sobota, 08 luty 2020 10:34

Pół miliona kilometrów do Nowego Tomyśla

Z panem Andrzejem Pawlakiem – organizatorem i komisarzem Światowego Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa w Nowym Tomyślu, honorowym prezesem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Plecionkarzy i Wikliniarzy – rozmawia Mariola Zdancewicz.

Jest pan honorowym prezesem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Plecionkarzy i Wikliniarzy. Co się w takim stowarzyszeniu robi?

Zostało ono powołane w celu dbania o dziedzictwo i aktualne sprawy wikliniarzy i plecionkarzy oraz aby regulować związane z tą działalnością akty prawne. Chcielibyśmy także zaznaczyć swoją obecność poprzez troskę o wzory plecionkarskie, a także ochronę tej umiejętności, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Już w chwili powstania stowarzyszenia wiedzieliśmy, że nieuchronnie nadciąga globalizacja. I faktycznie z chwilą wejścia Polski do Unii zaczął się regres. Zgodnie z wytycznymi regulowana była działalność gospodarcza i – tu ciekawostka – plecionkarstwo zostało włączone do jednej kategorii Polskiej Klasyfikacji Działalności razem z tapicerstwem i stolarstwem. Okazało się to niestety bardzo niekorzystne, ponieważ plecionkarstwo jest jedyną profesją, która nie „zeswatała się” z żadną maszyną.

Latamy na Księżyc i na Marsa, a urządzenia do wyplatania koszyków do tej pory nikt nie wymyślił. Wcześniej rękodzielnicy mieli pięćdziesięcioprocentowe zwolnienie z podatku, co powodowało, że można się było z tego fachu utrzymać. Druga, także niekorzystna, regulacja prawna związana była z ZUS-em. Od 2007 roku wszyscy plecionkarze, którzy pracowali na pół etatu, czyli dorabiający emeryci i renciści, z chwilą wprowadzenia nowego przepisu musieli opłacać pełną składkę ZUS-owi. Gdyby była możliwość płacenia tylko składki zdrowotnej, ci ludzie nadal utrzymywaliby się z plecionkarstwa i pewnie wystarczałoby to na godne życie. Rozmawialiśmy z przedstawicielami Ministerstwa Finansów, posiłkując się pomocą posłów Izby Rzemieślniczej, niestety bezskutecznie. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jeszcze tego wtedy nie regulowało, bo plecionkarstwo nie było wpisane na listę dziedzictwa. W tamtych czasach wikliniarstwo i plecionkarstwo stanowiło prężną gałąź gospodarki, zatrudniającą około czterdziestu pięciu tysięcy osób. W tej chwili razem z plecionkarzami i wikliniarzami z Podkarpacia jest nas około siedmiu tysięcy. Natomiast rodzin, które posiadają te umiejętności, jest czterdzieści dziewięć, w tym dziewięć w Wielkopolsce. Można powiedzieć, że słychać ostatni dzwonek, żeby ochronić to dziedzictwo. Nie chcielibyśmy podzielić losu powroźnika, kołodzieja, bednarza czy snycerza. Niewątpliwie oznaczałoby to prostą drogę już tylko do muzeum. Choć oczywiście muzeum samo w sobie nie jest złe – całe szczęście, że udało nam się mieć udział w powiększeniu jego zabudowań i możemy się w nim teraz schronić.

Piękne rzeczy tu stoją, niejedna elegancka kobieta bądź mężczyzna chcieliby takie mieć. Myślę, że mimo wszystko przedmioty te nie tracą swojej urody i przydatności... 

Wyplatany koszyk towarzyszył człowiekowi od zarania dziejów. Inne z zaprezentowanych tu rzeczy służą do ozdoby salonów, łazienek, kuchni; funkcjonują w gospodarstwie domowym. Nie dziwię się, że takie działanie określa się mianem zdobyczy ludzkości. A w naszych czasach fach ten przeistoczył się w sztukę, np. w architekturze ogrodowej czy w dziedzinie land artu, czyli tego, co zdobi przestrzeń publiczną. Nowy Tomyśl zaczął być rozpoznawalny dzięki temu, że we współpracy z naszym stowarzyszeniem wyeksponowano wiklinę na obszarze ulicy, z warsztatu czy garażu wyszła ona w przestrzeń publiczną. W centrum miasta pojawiły się wpisane do Księgi rekordów Guinnessa kosz, żywa altana, wigloo czy słynny deptak wiklinowy odnotowany w Przewodniku Pascala, obecnie zlikwidowany decyzją burmistrza. 

