poniedziałek, 11 listopad 2019 09:39

Usytuowani w miejscu nieprawdopodobnym...

Z nadleśniczym  Nadleśnictwa Łopuchówko Tomaszem Sobalakiem rozmawia Kasia Górecka

W 2017 roku obchodziliście Państwo 200-lecie funkcjonowania administracji leśnej oraz 70-lecie Nadleśnictwa Łopuchówko. To piękne jubileusze...

Zaprosiliśmy z tej okazji bardzo zacnych ludzi. Mieliśmy zaszczyt gościć prymasa Polski, który podczas odprawianej mszy św. wygłosił bardzo piękne okolicznościowe kazanie czy profesora Andrzeja Wyrwę – dyrektora Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, który w niezwykle ciekawy sposób mówił o cysterkach. W „Rysie historycznym” napisałem:  O historii Nadleśnictwa Łopuchówko, parafrazując słowa Papieża Jana Pawła II, można powiedzieć, że to „tutaj”, w Owińskach, „wszystko się zaczęło”. To przecież cysterki przybyły w połowie XIII wieku z Trzebnicy i jako pierwsze zaczęły gospodarować po obu stronach rzeki Warty, na terenach, którymi dzisiaj zarządza nasze nadleśnictwo. Jesteśmy również spadkobiercami osiągnięć wielkich naukowców (Schwappach, von Boden, Mortzweld) wywodzących się z ośrodka uniwersyteckiego w Eberswalde w Niemczech. To oni zakładali młode kultury w połowie XIX wieku, z których wyrosły dorodne drzewostany. W związku z tym na uroczystości rocznicowe zaprosiliśmy dr. Stefana Pankę, który jest pracownikiem tej uczelni, kontynuującym doświadczenia swoich poprzedników na terenie naszego nadleśnictwa. 

 

Interesujący referat o zasłużonych leśnikach wygłosił prof. Władysław Chałupka z Polskiej Akademii Nauk z Kórnika. O ludziach związanych z nadleśnictwem mówił również dyrektor (senior) Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu Piotr Grygier. Wykład o zwierzynie i polowaniach wygłosił prof. Robert Kamieniarz. Tematem mojego wystąpienia były zagrożenia i perspektywy dla Nadleśnictwa Łopuchówko. Sesję referatową prowadził Mirosław Kwieciński. Po konferencji nastąpiło poświęcenie kapliczki św. Huberta. Została ona ufundowana dlatego, że w obrębie całego nadleśnictwa, czyli ośmiuset kilometrów kwadratowych, nie było do tej pory ani jednego miejsca, ani symbolu poświęconego patronowi leśników i myśliwych. Kapliczka stoi przy bramie wjazdowej do nadleśnictwa, w kępie daglezji. Niezwykła moc, którą emanuje ten obiekt sakralny, jest stale odczuwana. Spotkanie zakończyło się wspólną biesiadą. Ze szczegółami zapoznać się można w wydanej przez nas w 2017 roku, wcześniej wspomnianej, książce o historii nadleśnictwa. 

