Lech Mergler
Homo Cyber
Edukuję mojego kompa w dziedzinie współczesnego języka polskiego. Nie znał nawet słowa komp i podkreślał je czerwonym wężykiem. „Nie znał” to przesada, bo to oznacza tylko brak pozycji w komputerowym słowniku. Dokładniej – w jego części niestandardowej, do której można dodawać nowe słowa. Kiedy ona nie działa, to widać, że za błędne komp „nienauczony” uważa słowa takie jak przekręt, deweloper, pener, ponowoczesny, gender, nawet ekologiczny i globalizacja (nie mówiąc już o metroseksualny czy andropauza, kognitywistyka i celebryci). Wulgaryzmy kuma, przynajmniej te historycznie utrwalone – na k..., ch..., d..., g..., pi..., ci..., pie... Jednak bardziej zaawansowanych trzeba go dopiero „nauczyć”...
Jeśli niektórzy swoje samochody traktują pieszczotliwie, jak czujące istoty obdarzone osobowością, to komp zasługuje na to tym bardziej. Ma niektóre atrybuty wysoko zorganizowanej inteligencji, nie tylko ogromną i dynamiczną pamięć. Sprawia wrażenie, że „rozumie”, „rozpoznaje”, „reaguje” itp. Tymczasem faktycznie ryba, taki karp pożerany w wigilię, ma wielokrotnie więcej „osobowości” niż komputer – nawet ten, który wygrywa z mistrzem świata w szachy. Reakcje kompa przypominają, co do zasady, grabie rzucone na ziemię zębami do góry – jak na nie stanąć, to walną pechowca trzonkiem w łeb. I tyle. Działanie komputera polega na mechanicznych operacjach algorytmicznych, opisanych tabelkami logicznych funkcji elektronicznych bramek cyfrowych NAND (nie – i) i NOR (nie – lub). Jest ich nieprawdopodobnie wielka liczba i działają miliony razy na sekundę, stąd efekt wielkiej złożoności, przypominający reprodukcję skomplikowanego obrazu, która składa się z masy kolorowych, prostych punkcików. Komp nic nie „czuje”, nic nie „wie”, nie „rozumie” i nie „poznaje”. Co prawda, my jako ludzie też niezbyt wiemy, co te słowa znaczą wobec nas samych: że czujemy... wiemy... rozumiemy... To sprawy zasadnicze, ale nie potrafimy ich konceptualnie, ponadintuicyjnie sobie przedstawić. Na przykład – w każdej kulturze ogromne znaczenie ma cierpienie, zadawanie cierpień jest zakazane albo ostro reglamentowane. Ale co znaczy, że jakaś istota cierpi...? Ano czuje ból. Co to jest „ból”? Co znaczy, że czuje? Człowiek, pies, wąż czuje, a meduza? Mrówa? Drzewo? Komp na pewno nie, nawet jak udaje (były takie eksperymenty – komp wrzeszczał albo pokazywał ekstremalne wykresy). I komp nie może też mieć orgazmu ani się upić. Zwykle nie uświadamiamy sobie, na ile cała ta elektronika cyfrowa staje się częścią nas, na ile jesteśmy już cyborgami, ponieważ te urządzenia to po prostu nasze cyberprotezy, już nie nóżek (auto) lub rączek (np. wiertarka), ale protezy umysłu, może nawet całej osobowości. Eliminują one potrzebę szeregu kompetencji umysłu, które szkoła kształtowała od małego – od elementarnych, jak liczenie, zapamiętywanie, poprawne pisanie, porządkowanie, samoorganizacja, po bardziej zaawansowane, związane z zastępowaniem wyobraźni (nie tylko przestrzennej), przewidywania, analizowania, decydowania. Właściwie nie ma żadnych powodów, by we wszystkich operacjach umysłu dających się skwantyfikować (choćby na pozór), komputer nie wyparł wyuczanych dotąd kompetencji człowieka. W efekcie człowiek zacznie je tracić, tak jak umiejętność ręcznego, czytelnego pisania bez błędów ortograficznych, skoro jest korygujący je edytor tekstów lub organizacji swojego czasu, skoro w każdym telefonie mamy rozbudowany elektroniczny organizer z funkcją przypominania. Cała ta osobista elektronika staje się nieodłączną częścią normalnie funkcjonującej osobowości. Przerażać może myśl, co by to było, gdyby nagle znikła zawartość twardego dysku od lat gromadzącego osobiste informacje. To tak, jakby wyparowała część mnie.... Adresy, telefony, archiwum mejli, foty... Bez tego nie można już być w pełni sobą, jestem sobą i mogę efektywnie funkcjonować, kiedy trwam w symbiozie z tą moją elektroniczną protezą (komp plus sprzężony telefon komórkowy z wieloma funkcjami) i działa ona OK. Pomijam tu rozmaite kwestie szczególne, np. przypadki nałogowców gier komputerowych, randek na czacie, licytacji na Allegro i inne. Pewien znany psycholog od terapii somatycznej zwrócił kiedyś uwagę, że masowa teleinformatyka eliminuje ciało, zmysłowość z procesów poznania i rozwoju, a więc kształtowania osobowości. Czym innym jest w końcu choćby gra w piłkę na monitorze, a czymś zupełnie innym na boisku, bo jakby „czym innym” w niej się uczestniczy i ją rozpoznaje oraz „rozumie” i doświadcza... W drugim przypadku całym ciałem, ze szczególnym uwzględnieniem płuc, serca i kończyn dolnych... W pierwszym – tylko umysłem i palcami manipulującymi interfejsem. Co jednak myśleć o tym, że ponoć ok. 90% treści w internecie traktuje o seksie – to objaw naturalnego biologicznego zdrowia czy zniekształcenia?
Rys. Mariola Streim |