Wygrać bój o narodową pamięć
Z Bronisławem Wildsteinem, publicystą, dziennikarzem i pisarzem, rozmawia Dominik Górny Znaczną część swojej działalności określa Pan jako „moje boje z III RP”. Które z tych „bojów” były najtrudniejsze? Podjąłem walkę z projektem ideowym, który miał bardzo wiele wymiarów. Na pewno trudna była moja walka z terrorem intelektualnym, poglądami, które roszczą sobie pretensje do bezdyskusyjnych, a więc ideowym i politycznym monopolem, który ciągle się próbuje nam narzucać. A co budzi do dziś moje największe oburzenie? Na przykład produkcja tzw. autorytetów, których zdanie ma definitywnie rozstrzygać spory publiczne. To jest „specjalność” III RP, przyznam, że nie za bardzo demokratyczna. Nie godzę się z tym, żeby stosować redukcję do autorytetów – aby w pewnym momencie debaty publicznej jej rozstrzygnięcie wyznaczało zdanie jakiegoś autorytetu. A wtedy już koniec dyskusji, zgodnie ze starą zasadą „Roma locuta, causa finta” – kiedy Rzym się wypowiedział, to nie można było tego zakwestionować. Zapomnieliśmy tylko, że w Rzymie takie postępowanie odnosiło się do dogmatów religijnych, a nie rzeczywistości społecznej.
Które z Pana poglądów spotykają się ze szczególnie nieuzasadnioną i niesłuszną dezaprobatą?
Najczęściej atakowany jestem za podejście do lustracji, zresztą próbuje się, zupełnie niezgodnie z faktami, zredukować moją publicystykę do tej problematyki. Mało kto o tym wie i mówi, że na początku lat 90. do archiwów SB, przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych – Krzysztofa Kozłowskiego, zostali wpuszczeni czterej historycy: nieżyjący już pan Kroll, Einenkel, Holzer i Michnik. Tymczasem nie mamy żadnych raportów z ich działalności w tych archiwach, nie wiemy nic na temat, co robili. Ale to jeszcze nie wszystko – Michnik powiedział, że te archiwa są z gruntu niepedagogiczne. Mówił to w takim tonie – „drodzy rodacy, ja się już za was poświęciłem, obejrzałem te archiwa. Musicie mi zaufać, że nie warto ich oglądać, bo są w nich rzeczy, które mogą jedynie spowodować frustrację. Wziąłem za was na siebie ten ciężar”. To jest oczywiście ironiczne, co mówię, ale tak to wyglądało.
W jaki sposób można zaradzić podobnym sytuacjom, które mogą pojawić się w przyszłości?
Moim zdaniem powinno się wszystko najzwyczajniej ujawnić i polemizować z odkrytymi faktami. One muszą być podstawą debaty. A więc maksymalnie ujawniać i rozmawiać za pomocą argumentów popartych wiedzą.
Współtworzył Pan Studencki Komitet Solidarności, działał w Komitecie Obrony Robotników. Które z solidarnościowych idei są aktualne?
Mogę się pochwalić, że należałem do tych osób, które jako pierwsze użyły w tym kontekście określenia „solidarność”, tak bardzo popularnego w sierpniu 1980 roku. Termin ten znalazł się w nazwie naszego studenckiego, opozycyjnego ośrodka, który powołaliśmy w 1977 roku. Dla mnie Solidarność jest najwspanialszym ruchem w najnowszej historii Polski. Jestem jednak zdania, że na pewno żadnych form działania z tamtego czasu nie dałoby się adaptować do nowych warunków. Na ile lekcja tamtej epoki jest dla nas dziś przydatna? Uważam, że dzieje Solidarności są lekcją heroizmu, pozytywnych postaw, które można uwolnić i uaktywnić nawet w bardzo trudnych czasach. To jest punkt odniesienia dla tego, kto chce budować ład i porządek społeczny poprzez symbole. Trzeba mieć świadomość, że istnieje poziom, na którym potrafimy się porozumieć. Moim zdaniem to nie musi być dla nas obciążeniem, tylko „trampoliną” do wspólnego, a więc i indywidualnego rozwoju.