Jesteśmy też w trakcie realizowania publikacji o stanie badań archeologicznych na tym terenie. Zamierzamy przybliżyć historię dotyczącą wszystkich dokonań i odkryć, z którymi w ostatnich czasach mamy do czynienia. Położenie nadleśnictwa przy dwóch dużych ośrodkach historycznych, jakimi były Poznań i Gniezno, oraz przepływająca rzeka Warta (jedyna droga, jaką można było na te tereny przybywać) – powodowało, że cywilizacja u nas pojawiła się nieco wcześniej niż w pozostałych nadleśnictwach. Tak jak wspomniałem, w połowie XIII wieku cysterki, zgodnie ze swoją regułą ora et labora (módl się i pracuj) zaczęły karczować lasy od strony Warty i przywracać grunty pod uprawę rolną, rozwijając w ten sposób swoje gospodarstwo. W momencie kasaty klasztoru, w 1835 roku, cysterki zarządzały siedemnastoma tysiącami hektarów lasów, czyli obszarem dużego nadleśnictwa. Do tego miały pod swoją opieką dwadzieścia jeden wsi. Oprócz tego jeździły po całym świecie. Dysponowały olbrzymim majątkiem, który wynikał z ciężkiej pracy oraz wiana, wnoszonego do klasztoru przez nowicjuszki – późniejsze zakonnice. W klasztorze w Owińskach nigdy nie było więcej niż trzydzieści sześć kobiet. Sam fakt, że córka, wnuczka czy siostra znalazła się w takim klasztorze, był pewnego rodzaju nobilitacją dla ich rodzin. Postępująca  prusyfikacja w połowie XVIII wieku i nadawanie dóbr poklasztornych ludziom bogatym spowodowały, że tereny, należące wcześniej do cysterek, rząd pruski przekazał w ręce galanternika z Berlina – Zygmunta von Treskow. Siedzibę rodową – pałac w Owińskach – wybudował niedaleko zabudowań klasztornych. Pałac otacza ponadsiedemdziesięciohektarowy park, który założył ten sam ogrodnik, który urządzał Ogrody Sanssouci w Poczdamie – Peter Joseph Lenné. W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia dr Czesław Nowaczyk z Uniwersytetu Przyrodniczego przeprowadził w parku inwentaryzację roślin, z której wynikało, że  jest tam ponad tysiąc taksonów (niektóre rzadko występowały w Polsce). 

Niedawno miałem wizytę żyjących potomków rodziny von Treskow. Przyjechali, aby prosić o pomoc w renowacji rodzinnego cmentarza w Radojewie (w lesie należącym do Nadleśnictwa Łopuchówko). Trwają rozmowy i przygotowania, aby tę niewielką nekropolię, składającą się z dwudziestu kilku grobów, przywrócić do „dobrego stanu” i żeby przez kolejne lata mogła spokojnie przetrwać. Niestety, wandali nie brakuje, w związku z czym zniszczenia tego cmentarza są przeogromne, ale może uda się to naprawić. Chciałbym jeszcze wspomnieć o wielu znakomitych architektach, którzy działali na terenie Owińsk. Kościół projektował Pompeo Ferrari, ten sam, który jest autorem projektu kościołów w Gostyniu i Murowanej Goślinie. Freski na kopule owińskiego kościoła malował zakonnik Adam Swach. Plan pałacu von Treskowów również opracowali bardzo znani architekci: Fryderyk Gilly oraz Karl Fredrich Schinkel. To są niesamowite historie.

Wracając do powstającej publikacji… Mamy zamiar bardzo daleko cofnąć się w historię tych terenów; od wykopalisk ludów koczowniczo-zbierackich, przez X wiek – Radzim, przez Dzwonowo, na pamiątkach po czasach cysterek kończąc. Biorąc to wszystko pod uwagę, można dojść do wniosku, że jesteśmy historycznie usytuowani w miejscu nieprawdopodobnym.

Co dzisiaj jest priorytetem dla pracowników Nadleśnictwa Łopuchówko?

To jest bardzo trudne pytanie. Mamy obligatoryjne zadania, które zatwierdza  minister środowiska i są one ujęte w kolejnym planie urządzania lasu. Musimy je realizować. Natomiast jeśli mowa o priorytetach – pierwsza sprawa to konieczność szybkiego reagowania na wszystkie czynniki szkodotwórcze, które się pojawiają i swoje źródło mają najczęściej w zmieniającym się klimacie. Pod względem ilości opadów jesteśmy w wyjątkowym miejscu i – o ile historycznie możemy się cieszyć tym niezwykłym usytuowaniem – to w tym przypadku jest to sytuacja tragiczna. Średnia opadów dochodzi u nas najwyżej do pięciuset milimetrów, a z danych, które mamy z przeciągu dwustu lat, wynika, że praktycznie nigdy ta liczba nie została przekroczona. Ciekawostką jest fakt, że mamy leśnictwo Buczyna i jak sama nazwa wskazuje, może być ono kojarzone z bukiem. Naukowcy niemieccy zgodnie twierdzą, że aby buk mógł się odnawiać, rodzić nasiona i żeby pojawiały się następne pokolenia lasu, a stare drzewostany mogły być użytkowane, to roczna suma opadów musi przekraczać siedemset milimetrów. A u nas, co warte podkreślenia, mimo sporo niższych opadów buk się odnawia!

