profesorem” – Stefanem Stuligroszem, dyrygentem chóru Poznańskie Słowiki, rozmawia Dominik Górny Świętuje Pan 70-lecie swojej pracy twórczej…
Myślę, że to, kim dziś jestem, wypływa z domu. Wywodzę się z prostej, ale szlachetnej rodziny, której choć może trudno było ocenić, czy jej syn ma muzyczny talent, to jednak potrafiła zaszczepić mi miłość do muzyki. To zasługa mojej matki, która śpiewała w polskich chórach, jeszcze za czasów prus kiej niewoli, oraz babci Franciszki, bez której śpiewu nie odbywała się żadna uroczystość na Starołęce, gdzie mieszkała. Z kolei mój ojciec grał na skrzypcach. Jednak ja gry na tym instrumencie uczyłem się u pana Maksymiliana Kubackiego – wychowawcy ze szkoły podstawowej. Później był jeszcze cudny, koloraturowy sopran siostry Letycji Klimek. Wiele zawdzięczam przyjaźniom, szczególnie z państwem Gabrielami, którzy mieli pięcioro synów, z których każdy grał na jakimś instrumencie. Zaprosili mnie do swojej kapeli, gdzie grałem z nimi na skrzypcach. Największe emocje budziło jednak wspaniałe fisharmonium. Zdawało mi się, że bez gry na nim nie mógłbym żyć. Dlatego podczas wakacji, gdy koledzy z klasy wyjeżdżali na wycieczki rowerowe, zamykałem się w kaplicy na Wildzie, znajdującej się w miejscu dzisiejszej kliniki ortopedycznej, i komponowałem…
Pamięta Pan swoje pierwsze muzyczne kroki?
Pierwsze kompozycje stworzyłem jako dwunastoletni chłopiec. Wtedy też pierwszy raz dyrygowałem chórem. A jeszcze wcześniej skomponowałem walca dla zespołu państwa Gabrielów. Zatytułowałem go Modre fale Warty. Ilekroć go wykonywaliśmy, wszyscy się serdecznie śmiali, wiedząc, że fale Warty są żółte z zanieczyszczenia. Tytułu walca oczywiście nie zmieniłem. Później, jako gimnazjalista, stworzyłem chór w szkole świętej Marii Magdaleny, gdzie chodziłem na lekcje „muzycznego wychowania” prowadzone przez profesora Władysława Drzewieckiego. Moja muzyczna aktywność była tak przekonująca, że choć nie byłem najlepszym uczniem – bo przecież wciąż myślałem o muzyce – zaproponowano mi stypendium na dalsze kształcenie.
Poznańskie Słowiki są dla Pana chórzystów drugą rodziną…
Wynika to z mojego nastawienia do życia i ludzi. Staram się zapamiętać imię każdego z moich chórzystów i uczniów, a oni do mnie lgną, zwierzają się z problemów, radzą w sercowych sprawach. Chcę być dla nich jak ojciec. Zresztą sami mnie tak nazwali, o czym mówi pewna anegdota – kiedyś zadzwonił telefon, który odebrała moja żona, w słuchawce usłyszała pytanie: „Czy można mówić z ojcem?”. Zdziwiona odpowiedziała, że „tu nie jest zakon”, po czym okazało się, że chodzi o mnie.
Poznańskie Słowiki odbyły wiele zagranicznych tournée, co szczególnie w latach 50. było fenomenem, kiedy w Polsce mało kto wiedział o „wielkim świecie”. Jak Pan wspomina podróże z tamtych lat?
Najbardziej fascynowała mnie kultura południowej Korei i Japonii. Chyba żaden kraj, oczywiście poza Polską, nie uwielbia tak Chopina i Marii Curie-Skłodowskiej. Kiedyś w Tokio podeszła do mnie dziewczyna i spytała, czy jest do niej podobna. Poza tym tamta publiczność jest szalenie kulturalna… Poznańskie Słowiki – cytując jedną z recenzji – były chórem, dla którego „warto przepłynąć ocean”. Nie mieliśmy jednak pośród nas takiej osoby, która potrafiłaby wykorzystać pochlebne opinie do promowania chóru. I powiem zupełnie otwarcie, że przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wysoki poziom ma nasz chór.
