Wolę cichy świat barw
Z Ryszardem Kają, scenografem, malarzem oraz grafikiem rozmawia Dominik Górny
Na scenę Poznańskiej Opery niedawno powrócił Skrzypek na dachu. Czym współczesny Skrzypek różni się od swoich poprzedników? Jest najprawdziwszy i najbardziej dojrzały, jakiego udało mi się stworzyć. Tworząc większość moich teatralnych Skrzypków, inspirowałem się albo twórczością Chagalla, albo zakodowanym w pamięci widzów filmem, ale to wszystko zdaje mi się dzisiaj zbyt oczywiste. Tym razem odważyłem się podjąć, może trochę próżną, ale przemyślaną decyzję, aby Poznański „Skrzypek” opierał się na moim malarstwie. Przyznaję, że są przedstawienia, do których nie mam „łatwej ręki”. Natomiast Skrzypek na dachu jest mi bardzo bliski, ważny, również pod względem osobistym. Zrobienie więc do niego scenografii to sam cymes.
Na ile jest Pan prywatnie „Skrzypkiem na dachu”?
Na to nie wpadłem, ale może coś w tej myśli jest? Podobnie jak Tewiego przepełnia mnie smutek, że dawny czas odchodzi w zapomnienie. Przestaję się odnajdywać we współczesności, przerasta mnie szybkość dzisiejszego życia, brak czasu na skupienie czy refleksję, martwi mnie globalizacja zabijająca wspaniałe różnorodności kulturowe. Przygnębia owa wspaniała technologia, dla mnie, który woli guziki, zamek błyskawiczny jest już zbyt skomplikowany, wcale też nie uważam, że trzeba wciąż do przodu pędzić, szybciej i szybciej… „Ja wysiadam...” Uważam, że warto czasem usiąść, wypić spokojnie kawę z ulubionej filiżanki i popatrzeć wspak, zadumać się, oddać marzeniom i osobę najbliższą przytulić. Żyje we mnie świat nostalgii i szacunek do dawnych kultur, a one „umierają” teraz, odchodzą w zapomnienie, w niepamięć, niechciane, jak delikatne kwiatuszki, które zarastają ekspansywne chwasty. Ginie ogrom naszego kulturowego bogactwa, wszystko się ujednolica, unifikuje, staje się miałkie, pospolite, podejrzanie „lekkie”. Wszędzie wygodnie, czysto i nudno tak samo. Żydowska kultura polskich kresów – terenów Ukrainy i Rosji – jest mi jedną z najbliższych. Szkoda mi jej, bardzo nas wzbogacała. Ja się „karmię” przeszłością. Trzy tygodnie temu wróciłem z Drohobycza. Zapłakałem, gdy zobaczyłem, że ze świata prężnie działającego żydostwa pozostało chyba tylko pięć liszajem czasu pokrytych kamienic, skromnie urządzone muzeum Bruno Schulza, którego większość artystycznych prac wykradziono, i potwornie zniszczona wielka synagoga spozierająca na nas ze zdziwieniem wyłupionymi oczyma pustych okien. Świat Tewiego mleczarza nie umiera – on niestety już umarł, już przeszedł do historii, a za chwilę umrą i ci, którzy ten świat pamiętają. Zostanie jakieś zakurzone zdjęcie, ledwie ślad, „ot trochę czegoś tu, ot trochę czegoś tam”. Więc mieszam barwy płowiejące, i z dystansem, może trochę jak nasz skrzypek na dachu. Mówiąc słowami Gałczyńskiego, chciałbym ocalić od zapomnienia świat, z którego wyrosłem, który mnie stworzył. Chciałbym – mówiąc Hrabalem – by czas się zatrzymał.
Jakie wartości dla współczesnej kultury polskiej i europejskiej wypływają z żydowskich tradycji ukazanych w tym musicalu?