W związku z bardzo długimi okresami, kiedy nie odnotowujemy ani kropli wody – a bywa, że są to nawet cztery miesiące – uaktywniają się organizmy „nietypowe”. Jest np. taki grzyb Sphaeropsissapinea, który został zbadany i opisany przez prof. Karola Mańkę, powodujący zamieranie pędów sosny. Był w „równowadze biologicznej” od dawna, nie wyrządzał szkód. Susza spowodowała, że grzyb ten uaktywnił się, atakując sosnę, która zaczęła masowo zamierać. Do tego sinizna w drewnie pojawiała się, nie jak w większości przypadków od dołu strzały, lecz od górnej części drzewa, od korony. Mieliśmy tak chore  drzewostany, że w roku 2017 wycięliśmy w ramach cięć sanitarnych prawie trzydzieści tysięcy metrów sześciennych posuszu, spowodowanego przez ten grzyb. Oprócz tego pojawiają się oczywiście korniki, które zdewastowały nam prawie doszczętnie cały świerk. Rośnie on obecnie tylko w uprawach i plantacjach choinkowych. Jednak najtrudniejszym gatunkiem do zwalczania w lesie jest kornik ostrozębny. Widzimy jedynie efekty jego żerowania; nie wiemy, czy zasiedlił już jakieś drzewo. Nie znamy na tyle mechanizmów gradacji, nie wiemy niekiedy, jak postępować. Staramy się rozpoznać problem, ale są to kwestie bardzo trudne do rozwiązania przy tak zmiennych warunkach temperatur, opadów, wiatru czy nasłonecznienia. Jesteśmy mocno zagrożeni tym szkodnikiem i nie jest to problem jedynie naszego nadleśnictwa, ale lasów w całej Polsce i Europie. 

Czy posiadanie na terenie nadleśnictwa atrakcji turystycznej, takiej jak wieża widokowa na Dziewiczej Górze, jest błogosławieństwem czy przekleństwem? Czy zwiedzający potrafią zachować ciszę, dbają o porządek?

Istotnie wieża jest ważnym elementem krajobrazu Puszczy Zielonki. Oprócz zabezpieczenia pożarowego służy również turystom jako miejsce widokowe. Sam wielokrotnie wchodzę z gośćmi na jej szczyt, prezentując nasze nadleśnictwo. Większość odwiedzających docenia walory tego miejsca. Jednak to, że jesteśmy położeni pod samym Poznaniem, powoduje jedno: w mieście, na medycynie i na lesie znają się wszyscy. Ostatnio przy rezerwacie Morasko pojawili się drwale z pilarkami, ponieważ drzewostan stanowił duże zagrożenie dla życia ludzi odwiedzających te miejsca. Drzewa miały sto sześćdziesiąt lat, były wewnątrz całkowicie spróchniałe i mogły w każdej chwili spaść komuś na głowę. I co się stało? Byłem opisywany w mediach, w pismach do dyrekcji, że dewastujemy przyrodę, kto na to zezwala itd. Tak się nie da pracować... Rozumiem, że każdy może mieć własne zdanie, ale żeby podejmować takie dyskusje czy rzucać oskarżenia, należy mieć przynajmniej minimum pojęcia o tym, o czym się mówi. A niestety w ostatnim czasie, w opinii niektórych, to leśnicy są niewiarygodni, kojarzeni z ekipą, która wycinała Puszczę Białowieską. Nie mówiło się tam o eksploatacji czy cięciach sanitarnych, tylko o „wycince drzew”, bo to jest specjalnie używana gra słów. Przyroda kieruje się własnymi prawami. Niestety, ludzie zbyt często próbują w nią ingerować. 

