środa, 19 styczeń 2022 23:00

O syndromie deficytu natury

prof. dr hab. Piotr Tryjanowski kierownik Katedry Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Laureat zespołowej nagrody Nobla za raport nt. zmian klimatu z 2007 roku.

MZ: Zajmuje się Pan ekologią behawioralną, wpływem klimatu na organizmy żywe, krajobrazem rolniczym, ekologią miast oraz popularyzowaniem ptakoterapii – na czym to wszystko polega?

Piotr Tryjanowski: Tak, wymieniony zestaw zagadnień, dość dobrze oddaje to, co mnie interesuje. Nasz zespół w Katedrze Zoologii jest bardzo specyficzny, bo nie boi się łączyć nauk i patrzeć szerzej na zjawiska przyrodnicze. Interesuje nas nie tylko sam osobnik, ale cała populacja, czyli grupa osobników żyjąca na jednym terenie, a nawet układy wielogatunkowe. To jest tak naprawdę nasz punkt wyjścia, czyli badania ekologiczne jako relacja między organizmem a środowiskiem. Staramy się znaleźć to, co odpowiada za siłę tych połączeń. Z jednej strony pytamy, jak mocno czynniki środowiska, czyli wspomniany klimat, urbanizacja, czy relacje z człowiekiem wpływają na populację, głównie na zachowania zwierząt, a później też na wielkość populacji. Z drugiej, interesują nas też same czynniki wewnętrzne tych zwierząt, czyli zróżnicowanie indywidualne wynikające zarówno z wyposażenia genetycznego, jak i z interakcji materiału genetycznego ze środowiskiem, czyli chociażby z temperaturą. Okazuje się, że jedne geny lepiej sprawdzają się w jednych temperaturach, inne gorzej. Badamy najróżniejsze gatunki zwierząt, od bezkręgowców, czyli owadów i ślimaków, kleszczy, aż po kręgowce, czyli w naszym wypadku – głównie ptaki, ale też płazy i gady. 

Gdy popatrzymy na historię relacji człowieka ze zwierzętami, to odkrywamy zaskakujące rzeczy. Wiele wspominamy o udomowieniu bydła, psa czy kota, ale rzadziej dociera do nas, iż być może dwie pierwsze interakcje pomiędzy zwierzętami i ludźmi dotyczyły ptaków. Pierwsza dotyczyła miodowodów, czyli afrykańskich ptaków, które potrafią wskazać miejsce naturalnych pni pszczelich, czyli takich pierwotnych barci. Same nie jedzą ani miodu, ani pszczół, ale odżywiają się woskiem – człowiek zaś go nie trawi. Była to więc obopólna korzyść. Druga interakcja ma już bardziej związek z relacją weterynaryjną, bo mowa o człowieku i sępie. Dla wielu ludzi sęp to nieprzyjemny obraz żałoby. Pełnią one jednak olbrzymią funkcję ekosystemową, między innymi jako „sanitariusze środowiska”. Dzisiaj są mocno zagrożone poprzez pojawienie się diklofenaku w antybiotykach stosowanych w hodowli bydła, głównie na Półwyspie Iberyjskim. Nasz gatunek jeszcze przed wynalezieniem ognia najprawdopodobniej miał olbrzymie kłopoty z trawieniem białka zwierzęcego, a sępy bardzo sprawnie wynajdowały padlinę. Człowiek obserwując je na niebie, potrafił zdiagnozować, gdzie znajdowała się lekko nadtrawiona już padlina. 

MZ: Czyli ptaki były kluczowe w ewolucji człowieka?