Skrzypka można interpretować jako historię żydowskiej rodziny, w której trzy córki (lub pięć, w zależności od realizacji), szukając sobie mężów, coraz bardziej odchodzą od ojczystych tradycji. Realia musicalu warto jednak odczytać w bardziej uniwersalnym, współczesnym wymiarze. Wtedy dostrzeżemy, że w czasach masowej globalizacji kultury narodowych mniejszości nie mają szansy na przetrwanie. Nie ma już korowodów wozów cygańskich, nie ma sklepików cynamonowych, gwarnych rynków z mlekiem zsiadłym z kan, sprzedawanych wiatraków już niema i nie ma strzech słomianych, przez mą matkę malowanych. Najbardziej fascynującym tematem Skrzypka jest dla mnie problem zanikania świata zrozumiałego i rozłamu, jaki zachodzi między dwiema kulturami: obecną i dawną. Weźmy chociażby Nowy Jork – siła rozwijającej się tam kultury objawia się w istnieniu rozmaitych dzielnic żydowskich, arabskich, hinduskich czy chińskich, które potrafią pięknie współżyć. Każda z nich jest wspierana i wzbogacana przez kultury alternatywne, ale nawet tam, w owym tyglu różnorodności, wszystko unifikuje się, spłaszcza, muzyka ze Skrzypka staje się tylko melodyjką do komórek. XX-lecie to ostatni moment, w którym istniało w Polsce wielokulturowe i wielowyznaniowe społeczeństwo. Siłą polskiej kultury przedwojennej było miedzy innymi stosunkowo „bezkolizyjne” współgranie z innymi światami, z Hucułami, Łemkami, kulturą żydowską. Wszystkie zostały okrutnie „okaleczone” przez historię. Jednak to właśnie my powinniśmy się nauczyć od Żydów, że przez okres ponad 2 500 lat potrafili zachować i kultywować rodzimą tradycję. Nam wystarczyło sto lat zaborów, by podziały stały się na tyle widoczne, że są dostrzegalne nawet teraz, tyle lat po odzyskaniu niepodległości. Przydałoby się nam też odrobinę samokrytyki, dystansu do siebie i świata oraz umiejętności śmiania się ze swoich narodowych przywar. One nas przecież na równi ośmieszają, co i wzbogacają. Skrzypek skrzy się od antyżydowskich dowcipów, a przecież to żydowski musical.
Na ile Pana podejście do bycia twórcą jest zbieżne z punktem widzenia sztuki przez Pana Ojca – Zbigniewa Kaję?Odczuwam wewnętrzny obowiązek, aby artystyczny inwentarz, który mi pozostawił ojciec, a także matka, poukładać, zarchiwizować i na nowo ukazać. Im nie zależało na popularności. Odchodzą w niepamięć, stąd konieczność, by teraz ich zaprezentować. Myślę, że warto... Chociaż nie ma już ze mną moich rodziców, wierzę, że są duchowo obecni w każdej czynności, którą wykonuję, bo przecież nie tylko mnie wychowali, ale ukształtowali moje myślenie. Ojciec nauczył mnie szacunku do działań plastycznych. Całym swoim życiem pokazał też, że sztuka nie powinna być ważniejsza od rodziny. Wychowany pośród farb nauczyłem się operować nimi w taki sposób, żeby uzyskać mniej lub bardziej zamierzony efekt. Jednak przyznaję, że do końca nie wiem, co chcę wyrazić poprzez sztukę. Zasiadam do sztalug dopiero wtedy, gdy wiem, że tego, co jest dla mnie ważne, nie będę potrafił wyrazić w żaden inny sposób, niż poprzez malowanie. Nie nazywam siebie malarzem, scenografem czy kostiumologiem. Po prostu maluję, wymalowuję siebie, także w teatrze, bo daje mi on możliwość tworzenia obrazów przestrzennych. Bez mojego malowania byłoby mi trudniej, a jeśli kogoś to jeszcze na dodatek zainteresuje, jest mi milo
Pana zainteresowanie międzynarodowymi kanonami sztuki udowadniają rysunki tuszem m.in. Irańskie portrety, Altiplano czy Andamany…