Mówi pan poważnie?

Tak. Stowarzyszenie dbało o stan posiadania, powstawały repliki lub nowe rzeczy. Wyroby tego typu naturalnie się degradują, tym bardziej trzeba o nie dbać. Nowy Tomyśl to miasto znaczone wikliną, zyskuje na tym całe województwo, a naszym celem jako stowarzyszenia jest dbanie o to dziedzictwo. 

Pamiętam, jak Państwo startowaliście. Wasz początek to otwarta stodoła, w której organizowane były nawet przyjęcia...

Stodoła to w tej chwili miejsce czasowych wystaw, ale ma pani rację – jest idealna na różnego rodzaju bankiety, zielone szkoły, fora, konferencje... A obecność wiklinowych koszy dodaje klimatu, uroku.

Wróćmy do tego, co się wydarzyło latem – odbyła się czwarta edycja Światowego Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa. Na ostatnim, cztery lata temu, byłam…

Tak, festiwal międzynarodowy organizowany jest w cyklu czteroletnim ze względu na spore koszty. Natomiast co roku odbywają się konkursy ogólnopolskie, których jestem pomysłodawcą. Początki były bardzo skromne. Wiedziałem, że plecionkarstwo istnieje w każdym zakątku ziemi, a wraz z szerokością geograficzną zmienia się tylko surowiec; może nim być wiklina, palma, ratan, korzenie, trawy stepowe... W Afryce wyplata się piękne formy użytkowe i – co istotne – w ten sposób daje się jednocześnie pracę kobietom. Przykładowo, dzięki wypleceniu dwóch koszyków, sprzedanych później w Europie, plecionkarka w Ugandzie może opłacić roczne czesne w szkole dla dwójki dzieci. Dla porównania – w Polsce trzeba by wypleść dwa tysiące takich elementów. Cieszymy się, że festiwal stał się znaczącym wydarzeniem w skali świata. Reasumując, niektórzy uczestnicy festiwalu pokonali ponad pół miliona kilometrów, żeby tu przybyć. Mieliśmy gości z Algierii, Nowej Zelandii, Australii. Po raz pierwszy także z Etiopii; w ogóle z Afryki przybywa do nas dużo osób. 

Mamy ciekawy pomysł na wzbogacenie kolekcji Muzeum Wikliniarstwa i Plecionkarstwa. Chcielibyśmy stać się, prawdopodobnie, jedyną na świecie – a na pewno w Europie – placówką, gdzie można by obejrzeć wyroby różnych kultur plecionkarskich, ze wszystkich światowych zakątków. Przykładem może być słynny wyplot japoński ażurowy zaciskający się – nie trzeba jechać do Okinawy, żeby go zobaczyć. Jako stowarzyszenie współpracujące z muzeum zabiegamy od ośmiu lat u marszałka województwa o to, aby wybudować naprzeciwko stodoły ostatni element zagrody olenderskiej – oborę. W niej byłby wyeksponowany dorobek czterech festiwali, czyli około czterystu pięćdziesięciu pozycji. Obecnie ta kolekcja nie jest udostępniona do obejrzenia...

Uważam, że w Wielkopolsce powinien być wyodrębniony jeden budynek, w którym przedstawiono by twórczość pięciu kontynentów. Widzę to w formie spaceru po działach Afryki, Oceanii, Australii, Europy, Azji. Uważam, że taka ekspozycja skłoniłaby do refleksji i pokazałaby, że wszędzie warsztat plecionkarski jest taki sam. Najważniejsze w nim to kawałek deski bądź stołu i praca zwinnych palców plecionkarza. Wartością dodaną jest myśl i projekt.

Co może pan zaliczyć do najważniejszych wydarzeń w historii festiwalu?

