Nie przeceniam znaczenia kina
Z Jerzym Hoffmanem, wybitnym reżyserem i scenarzystą, rozmawia Dominik Górny Siła Pańskich filmów historycznych przejawia się w tym, że potrafią wzbudzać skrajne emocje…
Każdy człowiek i naród powinien odnaleźć swoją tożsamość. W tym celu musi poznać własną przeszłość. Fabularne filmy historyczne, aczkolwiek nie są podręcznikami historii, są bardzo potrzebne, bo ze znajomości swoich dziejów wypływa szacunek do tradycji innych kultur, odmienności narodów i ich obyczajów. Dokumentalny film Historia Ukrainy, narodziny narodu jest oczywiście takim podręcznikiem – być może. Filmy, które mówią prawdę o narodowej przeszłości, są adresowane do „normalnych” ludzi, a nie osób, które akceptują tylko swoją wizję świata i w jego rozumieniu kierują się wyłącznie własnymi emocjami. Ja takich ludzi nie potępiam, bo żyjąc w czasach, o których robię film, przeżyli oni emocjonalnie bardzo wiele. Jednak moim zdaniem właśnie przez to nie potrafią nabrać jakiegoś dystansu do historii. Tacy ludzie mają swoje zdanie, z którym umrą. Staram się patrzeć w przyszłość. Dla mnie ważni są ludzie, którzy przyjdą na mój film, żeby dowiedzieć się czegoś nowego, tacy, którzy są obecnie młodzi.
W tworzeniu polskiego i światowego kina podkreśla Pan rolę tradycji. Które z nich są w stanie poruszyć współczesnego widza?
Trudno mi o tym wyrokować. Moje filmy, które kręciłem wiele lat temu, zdobyły już swojego widza. Nie jestem pewien, co chce oglądać dzisiejszy osiemnastolatek – nie wiem, czy moje widzenie rzeczywistości mieści się w jego poetyce. Dla mnie niesłychanie istotną rzeczą jest przekonanie o tym, że film nie może się kończyć beznadzieją. Nie chodzi mi już nawet o tzw. happy end. Film powinien dać szansę widzowi, żeby po wyjściu z kina mógł chociaż na moment poczuć się trochę lepszym człowiekiem. Wydaje mi się, że tajemnica tej myśli ukrywa się w filmie Znachor. Przyznaję, że przez długi czas nie był on doceniany zarówno przeze mnie, jak i przez krytykę. A jednak po dziś dzień ten film ma ogromną liczbę zwolenników – i to w różnych pokoleniach i w różnych krajach. Jestem przekonany, że dzieje się tak, ponieważ ten film daje szansę na zwycięstwo dobra. Jak w każdym micie, bajce czy legendzie – dobro z trudem przezwycięża zło, ale trzeba pokazywać, że to właśnie ono ma szansę na okazanie się silniejszym i bardziej potrzebnym współczesnym ludziom.
Odnosi się Pan do chyba najbardziej charakterystycznego motywu w kulturze – walki dobra ze złem. Czemu w filmie powinno służyć akcentowanie zła?
Jestem absolutnym przeciwnikiem pokazywania okrucieństwa tylko dla samego faktu jego eksponowania. Reżyser ma prawo, a nawet powinien pokazywać brutalne sceny – tylko czemuś to musi służyć. Uważam, że takie filmy jak Edi są potrzebne, ale nie mogą być głównym nurtem. Społeczny margines nie może być jedynym obowiązującym kanonem całego społeczeństwa.
Jaki film można uznać za „dobry”?
Wie Pan, ocena dobrych czy złych filmów jest zawsze niesłychanie subiektywna. Osobiście wolę nie używać tych określeń, bo zbyt długo mnie pouczano, co jest słuszne i dobre, a co szkodliwe i złe. Dlatego wolę określenie, że mi się coś podoba lub nie podoba – mnie, Jerzemu Hoffmanowi, a nie jako ogólne zalecenie. Film nie może być „letni”, to znaczy nijaki. Jeśli temat jest dla reżysera obojętny, będzie on obojętny i dla widza. Jestem reżyserem emocji, również sam jako widz nie wstydzę się ani śmiać, ani płakać na filmie, który mnie śmieszy lub wzrusza. Dlatego też staram się swoje emocje, to, że z czymś walczę i bardzo czegoś nie lubię, albo to, że coś bardzo kocham, przekazać widzowi. Chcę przekazać mu własną temperaturę uczuć. Realizując film prawdziwie historyczny, dokumentalny, taki, jakim jest Ukraina, reżyser musi wystrzegać się przekonania, że jeśli coś jest dla niego oczywiste, to będzie również tak samo oczywiste dla widza. Jest to typowy błąd naukowców, którzy często są tak przekonani, że ich wiedza jest wiedzą ogólną, że rozmowa czy dyskusja między nimi staje się hermetyczna. Ponieważ, jak już powiedziałem, jestem reżyserem emocji, to najbardziej trafia do mnie Chaplin przez swoją niesłychanie emocjonalną, głęboką „ludzkość”. Również dlatego, chociaż z filmów Felliniego najwyżej rozumowo cenię Osiem i pół, to najbardziej kocham jego La Stradę, czyli Drogę, z genialną Giuliettą Masiną, szalenie chaplinowską w tym filmie.