Ostatni cykl moich prac powstał w Mauretanii – w dolinie Wadi az-Zahab, w Choum, w Atarze oraz w Nouakchatt – tak właśnie mógłby wyglądać przedsionek piekła i – swoisty absurd – ludzie zdegenerowani cywilizacją, a kraj zdegenerowany brakiem cywilizacji. Dawne kultury Haratynów i Soninke wymierają, nie wytrzymują presji śmierci współczesnej cywilizacji. Mauretania porzucona przez Europę, zalana najtańszym plastikiem z Chin, obumiera. Podczas pobytu w Mauretanii większość czasu spędziłem na pustyni, tam malowałem, tam powstał cykl prac inspirowanych lokalnym wzornictwem. Dotarłem tam pociągiem, jedynym, jaki jest w Mauretanii, ale za to najdłuższym na świecie (ma ponad 4 kilometry). Przewozi wyłącznie rudy żelaza, a wagon pasażerski jest tylko jeden, o ile jest, oczywiście nie ma szans, by się do niego wcisnąć, przepełniony, co znaczy, że nie ma miejsca nawet na dachu. Jechać więc trzeba wagonem towarowym na owej rudzie. Z kolei Andamany to była jedna z podróży, które mnie najbardziej zaczarowały. Mijałem wioski zniszczone przez Hindusów, aż w końcu dotarłem do małej osady, w której wynająłem skromną chatę. To mi wystarczyło, żeby poczuć się bezpiecznym, by malować bez opamiętania. Tam powstały „andamańskie parawany”. Natomiast w Iranie zrobiłem np. cykl monideł inspirowanych manekinami sklepowymi, które z przyczyn ekonomicznym wciąż są naprawiane, ale właśnie dzięki temu stają się wyraźniejszym symbolem Irańczyków „okaleczonych” polityką, wojnami, radykalnie narzuconą religią. Nigdy też nie zapomnę podróży po Altiplano, które leży na wysokości blisko 4 tysięcy metrów. Właśnie tam pierwszy raz w pełni poczułem, że człowiek może być blisko rzeczy niebiańskich.
W postrzeganiu świata inspiruje się Pan prozą Bohumila Hrabala – dlaczego wierzy Pan w słuszność jego podejścia do życia? Nie przeceniam znajomości z nim, bo choć spotkaliśmy się z kilkakrotnie (mam od niego kilka pamiątkowych listów) to gdyby żył, pewnie by mnie nie pamiętał. Byłem tylko jednym z tłumu jego adoratorów. To on był dla mnie ważny, nie ja dla niego. Ale Hrabal pomógł mi stworzyć siebie, dzięki niemu mozolnie notuję swą codzienność. Jego mądrość wypływała ze zwyczajności życia, które wiódł, i nadzwyczajnej intensywności refleksji, jaką umiał z tego zwyczajnego, niekiedy banalnego życia wyłuskać, oraz z tego, że wobec siebie potrafił być sprawiedliwy i uczciwy. W Hrabalu, jako człowieku, najbardziej zafascynowała mnie zgoda na siebie, że nie potrafił być doskonały, dzięki czemu umiał być przejmująco ludzki. Hrabal był bardzo wrażliwym i utalentowanym facetem, ale popełnił mnóstwo błędów, za które zapłacił chociażby brakiem szacunku ze strony czeskiego środowiska pisarzy. Poza tym nie otrzymał Nobla, najprawdopodobniej tylko dlatego, że kiedyś zgodził się, żeby w treść jego dzieł zaingerował komunistyczny rząd. Ale mnie ujął tym, że się ze swą niedoskonałością zmagał. Nieustannie uczę się jego sposobu postrzegania świata, który w dużej mierze opiera się na tym, żeby nawet w najsmutniejszej sytuacji dostrzec niekłamaną radość, która nie jest podszyta nikczemnością, a w chwilach najczarniejszych znaleźć blask, jak sam dosadnie mówił – „na szczycie można natknąć się na gówno, a na dnie na perłę”. Wnioskuję, że ceni Pan poczucie wolności. W którym z przedsięwzięć artystycznych odczuwał Pan ją w największej mierze? Tak naprawdę od hasła „scenografia” do „przedsięwzięcie artystyczne” jest bardzo długa droga. Z artyzmem jest jak z miłością – łatwo powiedzieć, co nie jest miłością czy artyzmem, a jednocześnie bardzo trudno zdefiniować, co nimi jest. Wolność cenię bardziej niż artyzm. Pal licho intratne piedestały, niech o nie walczą celebryci. Ja wolę swój cichy świat barw, wspomnień, wolnych wyborów. Noszę w sobie dumę, że parę razy w życiu udało mi się dokonać bolesnych w skutki finansowe decyzji, które dały mi poczucie zawodowej wolności, dumy i godności. |