poniedziałek, 26 październik 2020 20:26

O nowym magazynie, zrewitalizowanych wystawach i stuletnim siewniku

z dyrektorem Janem Maćkowiakiem  oraz Dorotą Matelą, Rafałem Cierzniakiem, Mariuszem Niestrawskim i Gerardem Radeckim z Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie rozmawia Mariola Zdancewicz

Proszę powiedzieć czym była, jest i powinna być rewitalizacja muzeum?

Dyrektor Jan Maćkowiak: Nasze Muzeum funkcjonuje już pięćdziesiąt pięć lat. Kiedy powstawało, rolnictwo opierało się na tradycjach przedwojennych. Dziś mamy do czynienia z rolnictwem wysokoprodukcyjnym. Staramy się pokazać ten proces zmian, dlatego musimy odpowiadać na współczesne wyzwania. Przez lata naszego istnienia zmienił się też sposób wystawiennictwa, estetyka, narzędzia, warsztat muzealniczy oraz potrzeby odbiorców.

Naszym głównym celem jest pokazanie istoty rolnictwa. Wiemy jak się to robi w Polsce i na świecie, staramy się działać zgodnie ze sztuką muzealną, a z drugiej strony chcemy być obecnym w gronie muzeów rolniczych. I to się udaje. Należymy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Rolniczych, niektórym rozwiązaniom wręcz to my nadajemy ton. 

Przed modernizacją dysponowaliśmy wystawami mającymi po trzydzieści kilka lat! Tak więc przez lata robiliśmy systematycznie to, co było możliwe z naszych środków. Pojawiła się jednak okazja skorzystania z dotacji unijnych. Dzięki nim oraz wkładowi Samorządu Województwa Wielkopolskiego w dwóch etapach od 2013 roku do 2019 roku zmodernizowaliśmy Muzeum w Szreniawie. Pojawiły się możliwości przedstawienia tego, co mamy w magazynach.

Od czego rozpoczęły się prace?

JM: Pierwszy etap związany był z folwarkiem. Trafił w nasze ręce w fatalnym stanie. W ramach programu unijnego zaplanowanego na lata 2012-2016 udało nam się go uporządkować. 

Następnie wyremontowaliśmy stodołę. W starych, drewnianych pomieszczeniach powstały dwie piękne wystawy, sale edukacyjne dla dwustu pięćdziesięciu osób, sale wystaw czasowych, gdzie odbyło się wiele ekspozycji malarstwa i rzeźby, ponieważ pomieszczenia te zyskały sympatię artystów oraz naszego Uniwersytetu Artystycznego. 

Wybudowaliśmy także oborę. Jak się później okazało, krok ten zrewolucjonizował podejście muzealników do chowu zwierząt w placówkach muzealnych. Nasi koledzy po fachu byli nieco sceptyczni, ale był to strzał w dziesiątkę! Muzeum położone w pobliżu dużego miasta przyciąga rodziców z dziećmi między innymi dlatego, że mogą tu zobaczyć żywe zwierzęta.

Powstał także długo oczekiwany magazyn. To ważny krok dla szreniawskiego Muzeum...

JM: Owszem. Głównym problemem sprzed modernizacji było właśnie magazynowanie zbiorów – jest to bolączka polskiego muzealnictwa w ogóle. Składowanie zbiorów to przechowywanie dziedzictwa narodowego, dlatego warunki, w jakich się to odbywa są istotne. W naszym przypadku aż osiemdziesiąt procent zbiorów znajduje się w magazynach. W niektórych placówkach ten odsetek jest jeszcze większy. Powstał magazyn wysokiego składowania na tysiąc siedemset metrów. Obecnie przenosimy do niego obiekty, co wymaga sporego wysiłku pracowników i dużego nakładu czasu. W muzealnictwie brak jest niestety rozwiązań dotyczących przechowywania zbiorów związanych z techniką, w przeciwieństwie na przykład do malarstwa, którego ochrona jest usystematyzowana. Innym problemem było przechowywanie zbiorów bibliotecznych, liczących około trzydziestu pięciu tysięcy woluminów. Niektóre pozycje ze szreniawskiej kolekcji pochodzą nawet z XVII wieku, więc tym bardziej muszą być zapewnione odpowiednie warunki. Przy zagospodarowywaniu przestrzeni konsultowaliśmy się z ekspertami z Instytutu Logistyki i Magazynowania, wspólnie wypracowaliśmy najlepszą koncepcję przechowywania eksponatów. 