Kiedy przygotowywaliśmy się do drugiej edycji, moim marzeniem było powtórzenie sukcesu, czyli godne przyjęcie przedstawicieli około sześćdziesięciu krajów. Wszyscy zaangażowani w organizację tego wyzwania z radością zareagowali na informację o kolejnej edycji. Nabór chętnych przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, bo zgłosiło się siedemdziesiąt pięć państw. Ostatnia edycja odbyła się po raz pierwszy bez jarmarku, ale okazało się, że była ona bardzo potrzebna dla naszej branży. 

Sukcesem okazał się fakt, że po raz pierwszy zastąpiłem tradycyjne konferencje i fora czterogodzinnymi „wieczorkami z kulturą”. Każdego dnia dotyczyły one innego kontynentu; pojawiły się bardzo ciekawe, edukacyjne prezentacje. Referowali je plecionkarze, opowiadając o właściwych dla danej kultury technikach i omawiając specyficzne dla danego obszaru problemy swego rzemiosła. Wszystko to wzbogacone zostało regionalną muzyką i kuchnią. Uczestnicy mogli spróbować specjałów wielkopolskich, europejskich, azjatyckich, afrykańskich... Można było spróbować na przykład potraw z Japonii przygotowanych przez japońskiego kucharza. Występowali autentyczni muzycy, a wspólne biesiadowanie przebiegało we wspaniałej atmosferze. To było niesamowite przeżycie, możliwe dzięki środkom finansowym, które pozyskaliśmy. Ku naszej radości projekt został wysoko oceniony. Wyrażanym głośno wyrazom zadowolenia z kontaktów i wzajemnym zaproszeniom nie było końca... 

Osobiście znam ponad dwa tysiące plecionkarzy z całego świata – to efekt trzydziestu ośmiu lat przepracowanych w tym zawodzie i szesnastu lat podróżowania. Nasi goście chcieli zobaczyć moje miasto, mój region. I udało się. Raz na cztery lata wszystkie drogi prowadziły do Nowego Tomyśla. Za rok już się to nie uda, czeka nas los Festiwalu Transatlantyk. Jako jedyny zastrzeżony prawami autorskimi międzynarodowy festiwal plecionkarski na świecie więcej się w tej części Wielkopolski nie odbędzie. Być może nie będzie go wcale… 

Warto wspomnieć, że podczas festiwalu spotkały się wszystkie liczące się szkoły plecionkarstwa w Europie, które stanęły w szranki i zaprezentowały publiczności pokaz. Młodzież czuła się zaszczycona, że mogła uczyć się od mistrzów, którzy zdobyli tak znaczące laury, jak na przykład Grand Prix. Można było obserwować pracę plecionkarzy na żywo – w wielu przypadkach trwającą piętnaście godzin bez przerwy. Widzowie patrzyli jak zamurowani na wyplatanie z rattanu, z kory czy korzenia brzozy... 

Jeśli w innym miejscu uda nam się zorganizować komercyjny festiwal – a takie propozycje mamy – to przyjadą tam na pewno mistrzowie nad mistrzami. Znamy plecionkarzy z Bangladeszu, którzy wyplatają palcami rąk i nóg – takiego widowiska nie opuści ani widz, ani kamera. Żyją też jeszcze w Ameryce Północnej plemiona Indian wyplatające rzeczy, które się Europejczykom nie śniły i każdy oglądający na pewno chciałby je mieć w swoim domu. Niestety, problemem i barierą zawsze są pieniądze – bilet na imprezę może kosztować nawet około dziesięciu tysięcy złotych! A przecież świat zasługuje, żeby te dzieła zobaczyć. 

Udało nam się także zorganizować transmisję na żywo – dzięki uprzejmości kanału YouTube i trzech sponsorów z Nowego Tomyśla: telewizji kablowej, firmie COMland i Alkom Serwis oraz firmie Inea. Sześć zainstalowanych kamer przez trzy dni festiwalu po dwanaście godzin śledziło nasze poczynania i przekazywało je w świat. Oglądały nas miliony widzów. 

Niestety nikt nie bierze pod uwagę kosztów festiwalu, a przecież pieniądze, które przywieźli i wydali nasi goście, zostały w Nowym Tomyślu – w hotelach, restauracjach. Dochody miasta w czasie festiwalu są ogromne.

