środa, 19 styczeń 2022 23:09

O potrzebie wielu kompetencji, wysiłku kształcenia w pandemii i lotnisku w Kąkolewie

z prof. dr hab. inż. Tomaszem Łodygowskim rozmawia Mariola Zdancewicz

Osiem lat przewodził Pan Politechnice Poznańskiej. Proszę powiedzieć, czy tęskni Pan do tego zajęcia?

Nie tęsknię. Uważam, że kadencyjność jest bardzo dobrym rozwiązaniem, a osiem lat to wystarczająco dużo czasu, aby pewne rzeczy zrealizować, a inne zainicjować. Mam wrażenie i nadzieję, że te rozpoczęte będą kontynuowane. Jeśli chce się coś zrobić, to jest to bardzo wyczerpujące, więc konieczne są zmiany. Jeśli by się chciało tylko siedzieć, to oczywiście można nawet przez dwadzieścia siedem lat, jak Łukaszenka (śmiech).

Co uznałby Pan za swój sukces? Miał Pan dużo szczęścia będąc rektorem w momencie, kiedy Politechnika obchodziła ważne jubileusze...

O sukcesach mogą ewentualnie mówić inne osoby, które patrzą z boku i może potrafią docenić to, co się udało zrobić. Zwykle sukces polega na tym, że pokonuje się pewne trudności, kreowane zazwyczaj niezależnie od nas i naszego środowiska.

Można, owszem, powiedzieć, że pewnym sukcesem są dokonane inwestycje, które się w tym czasie pojawiły. Miałem przyjemność uczestnictwa w powstawaniu między innymi hali sportowej, która jest miejscem dosyć niezwykłym. Za moich czasów kończyło się także inwestowanie w budynek Wydziału Technologii Chemicznej czy nowej siedziby dwóch wydziałów – Architektury i Inżynierii Zarządzania, wyjątkowego, bardzo nowoczesnego obiektu. Są to sukcesy kadencji jako takiej, jednak nie chciałbym ich przypisywać sobie, realizacja takich inwestycji to bardzo złożone zadanie. Pozyskanie środków finansowych może częściowo mógłbym przypisać sobie, ale ważniejsza od nich jest chyba atmosfera międzyludzka, a ta była udana. W obu kadencjach dobrze nam się współpracowało z dziekanami, a wcale nie jest to takie oczywiste. To był wielki sukces nas wszystkich i z tego na pewno mogę się cieszyć. 

Mówić należy nie tyle o sukcesach, co o pokonywaniu wielu trudności. W ostatniej kadencji dokonywaliśmy zmian organizacyjnych uczelni, związanych z wprowadzeniem nowego prawa o szkolnictwie wyższym. Można by dyskutować, czy jest ono dobre, ale jesteśmy zależni od suwerena, dostajemy pewne subwencje za to, co i w jaki sposób robimy, więc przystosowaliśmy swoją organizację maksymalnie najlepiej do tego, aby mieć szanse w przyszłości, na przykład starać się o status uczelni badawczej. To były trudności, które należało pokonać. Czy jest to sukces? To, że udało się je pokonać – na pewno, ale to czy wprowadzone zmiany są do końca satysfakcjonujące, jest sprawą dyskusyjną. 

Cieszę się, że na wielu kluczowych stanowiskach zasiadają osoby oddane uczelni, co wcale nie jest normą, że pracownicy traktują swoje miejsce pracy jako coś szczególnego i wysoko je cenią.

Czy mentalnie rozstał się już Pan z funkcją rektora? 

Mentalnie rozstałem się z nią już pierwszego dnia, bo byłem pewien, że mój następca będzie kontynuował dzieło. Przykro mi, że musi się mierzyć z coraz trudniejszymi sprawami – kwestia pandemii stanowi dla uczelni dużą trudność. Związane jest to zwłaszcza z podejmowaniem decyzji dotyczących prowadzenia edukacji. Z rektorem mam bardzo dobre relacje i od czasu do czasu kontaktujemy się, aby pewne kwestie dla dobra ogólnego załatwić sprawnie.

Jakie działania podjął Pan po powrocie na dawne miejsce?