IMG 6772

Pozostańmy w temacie zmian klimatycznych. „Drzewa dla klimatu” to hasło 17. edycji programu Święto Drzewa Klubu Gaja, które odbyło się w październiku i w które włączyliście się, Państwo, cyklem zajęć edukacyjnych. Czy rządzący – zarówno w kontekście Polski, jak i Unii Europejskiej – przywiązują wystarczającą wagę do zależności między zmianami klimatycznymi, ekologią a dbałością o drzewa i lasy?

W pytaniu zawarte są dwa skrajnie różne tematy. My w swojej pracy musimy zapewnić ciągłość produkcji i ciągłość funkcjonowania lasu. Powierzchnia – na której las został wycięty, wyeksploatowany, a drewno sprzedane – wymaga, aby część zysków z tytułu sprzedaży pozyskanego surowca przeznaczyć na odnowienie powierzchni, posadzenie nowego pokolenia lasu. To jest bezwzględny obowiązek, który ciąży na każdym leśniku. Hasła typu: „500 mln drzew” czy „Co 17 sekund jedno drzewo” są to pomysły, których trudno słuchać. To jest mylenie pojęć. Nikt mnie nie pyta, ile milionów drzew posadziło nadleśnictwo, robimy to zgodnie z zasadami hodowli lasu, zgodnie z oczekiwaniami środowiska. Natomiast wszystkie akcje hasłowe mogą pozytywnie oddziaływać na młode pokolenie naszego społeczeństwa; budzić świadomość, że drzewa pomagają nam żyć. I to jest dobre, bo młodzież musi wiedzieć, że do życia potrzebny jest tlen, a żeby był tlen – niezbędne są drzewa. Mamy dwa ośrodki edukacyjne, na Łysym Młynie i na Dziewiczej Górze. Te zagadnienia są tam systematycznie prezentowane. Dysponujemy ścieżką edukacyjną „Rola wody w ekosystemie leśnym”, a jak wiadomo, bez wody nie ma lasu, ba! nie ma życia. Z wieloma informacjami można zapoznać się na stronie internetowej ośrodka na Łysym Młynie. Jest to stały punkt edukacji młodych ludzi.

Wrócę jeszcze do pytania – czy w Unii Europejskiej, jak i w kontekście Polski przywiązuje się wystarczającą wagę do zależności między zmianami klimatycznymi, ekologią a dbałością o drzewa?

Sprawa jest dosyć skomplikowana. Nie wiem, jak państwa Unii gospodarowały wcześniej; czy zwracały, czy nie zwracały większą uwagę na sprawy ekologii. Faktem jest, że w państwach „starej Unii” nie występują drzewostany powyżej stupięćdziesięcioletnie, w których może żyć gatunek owada – pachnica dębowa. W Nadleśnictwie Łopuchówko mamy takie drzewostany, m.in. dzięki temu, że od ponad stu lat funkcjonuje poligon w Biedrusku, gdzie w sposób szczególny dba się o ochronę przyrody. Występują tam gatunki, których w okolicy próżno szukać. Wracając do tematu… Unia Europejska doskonale zdaje sobie sprawę z kwestii ekologicznych, a my, jako jej członkowie, musimy postępować zgodnie z obowiązującymi zasadami. Może to i dobrze, oby nie za późno.

Polskie lasy zajmują ok. 30% powierzchni kraju. Mocno prześcigamy pod tym względem Irlandię i Wielką Brytanię. Jednak daleko nam do plasujących się w czołówce Finlandii i Szwecji. Czy to dobry wynik? 