PT: Możliwe, że pomogły mu przetrwać. Specjalnie mówię o tych ewolucyjno-historycznych zaszłościach, bo one mocno wpływają na postrzeganie tych zwierząt, na kulturę, i na odpowiedź na pytanie dlaczego ptaki były tak mocno związane z człowiekiem? Proszę zobaczyć, że w sztukach teatralnych, w prozie, w poezji, w malarstwie, w zasadzie wszędzie mamy do czynienia z ptakami. Gdy spojrzy się na liczbę prac zoologicznych, to ptaków jest raptem niecałe jedenaście tysięcy gatunków, czyli tyle, ile samych gatunków owadów w Wielkopolsce. A jednak około 40% wszystkich prac o zwierzętach dotyczy ptaków, między innymi dlatego, że są one tak fascynujące. To powoduje, że trzeba szukać coraz subtelniejszych tematów badawczych, żeby się spozycjonować wśród innych badaczy, a to wymaga nie tylko pomysłów tego, co się chce badać, ale też dostępu do sprzętu. My też z niego korzystamy, chociażby z nadajników satelitarnych, które jeszcze dziesięć lat temu kosztowały około 30 tysięcy złotych, a w tej chwili znaleźć je można po parę tysięcy. Sprzęt jest coraz łatwiej dostępny, a więc możliwości także się zwiększają. 

Aktualnie robimy taką rzecz, która jeszcze trzy lata temu była nie do wyobrażenia. Zastanawialiśmy się, jak ptaki śpią, bo wiemy, że śpią inaczej niż my, ponieważ u nich wyłącza się tylko jedna półkula. Praktycznie cały czas są w stanie czuwania, a teraz mamy już tak dokładne nadajniki, że gdy bocian poruszy się kilka centymetrów, to my widzimy to na czujnikach, do tego stopnia, że teraz jesteśmy w stanie badać liczbę uderzeń serca na minutę czy wysokość lotu. To wszystko wiąże się z tym, że żyjemy w czasach olbrzymich zmian antropogenicznych, związanych przede wszystkim ze zmianami klimatu i przekształceniami środowiska. Mając informacje o tych podstawowych parametrach, jesteśmy w stanie modelować, przewidywać, albo tworzyć predykcję tego, co może się wydarzyć w przyszłości. W moim zespole próbujemy łączyć te masowe dane, które albo sami zdobywamy z terenu, albo pozyskujemy przez wykorzystanie mediów społecznościowych. Powstałe w ten sposób wspólne bazy danych służą do predykcji tego, co będzie w przyszłości – jak na przykład zmieni się temperatura, jak będzie wyglądało rozmieszczenie organizmów, jak zmieni się ich zachowanie i które gatunki stracą lub zyskają na tych zmianach. Mogę powiedzieć, że zazwyczaj zyskują gatunki negatywnie przez nas postrzegane. 

MZ: A czym jest ptakoterapia?

PT: Tę kwestię warto rozpocząć od stwierdzenia, że w naszym zespole jest też pracownia neurobiologii, co dla niektórych jest egzotyczne, że neurobiologia łączy się z ekologią populacji. Oczywiście wiemy już dzisiaj, że w ekologii behawioralnej podstawowym pytaniem są różnice międzypłciowe i relacje między płciami. Próbujemy zobaczyć, jak pewne różnice na poziomie funkcjonowania mózgu, a dokładniej układu nerwowego – bo mózg nie musi być zawsze zaangażowany – wpływają na porozumienie pomiędzy płciami i jakie to ma konsekwencje, m.in. reprodukcyjne. To też się przekłada na to, co dzieje się w populacji. Specjalnie o tym mówię, bo kwestia ptakoterapii porusza pewien zabawny wątek – jak wiele musiało upłynąć wody w Wiśle i Warcie, żebyśmy wrócili do czegoś, co było dla naszych dziadków oczywistością – kontakt z przyrodą fantastycznie wpływa na nasz mózg. Rzeczywiście, kiedyś nie mieliśmy narzędzi do tego, żeby to badać, ale teraz można wysłać ludzi na wycieczkę ornitologiczną z lornetką, kazać napluć w probówkę i zobaczyć, jak hormony stresu albo hormony szczęścia ekspanują w zależności od tego, co człowiek ogląda. Mamy w planach zakup Eye Tracker’a, czyli urządzenia śledzącego ruch gałek ocznych. Tego się nie da oszukać, tak jak, chociażby, ankietera, któremu można powiedzieć, że „służy mi spacer”, „podoba mi się zwierzę”, czy „nie podoba mi się zwierzę”. Dzisiaj możemy dążyć do obrazu zobiektywizowanego i w tym kierunku chcemy rozwinąć ptakoterapię. 