Ostatnim krokiem była modernizacja istniejących wystaw. Nie zmienialiśmy ich tematyki, ingerowaliśmy natomiast w sposób przedstawienia, w narzędzia, rozwiązania plastyczne, wprowadziliśmy też nieco nowej technologii. Unowocześnienie jednej wystawy to koszty rzędu kilkuset tysięcy złotych. Dziś muzealnictwo jest bardzo drogie, podobnie multimedia.

Wszystkie obiekty, które trafiły na te dziesięć wystaw musiały przejść konserwację. Przez zespół Głównego Konserwatora Zabytków wykonana została ogromna praca. Muzeum pracowało więc przez ostatnie lata bardzo intensywnie i… było otwarte. Czynny był pałac, folwark ze zwierzętami, a brak wystaw stałych staraliśmy się uzupełniać imprezami. 

Jakie były koszty inwestycji?

JM: Całkowity koszt przedsięwzięcia to przeszło 20 mln złotych, sam magazyn to trzy i pół miliona. Modernizacja folwarku to 6,5 mln złotych, remont i wyposażenie pałacu przeszło 5 mln złotych wyłącznie ze środków samorządu. 

Nieco żartobliwie mówi się, że zwiedzający głosują na nas nogami – jeśli przychodzą do muzeum, ono żyje. Wówczas samorząd przychylnie patrzy na finansowanie naszej działalności, ponieważ widzi, że tego chcą mieszkańcy, czyli ich potencjalni wyborcy. 

Zrewitalizowane Muzeum cieszy się większym zainteresowaniem?

JM: Istnieje coś takiego jak „efekt nowości”. Staraliśmy się go wykorzystać, ale niestety został zrujnowany przez koronawirusa. Musieliśmy zamknąć muzeum. Ale widzowie wracają do nas, w weekendy mamy już przyzwoitą frekwencję, rodziny z dziećmi wypoczywają na rozległych terenach parkowych. Można zjeść lody i wypić piwo szreniawskie w naszym browarze, który niedawno ruszył. Jesteśmy chyba pierwszym w Polsce muzeum, na terenie którego produkuje się piwo (śmiech). 

Jakie plany?

JM: Myślimy o tym, aby umożliwić wprowadzanie do szreniawskiego muzeum wystaw czasowych, wymagających specjalnych warunków. Takie są między innymi wystawy sztuki, ale też te związane z książkami czy tkaninami. Trzeba im zapewnić odpowiednie warunki klimatyczne i bezpieczeństwo. Niestety nie dysponujemy taką salą ekspozycyjną. Mamy możliwość przeznaczyć na ten cel pawilon pierwszy pozyskany w wyniku modernizacji i teraz będziemy starali się w Ministerstwie Kultury i u władz lokalnych o zdobycie środków na spełniającą wszelkie wymogi salę wystaw czasowych.

Modernizacja, którą udało się przeprowadzić nadała muzeum nowe oblicze. Jest oczywiście jeszcze wiele potrzeb, które jako dyrektor dostrzegam, na przykład drogi wewnętrzne, zabezpieczenie wystaw i zbiorów, uzupełnienia w magazynach czy wieża widokowa, którą dysponujemy od kilku lat i która też wymaga odnowienia. Niezbędne są remonty ogrzewania i klimatyzacja. Planujemy także promocję regionalnej, zdrowej żywności. Mamy już prawie gotową pracownię, w której będziemy mogli prowadzić zajęcia o tej tematyce. Zależy nam także na gastronomii, która także zabezpieczałaby potrzeby naszych klientów. Problem leży w braku rytmiki odwiedzin – gastronomia musi zarobić na siebie, a ludzie przychodzą tu nieregularnie. 

Sporo przed Panem pracy!