I znów pojawiają się dwie skrajności, bo pojęcie lasu w polskim prawie leśnym jest wyraźnie zdefiniowane. Oglądałem lasy w Anglii, Irlandii, Hiszpanii, Portugalii, które zgodnie z lokalnym prawem są tak nazywane. Często wygląda to tak, że rośnie parę krzaków i oni nazywają to lasem. Gdybyśmy tak kwalifikowali lasy i dostosowali je do statystyki, to mielibyśmy lesistość o wiele większą niż 30%. Mam więc wątpliwość, co do powierzchni lasów państw Unii Europejskiej. Pojęcie lasu w wydaniu zachodnim trochę mnie przeraża... Lesistość państw skandynawskich wynika m.in. z uwarunkowań geograficznych. Tego nie można porównywać z lesistością naszego kraju. Bywałem w niemieckich i francuskich lasach i faktycznie mają fragmenty bardzo ciekawe pod względem przyrodniczym, natomiast nie są to powierzchnie porównywalne z naszymi lasami. Na terytorium kraju mamy wiele puszcz. Nasza Puszcza Zielonka nie ma akurat większego znaczenia przyrodniczego, zazwyczaj mianem puszczy nazywamy obszar zajmujący dziesiątki czy setki tysięcy hektarów, jak np. Puszcza Notecka, Augustowska. To są olbrzymie przestrzenie. Znam nadleśniczych, którzy pracując na tego typu terenach dwadzieścia lat w jednym nadleśnictwie, wychodzili w nocy na polowanie, zabłądzili i wracali nad ranem do domu. To są prawdziwe puszcze. 

Czego Państwu życzyć z okazji minionego i nadchodzącego jubileuszu
100-lecia funkcjonowania poznańskiej dyrekcji lasów?

Chyba tylko spokoju i żeby z nieba spadało trochę więcej wody. Nic więcej nam nie trzeba, robimy wszystko to, co musimy i umiemy, czego nas nauczono. Wielu kwestii nie poznaliśmy do końca; edukacja leśna cały czas jest nauką kroczącą, ale chyba za wolno w stosunku do zmian, które zachodzą w przyrodzie. I tak jest niestety w każdej dziedzinie gospodarki leśnej. Ja właściwie jestem przez całe życie bardzo blisko łowiectwa. Mogę opowiedzieć ciekawostkę: trzeci wilk na terenie Nadleśnictwa Łopuchówko zginął pod kołami samochodu. To zdarzenie miało miejsce na Łysym Młynie, praktycznie pod samym Poznaniem. Udało nam się zabezpieczyć tuszę i oskórować. Wilk będzie spreparowany i wystawiony w ośrodku edukacyjnym. Zwiedzający będą mogli z bliska popatrzeć, jak wygląda takie zwierzę. Basior ważył czterdzieści i pół kilograma, więc był spory.  Wilki wróciły na te tereny po ponad dwustu latach, ich liczebność rośnie. Zupełnie inaczej wygląda kwestia bielików. Ich liczebność wzrosła, sporo mamy gniazd bielika, ale przychówek w tym roku był zredukowany zaledwie do jednego młodego ptaka, pomimo tego, że bieliki złożyły jaja. Jesteśmy przeświadczeni, że jest to sprawka kruków. Jest coraz trudniej walczyć z lobby ochroniarzy-ornitologów, którzy twierdzą, że u nas kruków jest niewiele. Te kruki jednak niszczą bielika, wybierają jaja. Sam widziałem taką sytuację, że jeden z kruków drażnił stare osobniki, a drugi latał bardzo wysoko i czekał, aż dorosłe opuszczą gniazdo, a on kiedy będzie mógł je zaatakować. Trzeba więc będzie wreszcie podjąć jakąś decyzję w tej pilnej sprawie… 

Chciałabym jeszcze na chwilę powrócić do wilka, bo temat ten pojawił się także w rozmowie z nadleśniczym Zbigniewem Błasiakiem z Nadleśnictwa Czerniejewo.  Wspominał o sytuacji, kiedy wilk zaatakował rowerzystkę... Czy coś się w tym temacie zmienia?