Plecionkarstwo w naszym regionie już prawie nie istnieje. Mamy jednak swoją historię, dlatego wraz ze stowarzyszeniem zabiegamy o właściwy klimat dla naszej działalności, co okazuje się bardzo ciężką pracą. Doprowadziłem do wpisu plecionkarstwa na krajową listę niematerialnego dziedzictwa. Powinniśmy być chronieni przez państwo, przecież plecionkarstwo związane jest z kulturą, ziemią, zapotrzebowaniem społecznym. Ludzie do nas przyjeżdżają masowo, odwiedzają wystawę. Zainteresowałem współpracą z nami izby turystyczne z całej Polski, ale w tej kwestii przychylności ze strony władz miasta nie ma. 

Gdybyśmy zostali wpisani na światową listę UNESCO, na pewno byłoby łatwiej. Niemcy mają miliard euro dochodu brutto tylko z „Trasy Światowego Dziedzictwa UNESCO”. Od przedstawiciela UNESCO na Europę dowiedziałem się, że Polska płaci osiemdziesiąt sześć tysięcy dolarów składki członkowskiej przez osiem lat i nie wykorzystała ani grosza z tej kwoty. Instytucja ta chętnie przeznaczyłaby półtora miliona dolarów na festiwal, ale nikt nie był zainteresowany wnioskowaniem o wpisanie plecionkarstwa na Listę światowego dziedzictwa UNESCO! Niestety społecznicy są w tym kraju marginalizowani.

Warto pamiętać, że jest to jedyny festiwal na świecie, który ma taką rangę i markę.

Podczas festiwali gościliście Państwo przedstawicieli wszystkich kontynentów. Czy istnieją wyraźne różnice w technikach, wzorach, charakterze pracy? 

Tak, są bardzo duże różnice między kontynentami, związane z edukacją oraz sposobem zastosowania danej techniki przy wykorzystaniu określonego surowca. Przedstawiciele innych kultur niż nasza nie potrafią pracować na wiklinie, a my z kolei na ich materiałach. To jest ten wyróżnik, który według mnie powinien zostać zachowany, bo świadczy o wyjątkowości danej kultury. 

Czy można powiedzieć, że plecionkarstwo stanowi międzykulturowy pomost, przestrzeń dla dialogu? 

Jak najbardziej! Wymiana doświadczeń zawodowych, branżowych łączy się z rozmową o zwyczajach, o życiu rodzinnym… Obserwujemy się i uczymy od siebie wzajemnie. Czas spędzony na festiwalu spowodował, że przestrzeni do dialogu było sporo. To „zaplecione” historie. 

Czy można skonstatować, że widomym śladem porozumienia międzykulturowego jest to, co zostaje w muzeum po festiwalu?

Tak, na pewno. Tak jak wcześniej wspomniałem, nie wiem, czy jest drugie takie muzeum na świecie, które miałoby kolekcję pochodzącą ze wszystkich kontynentów, chyba że łącznie z muzealiami nabytymi. Nasze zbiory natomiast stanowią eksponaty pozostawione przez gości jako prezenty. Dlatego należy stworzyć godne miejsce, żeby kolekcję tę mogła podziwiać publiczność. Gdyby zbiory naszego muzeum były opisane w jakimś przewodniku, to goście na pewno licznie by tu przybywali. 

Mówi pan o tej kolekcji tak, jak by nie można jej było zobaczyć...

Bo tak właśnie jest! Pochowana jest w kartonach, na strychach. Jeśli w stodole prezentowana jest kolekcja koszy polskich na powierzchni czterystu pięćdziesięciu metrów kwadratowych, to brakuje wówczas przestrzeni dla innych eksponatów. Są więc zabezpieczone, zmagazynowane, oko ludzkie ich nie widzi, a szkoda. Dodam, że po każdej edycji festiwalu zyskujemy około dwustu pięćdziesięciu eksponatów, czyli w tej chwili mamy ich już ponad siedemset, a udostępnionych dla zwiedzających jest może sto pięćdziesiąt... 

Jak mieszkańcy Nowego Tomyśla reagują na organizowany przez pana festiwal? Czy czują się związani z wikliniarską tradycją regionu?