... bo przecież w 1963 roku wystąpiliście Państwo dla prezydenta Kennedy’ego i byliście pierwszym polskim zespołem, który zaśpiewał w Carnegie Hall…
Amerykański impresario Sol Hurok zorganizował nam wtedy trzydzieści dwa koncerty. Spotkałem wówczas Leopolda Stokowskiego, który tak mnie wychwalał przed ambasadorem przy ONZ – Bogdanem Lewandowskim, że zaproponowano mi objęcie katedry chóralistyki m.in. w Montrealu i Toronto. Nie mogłem jednak tam wyjechać, aby nie „skazać” mojej rodziny na szykanowanie ze strony polskich władz. Swoją drogą do dziś zastanawia mnie, dlaczego największy rozkwit chóru nastąpił w czasach komuny, która z jednej strony nam nie „przeszkadzała”, a z drugiej ingerowała w sprawy programowe. Być może Poznańskie Słowiki były narzędziem propagandowym – bo jak inaczej wytłumaczyć to, że mimo zakazu organizowania religijnych uroczystości mogliśmy śpiewać sakralne pieśni. Wracając do zagranicznych koncertów, nie zapomnę występu w Lozannie z okazji 25. Międzynarodowego Festiwalu Muzyki. To była nasza największa „klapa”, dzięki której – o dziwo – odnieśliśmy sukces. Wykonaliśmy m.in. kompozycję Tadeusza Szeligowskiego Królewno niebieska. Organista podał akord o kwintę wyżej, a my zaczęliśmy śpiewać, co spowodowało, że w wysokich rejestrach chórzyści krzyczeli. Tymczasem dostaliśmy gromkie oklaski, a krytyka rozpisywała się, że jeszcze nigdy nie słyszała tak awangardowego utworu. Co więcej, po koncercie przychodzili do mnie dyrygenci, prosząc o partyturę tej niezwykłej wersji Regina celi. Oczywiście odmawiałem, zasłaniając się tajemnicą.
Który z sukcesów w pracy dydaktycznej miał dla Pana znaczenie osobiste?
Pamiętam Jacka Pazołę, który śpiewał przy zaciśniętym gardle. Znalazłem sposób, żeby nie wyrzucili go ze szkoły muzycznej. Kazałem mu powtarzać zagrane dźwięki, ale bez patrzenia na klawisze fortepianu. Tym sposobem zaśpiewał wysokie „d” tenorowe, choć wydawało się, że nie potrafi osiągnąć nawet niższego dźwięku „g”. Ze szczęścia chciał mnie „udusić”. Dzisiaj jest cenionym śpiewakiem w jednej z oper w Holandii. Sukcesem jest dla mnie też to, jak daleko zaszedł Wojciech Pośpiech. Z powodu choroby Heinego-Medina komisja egzaminacyjna PWSM uznała, że się nie nadaje na scenę. Wziąłem go pod opiekę… A teraz uczy jako profesor śpiewu w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Zawsze starałem się ratować ludzi, żeby nie działa im się krzywda.
Czy jest coś, czego Pan w swojej pracy zawodowej i w życiu osobistym żałuje, za czym Pan tęskni?
Może nie tyle żałuję, ile tęsknię – przede wszystkim za moją żoną Barbarką i chórzystami, którzy odeszli na „tamtą” stronę, a jest już ich ponad dwa tysiące. Wspominam księdza Wacława Gieburowskiego, z którym wiąże się jeden z najbardziej wzruszających momentów mojego życia. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Była okupacja, 1939 rok. Dyrygenta chóru poznańskiej katedry – księdza Gieburowskiego – aresztowano. Skupiłem wokół siebie tamtych członków jego chóru, którym udało się nie pojechać na front. Gdy w 1941 roku wrócił do Poznania i posłuchał, jak śpiewa chór, zaczął gratulować profesorowi Drzewieckiemu, który wskazując na moją osobę, powiedział: „To nie ja, to Stefan”. Zapewne zdecydowało to o tym, co ksiądz Gieburowski powiedział podczas swoich ostatnich imienin. Było to 29 września 1942 roku. Wybrałem się z grupą śpiewaków, żeby złożyć mu życzenia. Zastałem u niego profesor Konatkowską, pianistkę, i panią Szrajberównę, skrzypaczkę. Ksiądz Gieburowski powołał je na świadków i wypowiedział swój testament, że mam być jego następcą, jako dyrygent chóru, i wręczył mi swoją kompozycję na chór męski. Był to hymn pogrzebowy. Ksiądz Gieburowski powiedział, że jego wykonanie będzie moim ostatnim egzaminem przed nim.
Mówi Pan, że muzyka uczy pokory…
Sprowadza się to do właściwego zrozumienia słów Jana Pawła II, który w liście do artystów opisał twórczą hierarchię: „Stwórca, twórca i odtwórca”. Biorąc do ręki partyturę jakiegoś utworu, nawiązujemy kontakt z duchem osoby, która ją stworzyła. Natchnienie nie przychodzi od człowieka, ale od Ducha Świętego. My tylko pośredniczymy.
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum prof. Stefana Stuligrosza, archiwumFundacji „Chór Stuligrosza – Poznańskie Słowiki” i Filharmonii Poznańskiej |