Zmienia się bardzo dużo. Opowiem taką historię. O tym, że u nas wilki były i są, wiemy od kilku lat. Widywaliśmy chmary jeleni, liczące po kilkadziesiąt, a nawet sto osobników, stanowi to niezbity dowód na to, że w łowisku są wilki. Bo to jest pewien sposób obrony jeleni, które zbijają się w momencie zagrożenia w duże chmary. Wewnątrz gromady jest młodzież, na zewnątrz doświadczone łanie i młode byki, które w przypadku ataku są w stanie chmarę obronić. W zeszłym roku polowaliśmy na terenie Nadleśnictwa Zielonka i dojrzeliśmy w miocie dwa wilki. Normalnie, kiedy wilk jest zaskoczony, ucieka nieprawdopodobnie szybko na widok człowieka. Okazało się, że w kolejnym miocie, w odległości zaledwie 800 metrów, siedziały te same wilki i kiedy nagonka się do nich zbliżała, nie uciekały, lecz szczerzyły zęby. Bardzo niebezpieczna sprawa, precedensowa wręcz.! Niepokojące są także donosy, które do nas napływają. Zmienia się zachowanie wilka w stosunku do ludzi. Ostatnio odnotowany atak na człowieka miał miejsce dość niedawno, bo w 2013 roku. W Hiszpanii zwierzęta te zagryzły dziecko. U nas pojawiają się uszczypnięcia przez wilka czy chociażby szczerzenie zębów i jest to już bardzo niebezpieczna sprawa. Tłumaczenie, że wszystkie wilki, które czyhają na człowieka, to są hybrydy, czyli skrzyżowanie wilka z psem, posiadające cechy i psa – potrafi się łasić, i wilka – potrafi atakować,  nie do końca jest prawdziwe. To są interpretacje ludzi, którzy w sposób ślepy kochają wilki, nie dopuszczając myśli o ich redukcji. Zapominają oni, że wilk jest groźnym drapieżnikiem. Jeden z głównych orędowników ochrony wilka – prof. Henryk Okarma, który przyczynił się do tego, że wilk został objęty całkowitą ochroną, dziś głośno i wyraźnie mówi, że należy rozpocząć eksploatację populacji wilka w Polsce. Jednak w wielu przypadkach spotykamy się z oporem mniej świadomych ekologów. Podobnie jak w przypadku łosia, na którego moratorium ochronne się dawno skończyło i nadal nie można go pozyskiwać, „bo jest ładny”. A to, że robi kilkumilionowe szkody w lasach i na polach lub że ludzie giną na autostradach czy drogach, w wyniku kolizji z takim kolosem, o tym już nikt nie mówi. Powinien górować nad tym jakiś rozsądek. Jako leśnicy jesteśmy ograniczeni w tych działaniach, bo zawsze znajdzie się grupa ludzi, która próbuje nam wmówić, że wie lepiej. 

Wilk staje się niebezpieczny, co do tego nie ma wątpliwości. Byłem na trzydniowej konferencji w Orzechowie Morskim dedykowanej dziennikarzom. Wiele osób jednoznacznie ostrzegało, że musi się wydarzyć poważny wypadek, żebyśmy o sprawie wilka zaczęli inaczej myśleć i mówić. Też jestem za tym, żeby ludzi uspokajać, ale przecież nie możemy wprowadzać ich w błąd. Kiedyś jechałem samochodem przez las, wilk stał obok, cofałem, jechałem do przodu, do tyłu, a zwierzę w ogóle nie reagowało. Udało mi się je nieźle sfotografować.

Należy się bać wchodzić do lasu?

Nie, absolutnie nie! Ale trzeba mieć oczy i uszy otwarte. I pewnie jest wiele zwierząt, których należy się obawiać, bo mogą zaatakować, od małych kleszczy począwszy, a na dużej losze z warchlakami czy niedźwiedziu kończąc. 

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.