JM: Kiedyś będę musiał w końcu z tego Muzeum odejść (śmiech). Chciałbym ułatwić start mojemu następcy i wszelkie kluczowe sprawy pozostawić zamknięte. Kilka z nich już udało się zrealizować, inne jeszcze pozostają w sferze planów. Kolejnym ważnym elementem są oddziały naszego Muzeum, w których nie są załatwione kwestie własnościowe, na przykład w Uzarzewie czy koncepcyjne w Sielinku, które ma słabą frekwencję. Chcielibyśmy także, aby park i obiekty Muzeum Pszczelarstwa w Swarzędzu, które są własnością Instytutu Gleboznawstwa w Puławach były pod naszymi skrzydłami. Czynimy starania od kilku lat o przylegające do Szreniawy pola. Winny one stanowić zaplecze dla dalszego rozwoju Muzeum. Rozwiązać należy także kwestię wystawienniczą w pięknym Muzeum Wikliniarstwa w Nowym Tomyślu – jest tam zagroda olenderska, ale niestety nie ma obory. Mógłbym więc pracować dożywotnio, a cały czas byłoby co robić (śmiech).

Od kilku tygodni Muzeum stopniowo otwiera się na zwiedzających po przymusowej przerwie spowodowanej pandemią. Jak realia tegorocznej wiosny wpłynęły na sytuację placówki? 

Rafał Cierzniak: Zamknięcie Muzeum spowodowało ograniczenie bardzo ważnego cyklu działań, ponieważ zmuszeni byliśmy odwołać wszystkie imprezy. Dotyczyło to, niestety, imprez dla nas najważniejszych, takich jak Jarmark Wielkanocny, na który co roku przybywało kilkanaście tysięcy osób. Musieliśmy zrezygnować także z zajęć edukacyjnych dla szkół, które były zawsze istotnym wydarzeniem, odwiedzanym przez około trzech i pół nawet do pięciu tysięcy dzieci. Ponadto pandemia skutkowała utratą ruchu turystycznego grup zorganizowanych. Druga połowa kwietnia, maj i czerwiec to zwykle czas wycieczek szkolnych. Tej wiosny szkoły nie funkcjonowały w normalnym trybie, nie mogły jeździć autobusy, ruch turystyczny był zatem praktycznie zerowy. 

Obecnie, tydzień po tygodniu udostępnialiśmy kolejno park, ekspozycję zewnętrzną, pawilony, uruchomiliśmy również budynek gorzelni i pałac. Jesteśmy zadowoleni z ruchu indywidualnego. Wciąż nie mamy tej samej frekwencji, ze względu na brak imprez i wycieczek, ale ruch indywidualny jest trochę lepszy, niż zazwyczaj. Dotyczy to nawet dni roboczych. Wiosną miewaliśmy dziennie dwie-trzy wycieczki i osoby indywidualne, teraz jest tylko kilkadziesiąt osób indywidualnych. W weekendy natomiast odwiedza nas ponad dwieście osób, co na realia naszego Muzeum jest dobrym wynikiem.

W ostatnim czasie zrewitalizowane zostały stare pawilony wystawiennicze, a do dyspozycji zwiedzających oddano zmodernizowane wystawy. Jakie? 

RC: Łącznie modernizacji poddaliśmy 3710 m2 powierzchni ekspozycji stałych, wymieniono stare instalacje i ocieplono budynki. Wprowadziliśmy także wiele elementów interaktywnych oraz możliwość dotykania wybranych eksponatów.

W przypadku pawilonu drugiego mieliśmy do czynienia ze sporą przebudową. Pierwotnie zgromadzone w nim eksponaty dotyczyły historii rolnictwa polskiego do wieku XVIII. W nowej koncepcji wystawa ma obejmować cały okres od pojawienia się pierwszych ludów rolniczych, czyli kilka tysięcy lat przed naszą erą, aż po wiek XX. W zamierzeniu ma być pewnym skrótem, który pozwala zapoznać się z historią głównie pod kątem uprawy ziemi. Nie wchodzimy w szczegóły kultury, osadnictwa. Ma to być swego rodzaju wstęp, a wiedzę w nim zasygnalizowaną pogłębiać można na kolejnych ekspozycjach. Koncepcja ta różni się stylistyką od wystaw, które mieliśmy do tej pory. 