Nie wróciłem na swoje miejsce. Poprzednio pracowałem w Zakładzie Komputerowego Wspomagania Projektowania w Instytucie Konstrukcji Budowlanych, który prowadziłem przez kilkanaście lat. W czasie mojej kadencji rektorskiej młodsi współpracownicy „dorośli” do stosownych funkcji, zaoferowałem więc moją dawną posadę koledze – dziś prorektorowi uczelni. Uważam, że nie byłoby to dobre, gdybym wracał w to samo miejsce i próbował mieszać w już dobrze poukładanych przez moich następców garnkach (śmiech!!). 

Lata temu zakładałem na Politechnice pierwsze specjalności o charakterze lotniczym, zaoferowano mi więc stanowisko kierownika Zakładu Lotnictwa. 

Już od dawna uczymy studentów, że nie mogą liczyć na to, że raz wyuczony zawód będą uprawiali do końca życia, wręcz przeciwnie – będą raczej go wielokrotnie zmieniać. Sam więc muszę być w pewnym sensie przykładem. Ukończyłem budownictwo, większość prac naukowych robiłem z mechaniki komputerowej, szybko w nocy musiałem nauczyć się zarządzania zasobami ludzkimi i innymi kwestiami. Dodatkowy fakultet przyszło mi więc przyswoić w zasadzie samodzielnie, brałem jakieś pojedyncze kursy. A teraz odpowiedzialny jestem za lotnictwo. Tak jak mówimy studentom – życie nie może składać się z tylko jednej kompetencji. 

Pod koniec ubiegłego roku został Pan wybrany na Członka Rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Z czym w praktyce wiąże się ta funkcja? 

Rada związana jest z promowaniem i zatwierdzaniem działalności Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, przygotowywaniem nowych ofert dla społeczności akademickiej i naukowej w Polsce. Jestem również członkiem komisji do spraw strategicznych programów, co wiąże się z proponowaniem takich koncepcji, które kończą się efektami gospodarczymi. Dyskusje w ramach tego przedsięwzięcia nie są łatwe, a wszystkie spotkania odbywają się zdalnie.

Może to i dobrze, bo podróże do Warszawy zabierałyby znacznie więcej czasu.

Rolą Rady jest także zatwierdzanie realizacji i sprawozdań z poprzednich lat, przygotowywanych przez NCBiR oraz wybadanie, jakie są faktyczne efekty wydawania pieniędzy na cele naukowe. 

Jest to więc rola inspirująca z jednej strony oraz kontrolująca z drugiej. W tej chwili sytuacja jest nieco zagmatwana, ponieważ NCBiR było podległe Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, następnie mówiło się, że przejdzie pod Ministerstwo Rozwoju, a teraz wspomina się o nowym Ministerstwie Edukacji i Nauki. Zmiany organizacyjne są w toku, ale sama Rada pracuje stabilnie w zakresie, który jest jej nadany. 

Chciałam zapytać o kontynuację działań naukowych, ale skoro zmienił Pan optykę, proszę powiedzieć jakie nowe kroki Pan podejmuje?

Przede wszystkim działam w ramach mojej nowej rzeczywistości. Współpracuję z grupą młodych osób – nie ma tu pracowników samodzielnych i zależy mi, aby niektórzy z nich zostali wypromowani na pozycję doktorów habilitowanych. Są tu też młode osoby, które dopiero robią doktoraty. Wspomaganie ich jest moim głównym zadaniem. 

Jeśli chodzi natomiast o działalność stricte naukową, często współpracuję jeszcze z kolegami z poprzedniego zespołu, bo moje główne kompetencje naukowe są jednak skoncentrowane właśnie tam. Zaś w lotnictwie jest sporo rzeczy, które zaczynają mnie pasjonować, w szczególności te związane z bezzałogowymi statkami powietrznymi.

Proszę uchylić rąbka tajemnicy, o czym Pan myśli!

Myślę o przyszłości lotnictwa w ogóle, o tym że zacznie się intensywnie zmieniać przynajmniej w niektórych gałęziach, a w perspektywie będzie zastępowane lotnictwem bezzałogowym, łącznie z lotnictwem pasażerskim. Samoloty będą latały same. W wojskowości trenuje się to już od dawna. Samoloty bojowe następnej generacji będą jeszcze nowocześniejsze niż te, które dziś uznajemy za nowoczesne i też będą bezpilotowe. Dzięki temu wykonywać będą mogły operacje, których organizm ludzki nie byłby w stanie znieść. 