Jako reżyser kreuje Pan bohaterów swoich filmów, a które z kinowych obrazów zmieniły Pana osobowość?
Nie przeceniam znaczenia Kina, czy jakiegokolwiek dzieła sztuki. Mam jednak szacunek do tego, że ich rola w losach pojedynczych ludzi i całych społeczności bywała ogromna. W poszczególnych okresach mojego życia oddziaływały na mnie różne dzieła. Przyznam, że nie były to tylko filmy. Ogromne znaczenie miała dla mnie literatura. Był czas, kiedy byłem niesłychanie zafascynowany twórczością Eisensteina, ze względu na szaloną widowiskowość jego dzieł i – jak na owe czasy – ogromne techniczne umiejętności w tworzeniu filmu. Niewątpliwie był to ogromny talent Kina, który potrafił je widzieć „szalonym”. Później to się zmieniło, jednak nie przestałem szanować jego dokonań. Zarówno Iwan Groźny, jak i Aleksander Newski to wspaniałe dzieła. Fascynuje mnie wymyślona przez Eisensteina niesamowita scena „schodów”. Wrażenie jest kolosalne, bo ma w sobie widzenie artysty. Nie powiem jednak, żeby fascynacja rodząca się na przykład z tej sceny lub z innych filmów zmieniła mnie jako człowieka.
Jeśli nie sztuka, to co kształtowało Pana jako człowieka?
Rodzice nauczyli mnie marzyć i realizować swoje marzenia. Matka wpoiła mi, na dalekiej Syberii, miłość do polskiej historii i wielkiej polskiej poezji romantycznej. Ojciec wpoił mi zasady, którymi się kieruję po dziś dzień. Gdy kiedyś jako dziecko przyszedłem „zabeczany” do domu i poskarżyłem się ojcu, że ktoś mnie pobił, mój ojciec wyjął z szafy swój oficerski pas z pierwszej wojny światowej i po raz pierwszy mi nim przyłożył. Tu nie chodziło o to, że bolało, bo ojciec nie był zwolennikiem edukacji za pomocą pasa, ale poczułem straszny wstyd. Od tego czasu nigdy i nikomu nie skarżyłem się, że ktoś mnie uderzył, i obrony, nawet przed silniejszym przeciwnikiem, szukałem wyłącznie we własnych pięściach. Później, już w czasie wojny, jeden z kolegów ojca, który postanowił przekraść się do Francji przez Rumunię, zostawił mu na przechowanie swoje pieniądze. Bilon kilkuset złotych w srebrze przegrałem w „ściankę”. Gra polegała na tym, że uderzało się monetą o ścianę i jeśli padała ona tak blisko monety przeciwnika, że można było obie monety połączyć palcami jednej ręki, to była wygrana. Ojciec, gdy się dowiedział, że przegrałem obce pieniądze, zapytał jedynie: „Wiedziałeś, że te pieniądze nie są nasze?”. Odpowiedziałem – „Wiedziałem”. Ojciec po raz drugi użył pasa i od tego czasu nigdy, również w swoim dorosłym życiu, nie grałem za cudze pieniądze, a jeśli przegrywałem, to tylko zarobione przeze mnie – własne. Wreszcie na zesłaniu syberyjskim zdarzyło mi się, że uderzyłem dziewczynę. Przeżywałem wtedy swoją wielką pierwszą platoniczną miłość, a ta dziewczyna rozpowiadała po wsi, że my śpimy ze sobą. Dzisiaj wiele lat po rewolucji seksualnej to jest oczywiście normalne, choć na pewno nie w wieku, w jakim byliśmy wtedy ja i moja ukochana. Wtedy, i to jeszcze na wsi, była to dla mojej dziewczyny hańba. Uprzedzałem ją raz i drugi, a gdy to nie pomogło, na oczach wielu ludzi stojących w kolejce po chleb uderzyłem ją. Ojciec był daleko na froncie, ale moja matka napisała mu, jak się zachowałem. Ojciec oczywiście nie mógł sięgnąć po pas, ale ukarał mnie jeszcze surowiej – przez ponad rok w żadnym liście, który pisał z frontu, nie wspomniał o mnie ani słowem. Od tego czasu nigdy nie byłem „damskim bokserem”, nigdy nie uderzyłem kobiety, choć wstyd przyznać, ale po latach nie bardzo wiem, czy zawsze było to słuszne. |