Festiwal pokazał, że mamy duże grono entuzjastów. Na szczęście tym mniej życzliwym nie udało się naszych osiągnięć zdyskredytować. A odbyła się już przecież czwarta edycja festiwalu – to już o czymś świadczy. Mieszkańcy Nowego Tomyśla przybyli licznie, sprzyjały temu ładna pogoda i dobry program. Według szacunków było około piętnastu-dwudziestu tysięcy odwiedzających przez cztery dni, a transmisję na żywo śledziło około ćwierć miliona widzów, a może i więcej. Zaprosiliśmy prawie czterystu pięćdziesięciu gości, a przybyło wraz z nimi około tysiąca dwustu osób towarzyszących, które przyjechały na własny koszt – pomagaliśmy im znaleźć kwatery w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Stąd wiemy, ile dodatkowo ludzi, niezwiązanych bezpośrednio z festiwalem, nas odwiedziło. Jak widać, zależało im, żeby tu być – właśnie dla tego niezwykłego miejsca i niezapomnianej atmosfery. 

Czy istnieje zależność między wikliną a nowoczesnym designem? Można zaobserwować modę na wiklinę? 

Powiedziałbym nawet, że wielu projektantów zdąża właśnie w tym kierunku. Bardzo mnie ucieszyło, gdy klasa plecionkarska Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Chełmońskiego w Nałęczowie zaprezentowała nowoczesny design poprzez łączenie wikliny, formy użytkowej jako elementu wyposażenia, z elementami zdobniczymi zwracającymi na siebie uwagę w przestrzeni publicznej. Wielu artystów uczy się plecionkarstwa od podstaw, aby móc potem realizować rodzące się w głowach pomysły. 

Czyli dodają plecionkarstwo do innych dziedzin sztuki?

Tak. I to się udało. Myślę, że wydawany przez nas, cieszący się powodzeniem album, stanowi inspirację dla artystów. Każdy pofestiwalowy album jest motywacją do powstania pracy magisterskiej, licencjatu, doktoratu. Wiele osób z całej Polski przyjeżdża do nas, aby poznać ten plecionkarski świat od podszewki i na jego bazie tworzyć. Jest to swego rodzaju pokłosie festiwalu. 

A kto kupuje produkty z wikliny?

Wszyscy. Na kiermaszu w naszym miasteczku festiwalowym każdy, kto obejdzie kilkadziesiąt stoisk, znajdzie coś dla siebie. Mając bezpośredni kontakt z kilkudziesięcioma twórcami, można poprosić o realizację własnego projektu. Ludzie szukają wykonawców, pokazują zdjęcia, szkice. Wielu odwiedzających po to właśnie przyjeżdża na festiwal – aby znaleźć właściwego twórcę dla swego pomysłu, często związanego ze wspomnieniami, które chce się odtworzyć, np. mogą być to meble po rodzicach, dziadkach... Każdego dnia na festiwalu zjawiają się takie osoby. 

Plecionkarstwo zaliczane jest do ginących zawodów – czy plecionkarzy mogą kiedyś zastąpić maszyny?

Należy się z tym liczyć, to efekt globalizacji, co nie zwalnia nas z obowiązku ochrony naszej działalności. Trzeba bronić tej pięknej tradycji, podobnie jak starszego człowieka. Także jako wartości, która była i jest naszą siłą i dumą. Festiwal zwraca uwagę między innymi właśnie na ten problem. 

A jak pan widzi przyszłość?

Kiedyś nasze działanie stanowiło wielką siłę. Istniało nawet Ministerstwo Wikliniarsko-Trzciniarskie, powołane, aby zajmować się tylko i wyłącznie tą dziedziną. W swoim czasie istniało aż osiem central handlu zagranicznego, w tym Cepelia, które zajmowały się tylko plecionkarstwem...

W czym pan upatruje przyczynę przemian? 