Sterowanie bezzałogowymi statkami jest dziś możliwe od początku do końca. Doświadczamy tego chociażby na niektórych dużych lotniskach na świecie gdzie transport między terminalami odbywa się pociągiem, który przyjeżdża i odjeżdża i żadnego kierującego w nim nie ma. Przyszłość będzie bezzałogowa. Być może potrzebny będzie kulturalno-oświatowy „pseudopilot”, czyli ktoś, kto będzie podtrzymywał kontakt z podróżnymi, aby uwolnić ich od ciężaru psychicznego, jaką daje świadomość, że samolot leci bez pilota. 

W takim wypadku będzie wymagany chyba inny rodzaj wykształcenia?

Przemysł przyszłości wskazuje na to, że potrzebne są zupełnie inne kompetencje. Ludzie boją się, że zastąpią ich automaty czy roboty i w związku z tym nie będą mogli pracować. Nie do końca jest to prawda należy raczej myśleć – jak mówiliśmy wcześniej – o zmianie kompetencji. To jest fundamentalna sprawa. Nadal będziemy potrzebować wielu wykwalifikowanych osób. W pierwszej kolejności zastąpione maszynami zostaną prace najprostsze… 

Dzisiaj niektóre kraje proszą o usługę inne państwa, w których praca jest niżej wyceniana, bo jest to bardziej ekonomiczne dla jakiejś firmy – ten proceder się skończy. Okaże się bowiem, że wykonać te prace będą mogły roboty i zrobią to szybciej, ponieważ nie będą musiały odpoczywać. Nie będzie zatem podziału, że w takim czy innym kraju jest tańsza siła robocza, siłę tę każdy będzie mieć u siebie. 

U nas wspomina się często o przemyśle 4:0, z uwagi na bliskość Niemiec, które propagują tę ideę... 

...Pisaliśmy już o tym kiedyś w „Merkuriuszu”...

To jest cały czas aktualne. Chcemy obudzić w naszych firmach chęć zdobywania kompetencji, żeby w naturalny sposób były zainteresowane wszelkiego rodzaju innowacjami. Do tego z kolei niezbędna jest właściwa edukacja. 

Dwie rzeczy są fundamentalnie ważne – odpowiedni poziom edukacji i zrozumienia, czyli pewnie najtrudniejsza do osiągnięcia kwestia, a druga to pieniądze. Trzeba mieć środki, żeby zainwestować w nowe kierunki z pełnym zrozumieniem. Zazwyczaj są różne opcje inwestowania w przyszłość. Znam to z autopsji. Przy zakupach różnorodnego sprzętu byliśmy zawsze przygotowani, że jak tylko się pojawi, natychmiast zostanie wykorzystany do granic możliwości. Znamy jednak i takie sytuacje, kiedy sprzęt zostaje dostarczony, ale trzeba się nauczyć jego obsługi, więc dwa lata czeka na wyjęcie z kartonów, nikt do nich nie zagląda, ponieważ wymaga to pokonania bariery kompetencji.

Przejdźmy jeszcze do tematu pandemii. Czy uważa Pan, że luki, które powstały na jej skutek uczelnia zniweluje?

Największe luki, które w tej chwili obserwujemy dotyczą relacji społecznych, które są niezwykle ważne. Czy wrócimy do poprzednich relacji, czy to w ogóle będzie możliwe – to są trudne pytania i wcale nie takie oczywiste… Myślę, że do tego, co ludzie nazywają normalnością nie ma powrotu. Stworzy się inna, nowa normalność. 

Uczelnia musiała sobie poradzić przede wszystkim ze sprawami dydaktycznymi. Myślę, że byliśmy nieźle przygotowani, żeby te trudności pokonać. Nie chodzi oczywiście o to, że buńczucznie teraz powiem, że doskonale sobie radziliśmy. Nie, ale mieliśmy jednak zaplecze sprzętowe i ludzi z obyciem technicznym, więc obsługa programów i aparatury nie była dla nas tak dużym wyzwaniem, jak prawdopodobnie w wielu innych środowiskach, chociażby zajmujących się edukacją powszechną, tam było to znacznie trudniejsze. 