Które z opinii dotyczących współczesnej polityki najbardziej Pana zaskakują?
Uderza mnie nagminne odwracanie znaczeń. Sprawa Wałęsy jest dla mnie przykładem tego, jak pomimo demokracji i wolności słowa najbardziej wpływowe środowiska usiłują nie dopuścić do ujawnienia niewygodnych faktów. Przecież tak naprawdę nikt do końca nie zakwestionował okresu współpracy Wałęsy z SB. Co więcej, gdybyśmy „ważyli” na szali ten okres z tym, co zrobił poza nim, to czas jego ewentualnej współpracy z SB byłby mało znaczący. Niezależnie od tego, kto by to nie był, jestem zdania, że postać publiczna – taka jest już jej kondycja – powinna, a nawet musi ujawnić swoje poczynania dotyczące sprawowanego przez nią urzędu i, dodatkowo, musi zgodzić się na to, że jej życiorys będzie prześwietlany. Społeczeństwo ma prawo go znać. Dążenie do poznania faktów z biografii nie może być traktowane jako nikczemność i próba prowokacji.
O politycznej przeszłości Polski opowiadał Pan w programie telewizyjnym „Cienie PRL-u”. Które z tych „cieni” najbardziej przyćmiewają obraz współczesnej Polski?
Podstawową sprawą jest relatywizm i moralne „pomieszanie”, które panuje do dziś. Nasza przeszłość nie została rozliczona. Aby tak się stało, wpierw musiałaby być nazwana. To nieprawda, że moralność nie jest potrzebna. Ona jest podstawą porządku społecznego, kapitałem społecznym – zespołem norm i zasad organizujących wspólnotę, bez których ta wspólnota nie byłaby wspólnotą, bo jej członkowie nie mieliby do siebie zaufania. To jest etyka społeczna.
W jakiej dziedzinie rola społeczna etyki jest szczególnie ważna?
Powinniśmy mieć szacunek do roli prawa. Ludzie muszą mieć przykład. Jeśli widzą, że prawo nie sięga „możnych”, nie rozlicza ich z fundamentalnego zła, to sami nie mają dla tego prawa szacunku. Przez to staje się ono instrumentem, którym posługują się silni, a słabi im ulegają. Osobiście bardzo się cieszę, że skazano wreszcie zomowców, którzy zastrzelili górników z Kopalni „Wujek”. Ale z drugiej strony wiem, że działali na rozkaz tego, kto był ich mocodawcą, który pozostaje bezkarny. Wymiar sprawiedliwości powinien być „sprawiedliwy” i dosięgać również tych najważniejszych.
W swojej książce Polskę nazywa Pan „Doliną Nicości”. Co należałoby zrobić, żeby przemienić ją w „dolinę sprawiedliwości”?
Pana pytanie dotyczy spraw fundamentalnych. Aby osiągnąć stan satysfakcjonujący, należałoby zrobić wiele. Ważną sprawą jest rozliczenie historii, która nie jest dla nas nawet historią, a teraźniejszością. Abyśmy poczuli się pełnowartościowymi obywatelami, musimy znać kulisy swojego życia, tego, co było kiedyś i co dzieje się dziś.
„Bronisław Wildstein przedstawia” – jaką prawdę chce Pan przedstawić?
Swoją rolę postrzegam jako mówienie o rzeczach podstawowych i problemach, które są wielokrotnie mistyfikowane bądź zatajane. Proszę mi wierzyć, że zrozumienie spraw podstawowych jest niezbędne do oceny rzeczywistości, a tym samym do dokonywania właściwych wyborów.
fot. Archiwum WSNHiD |