Cepelii już nie ma. Mamy za to wszędobylski plastik, tanie, zalewowe chińskie wyroby; brak regulacji prawnych, które dbałyby o nasz rynek. Wyroby wykonane w Polsce powinny być chronione, metkowane, wtedy byłby to produkt markowy. Metka sugerująca, że przedmiot wykonano z polskiej wikliny, która jest pełnodrzewna, nie pusta jak chińska, sprawiłaby, że ludzie by ten produkt wybierali. Mamy do wyboru tani koszyk chiński i droższy polski, więc przydałaby się akcja promocyjna, która rozbudziłaby świadomość ludzi w tym kierunku, aby wybierali polskie wyroby. Kiedyś miała miejsce nawet akcja pod hasłem „Zamień foliówkę na wiklinówkę”, ale był to tylko jednorazowy zryw. Szkoda, że tego nie kontynuowano... Można byłoby wprowadzić przepis, że w marketach koszyk wiklinowy jest tym samym, co wózek czy kosz plastikowy. Był taki pomysł, ale umarł śmiercią naturalną, bo system korporacyjny ma się w Polsce dobrze, więc nie dopuszczono do zmiany. Markety zainteresowane są tym, aby sprzedać dużo produktów, każdy w osobnej folii. Na szczęście świadomość wzrasta, ale jeszcze pięć lat temu tak nie było. 

Co może pan powiedzieć o alternatywnym wykorzystaniu wikliny – przy produkcji biopaliw, celulozy, bioalkoholi – w przemyśle chemicznym...? 

Wystarczyłoby tylko zwrócić uwagę na użytkowość czy nawet na zwykłe opakowanie. Każda rzecz włożona do skrzyneczki z wikliny czy koszyka zyskuje na atrakcyjności, a samo opakowanie może służyć jeszcze przez lata, w przeciwieństwie do plastikowych, które się wcześniej czy później wyrzuca. 

Czy właściwości wikliny są w pełni wykorzystywane? Są przeogromne, zwłaszcza w medycynie...

Pokłosiem festiwalu z 2011 roku oraz współpracy z Uniwersytetem Przyrodniczym było wyprodukowanie węgla z wikliny, a specyfik podany w odpowiednim momencie jest w stanie związać wszystkie toksyny w ludzkim organizmie, nawet jad kiełbasiany czy cyjanek. Instytut Chorób Cywilizacyjnych i Rzadkich zgłębiał ten temat, podejmowane były badania, liczne próby. Wyniki są rewelacyjne! 

Uzyskuje się go poprzez pyrolizę, przy bardzo wysokim ciśnieniu i temperaturze. Po zmieleniu jedna łyżeczka substancji jest w stanie związać wszystkie toksyny w ludzkim organizmie i je wydalić. Najnowsze badania dowodzą, że bezglutenowcy po terapii węglem z wikliny zaczynają tolerować gluten i mogą spożywać produkty go zawierające. Bardzo cieszymy się, że na bazie wikliny można było tego dokonać. Przemysł też korzysta z dobrodziejstw wikliny, ale problem polega na tym, że znów pojawia się system korporacyjny, który nam w tym przeszkadza. Uniwersytet Przyrodniczy zrobił badania z zastosowania włókien wiklinowych w tzw. płytach dachowych, słynnych OSB, które są robione tylko ze świerku i sosny. Efekty opublikowano w dwujęzycznym albumie w 2011 roku. Wynikało z nich, że gdyby stworzyć przepis wymagający, aby na dachy stosować płyty OSB, wykonane całkowicie lub częściowo z wikliny, wówczas nie doszłoby do katastrofy na dachach niskich, tak jak np. na hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Włókna poprzeczne zapewniają aż trzysta procent współczynnika bezpieczeństwa, nie załamują się, są sprężyste, i to jest udowodnione. Udokumentowała to pani prof. Iwona Frąckowiak z Instytutu Technologii Drewna Uniwersytetu Przyrodniczego. Zostały nawet wykonane próbki takich produktów. Rozmawiałem z producentami, ale niestety firmy, które się zajmują produkcją tego typu materiałów nie były tą działalnością zainteresowane. Dlaczego nie ma przepisu, który mówi, że ze względów bezpieczeństwa wszystkie niskie powierzchnie dachowe o kącie nachylenia poniżej osiemnastu stopni powinny być wykonane z włókien wikliny? Dlaczego firmy nie chcą tego produkować? Nikt mi nie umie odpowiedzieć na te pytania…

Jakie jest znaczenie wikliny i plecionkarstwa w terapii zajęciowej osób niepełnosprawnych?