Często chodzi tylko o to, aby zmienić „filozofię życia” – prawidłowe odżywianie się i zwiększenie ruchu. Ptakoterapia to świetny pomysł dla tych najmniej zmotywowanych. Problem z biernością, zwłaszcza po pięćdziesiątym roku życia, to poważny problem w psychiatrii. Zalecenie przez lekarza ruchu to trywialna rzecz, tak jak wypisanie recepty. Spowodowanie tego, to już zupełnie inna kwestia. Jest wiele możliwości. Kupując kota, zazwyczaj jeszcze bardziej nie chcemy opuszczać domu. Niektórzy kupują sobie psa i metoda ta jest dobra, chociaż w niepogodę nie cieszymy się ze spacerów z czworonogiem. Tymczasem oglądanie ptaków sprawdza się nawet w czasie największych mrozów i ulew. Wraz z Christophem Randlerem z Uniwersytetu w Tybindze pokazaliśmy, że to jest prawdopodobnie jedyny rodzaj aktywności hobbystycznej, gdzie przy pewnym poziomie doświadczenia i znajomości ptaków w słabej pogodzie, deszczu czy wietrze, specjalnie wychodzi się na powietrze, aby szukać rzadkich gatunków ptaków. Drugie w zestawieniu było wędkarstwo, którym też zajmuje się zespół w naszej katedrze. Kiedyś mieliśmy takie hasło opisujące nasz wydział: „O zwierzętach chcemy wiedzieć wszystko”. Uważam, że było ono naprawdę bardzo dobre, bo łączyło weterynarię, zootechnikę i nauki biologiczne. Myślę, że wspólnie staramy się to właśnie robić. Każdy z nas kawałek tego puzzla dokłada.

MZ: A co można stwierdzić, gdy np. ja, będąc małą dziewczynką, ucinałam kijek, kupowałam żyłkę i haczyk, nakładałam spławik i szłam łowić? Mama często ganiła mnie za przynoszenie małych rybek do domu. Musiałam je sama zabić, oprawić i zjeść. Czy to może świadczyć o jakichś specyficznych cechach?

PT: Myślę, że to bardzo normalne. Ewolucyjnie Homo sapiens był gatunkiem, który chciał coś upolować. Na pracę mózgu nakładają się dwa elementy. Jeden z nich to zdobycie jedzenia, drugi to efekt zaskoczenia lub niespodzianki. Dlatego niektóre aktywności hobbystyczne typu wędkarstwo albo obserwacja ptaków są tak niesamowite, bo jest pewna nieprzewidywalna nagroda, ten element ruletki. Chroni to nasz mózg przed wypaleniem się oraz popadnięciem w rutynę.

MZ: A grzybobranie?

PT: Grzyby może też, ale jak się ma sprawdzone miejsca, to nie ma takiego efektu...

MZ: Nie wiadomo też, czy grzyb jest jadalny.

PT: Wtedy jest efekt ruletki... (śmiech). Fascynujące, jaki ogromny skok wykonały nauki o życiu w ciągu ostatnich dwóch dekad.

MZ: Powrócę do moich dziecięcych wspomnień. Wówczas naciągałam na haczyk dżdżownice, a dzisiaj bym tego nie zrobiła.

PT: To ciekawe co Pani mówi, bo dzisiaj mamy do czynienia z kryzysem relacji człowiek-zwierzę. Zwierzęta traktujemy jako pełnoprawnego członka rodziny, a z drugiej strony brakuje takiej zwykłej relacji, która pokazywałaby co to za gatunek, dlaczego coś robi, jak go poznać. Parę lat temu w czasopiśmie „Science” był bardzo ciekawy artykuł, który twierdził, że młoda generacja lepiej rozpoznaje Pokemony niż realne zwierzęta ze swojej okolicy. Nie chodzi nawet o to, że miały z nimi częstszy kontakt, ale młodsi lepiej utrwalali cechy fikcyjnych Pokemonów. Ma to swoją nazwę – syndrom deficytu natury. Dżdżownice i ryby z Pani opowieści wymagały brudu i bezpośredniego kontaktu. Dzisiaj najczęściej nazywa się zwierzęta albo gatunkami stowarzyszonymi, albo czymś do zjedzenia lub zbadania. Zapomina się o tym elemencie terapeutyczno-poznawczym.

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.