U nas te trudności zostały relatywnie szybko pokonane, natomiast pojawiły się inne – w programach studiów politechnicznych jest bardzo dużo zajęć o charakterze laboratoryjnym. Część z nich można było oczywiście jakoś obejść, zrobić dodatkowe filmy, pokazać jak wyglądają eksperymenty i tak dalej, ale wszystko to wymaga czasu i nakładu pracy. Muszę przyznać, że moje koleżeństwo musiało poświęcić znacznie więcej czasu na taką dydaktykę niż normalnie, w przypadku pójścia na sale i wykonania doświadczenia na bieżąco. To jest spory wysiłek dla wielu. Części zadań laboratoryjnych nie da się jednak przeprowadzić i tu wracamy do pytania, czy jesteśmy w stanie wykształcić dobrego inżyniera bez praktyki. 

Próbowaliśmy robić tak, że kiedy studenci przygotowywali swoje prace dyplomowe związane z robieniem eksperymentów, to wpuszczaliśmy ich do laboratoriów, zachowując oczywiście wszelkie reżimy sanitarne. Mogli z nich korzystać i robili to. W laboratoriach pracują też doktoranci, przy różnych projektach badawczych. Nasi koledzy przychodzą na uczelnię i normalnie pracują, przy spełnieniu odpowiednich warunków sanitarnych. 

Organizacja edukacji w nowych warunkach to z pewnością duże wyzwanie. Czy zostanie bez śladu? …nie jest to możliwe. Myśleliśmy o tym, aby kiedy nastąpi już pewne rozluźnienie warunków epidemicznych, oferować specjalne, dodatkowe zajęcia dla tych, którzy chcieliby pewne rzeczy w laboratoriach zrobić. Przedmioty o charakterze wykładowym zostały wystarczająco dobrze przygotowane w formie zdalnej, ale praktyka będzie wymagała nadrobienia. Na ile młodzież zechce z tego skorzystać – to już osobne i trudne pytanie, ponieważ wiąże się z obserwacją z jakim materiałem mamy do czynienia. Na ile młodzież jest samodzielna, zdeterminowana, dorosła do tego, żeby zrozumieć, że studia to czas na inwestycję w siebie? Jeśli ktoś jest odpowiednio dojrzały, to korzystając z części wykładowej jako inspiracji do własnego studiowania, będzie mógł bez szwanku wyjść z pandemicznego czasu. Jestem o tym przekonany. Zdaję sobie jednak sprawę, że takich osób jest niewiele. 

Nie ma też tej atmosfery... Myślę, że młodzi ludzie lubią studiować na uczelni, niekoniecznie w domu...

Nie wiem... ja nigdy nie potrzebowałem atmosfery i koleżeństwa do studiowania. Akurat może tak się złożyło. Kiedy czegoś potrzebowałem, brałem książki i uczyłem się sam. Jeśli ktoś jest dorosły i zainteresowany nauką, zainspirowany tematem, to ma bardzo dobre warunki do rozwoju. Dostęp do literatury dzisiaj jest zupełnie inny niż lata temu, podobnie do bibliotek, czasopism przez internet – to jest zupełnie inny świat niż ten, w którym ja studiowałem. Przy odpowiednim, dojrzałym podejściu szanse, żeby się rozwinąć są dziś bardzo duże. Często zdarza się niestety, że jeśli wychowanie nie idzie w parze z edukacją, to rodzą się postawy roszczeniowe nieuzasadnione prawnie (śmiech).

Jak wyglądają postępy na lotnisku w Kąkolewie, w stworzenie którego był Pan zaangażowany?

Trochę inwestycji już się tu pojawiło. Stoi już nasz hangar, a drugi jest w budowie. Jest też inny, prywatny. Aeroklub też postawił jeden, drugi się pojawi. Powstanie także hangar dla łazików marsjańskich, a swoje pomieszczenie zbuduje także Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe. Inwestycje planuje też Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, która jest również naszym partnerm do prowadzenia studiów dualnych na kierunku Lotnictwo i Kosmonautyka.

Powstało bardzo ciekawe i inspirujące miejsce. Od czerwca będzie już funkcjonować oficjalnie jako lotnisko. Właścicielem jest Aeroklub Poznański, ale zarządzać tym będzie specjalna spółka, powołana przez Aeroklub, Politechnikę i Grupę Akrobacyjną „Żelazny”. 

Miejsce jest wyjątkowe, myślę, że da ważne owoce w przyszłości. To przestrzeń dla robotyków i automatyków, pojawią się dwa obserwatoria astronomiczne, zbudowane zostanie też duże pole fotowoltaiczne.

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.