W tej dziedzinie osiągnęliśmy spory sukces. Wprawdzie nie dostaliśmy w tym roku pieniędzy na działanie w ramach Wiklinowego Przedszkola i Wikliny w Terapii Zajęciowej, ale wciąż ma to wielką wagę, bo przywraca niepełnosprawnym godność, daje możliwość zapomnienia o tym, co ich spotkało. Podczas rekonwalescencji i rehabilitacji osoby te uczą się wyplatania. Robią sobie koszyk nawet przez trzy dni i w wyniku tego powstaje ich sto sztuk rocznie. Ci ludzie mogą swoje dzieła rozdać, obdarować lekarza, pielęgniarkę. Kiedy ogłosiliśmy, że będziemy prowadzić takie zajęcia, to zainteresowanie było bardzo duże. Przyjechały grupy zorganizowane z całej Europy, nie tylko z Polski, ale także ze Szwajcarii, Słowacji. Wszystko sfinansował urząd marszałkowski województwa. Warsztaty prowadzili mistrzowie – uczestnicy konkursu festiwalowego – w swoich technikach i na swoim materiale. Okazało się to rewelacją. Jeśli ktoś nauczy się wyplatać w tzw. papierowej wiklinie, czyli poprzez zastąpienie pojedynczego pręta wikliny papierowa rurką i jej skręcanie, może wypleść puzderko, torebkę czy wazonik – nieistotne. Ważne jest to, że pracująca nad projektem osoba nie myśli o chorobie. Można by to wprowadzić we wszystkich szpitalach, żeby chorzy choćby na cztery-pięć godzin mogli się czymś przyjemnym zająć. 

Trzeba też nakłonić markety, żeby udostępniły kosze wiklinowe, a nie te plastiki!

 Kiedyś wypletliśmy na własny koszt dwa razy po trzysta sztuk koszyków i próbowaliśmy tym zainteresować centra handlowe w Poznaniu, ale niestety nie udało się. Tłumaczono, że plastik łatwiej wyczyścić niż wiklinę. A wiadomo, jaki los czeka plastikowy koszyk, pęknięty i wyrzucony do kontenera – mamy całe sztuczne wyspy ze śmieci. Świadomość ludzi w zakresie ekologii jest ciągle bardzo niska. A cenę za to będą płacić kolejne pokolenia. 

Daje się jednak zauważyć wzrost świadomości ekologicznej w społeczeństwie – czy pana zdaniem wpłynie to na zwiększenie popularności wikliny? 

Gdyby pojawiła się pomoc państwa i odpowiednia kampania, to opłacałoby się nawet co roku kupować takie wyroby. Przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku chodzilibyśmy sobie do sklepu z jednym koszykiem, a w następnym roku z drugim. To spowodowałoby, że trzeba by wypleść więcej koszyków, bo zapotrzebowanie znacznie by wzrosło. Podobnie jest w transporcie. Kiedyś wszystkie kosze transportowe były z wikliny, rano przed sklepami mleko czy chleb mieściły się w koszach. Wychowałem się w czasach, gdzie wszystko wkładało się do koszy i było to bardzo praktyczne. Poza tym ważna jest kwestia zdrowia i bezpieczeństwa – jeśli mleko wyleje się do plastiku, to zjełczeje, a w wiklinie nigdy. Kiedyś łóżeczka dla dzieci były wykonywane z wikliny, ponieważ roślina ta odstrasza pluskwy, muchy, insekty, jest dla nich trucizną. Po co mamy poprawiać naturę, skoro możemy ją mądrze wykorzystywać?

Widziałam całe płoty wyplatane przez prof. Jerzego Stępaka...

Tak, to jest teraz bardzo popularne, wszędzie. Architektura ogrodowa, altany, płoty, parawany, nawet osłonki do grilla... Więc jeździmy i wyplatamy takie cuda na miejscu.

Najchętniej powiedziałoby się: „ja też poproszę”…

Andrzej Pawlak został nominowany w plebiscycie OSOBOWOŚĆ ROKU 2019 w kategorii Kultura! Aby zagłosować wyślij SMS o treści
PKU.143 na numer 72355. Więcej szczegółów: 
https://gloswielkopolski.pl/p/kandydat/andrzej-pawlak%2C1131009/

Więcej w tej kategorii: Mieć trochę etyliny we krwi… »

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.