Dorota Matela: Zmieniła też miejsce wystawa stała „Rzemiosła wiejskie”, która wcześniej znajdowała się w drugim pawilonie. Ekspozycję uzupełniono o salkę edukacyjną dla dzieci i młodzieży, a po przekroczeniu progu hali zwiedzający rozpoczynają swoją podróż odwiedzając najpierw Izbę Wiejską – przestrzeń, której wcześniej w Muzeum nie było. Następnie zapoznają się z z rzemiosłem w wielu odsłonach – stolarstwem, ciesielstwem, bednarstwem, garbarstwem, rymarstwem, włókiennictwem i garncarstwem. Uzupełnienie stanowią ekspozycje poświęcone kołodziejstwu i kowalstwu, które podziwiać można w folwarku. 

RC: Zrewitalizowano także pawilony numer cztery i pięć, gdzie prezentowane jest przetwórstwo rolno-spożywcze. Pawilony dziesiąty, jedenasty i dwunasty poddane zostały liftingowi, nieco mniej gruntownej przebudowie. Prezentujemy w nich kolejno historię uprawy roślin, paszoznawstwo oraz dzieje hodowli zwierząt i weterynarii. W nowej odsłonie prezentowana jest także wystawa dotycząca transportu wiejskiego. 

Do dyspozycji zwiedzających oddane są również nowości – ekspozycja „Ocalony blask powozów”, prezentująca dwadzieścia jeden zabytkowych powozów konnych zakupionych przez Muzeum od kolekcjonera Bogusława Łowińskiego oraz wystawa poruszająca temat historii Tarpana, którą można oglądać w pawilonie piętnastym, dawnej oborze pegeerowskiej. 

Gerard Radecki: „Muzeum Tarpana” to nowa wystawa stała Muzeum Narodowego Rolnictwa w Szreniawie. Została otwarta w 2019 roku, dokładnie w dwudziestą piątą rocznicę zakończenia produkcji rolniczych samochodów z Wielkopolski. Tarpan, mimo niezwykle ciekawej konstrukcji, jest chyba najbardziej niedocenianą polską marką.

W „Muzeum Tarpana” pokazujemy historię tego auta, wytwarzanego w Poznaniu w latach 1973-1994. Samochód rolniczy jest tu prezentowany w towarzystwie innych pojazdów, które można było zobaczyć na polskich drogach w czasach, kiedy Tarpan był produkowany, a także wcześniej. Najstarszym autem jest ciężarowy Lublin-51 z 1955 roku, przystosowany do przewozu na skrzyni ładunkowej pracowników Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Najmłodszy z kolei jest Fiat 126 el Happy End w kolorze żółtym, osiemset czterdziesty szósty egzemplarz z pożegnalnej serii tysiąca aut z września 2000 roku. Obok nich w Muzeum zobaczymy inne polskie samochody: Żuki, Syreny, Polskie Fiaty i Polonezy. Wśród nich jest niezwykle cenna Syrena M-20 z przedprodukcyjnej serii dwustu samochodów z 1957 roku.

W tym szlachetnym towarzystwie zaparkowaliśmy osiemnaście Tarpanów we wszystkich najważniejszych odmianach produkcyjnych tego samochodu, zaprojektowanego specjalnie dla rolników i wieloosobowych rolniczych rodzin. 

Opowieść o Tarpanie rozpoczynamy od jednego z najwcześniej wyprodukowanych egzemplarzy auta – modelu 233 w kolorze jasnoszarym z 1974 roku w klasycznej odmianie „standard”, z przesuwną ścianką kabiny i plandeką nad skrzynią ładunkową. Kończymy natomiast ciemnozielonym prototypem terenowego modelu Tarpan Honker 4032 ze skróconym rozstawem osi z 1995 roku. 

Czy podczas organizacji odmienionej przestrzeni pojawiły się jakieś nowe rozwiązania?

RC: Przy okazji modernizacji staraliśmy się dostosować obiekt do potrzeb osób niepełnosprawnych, głównie niedowidzących. Na wszystkich nowych ekspozycjach są dla nich miejsca, pojawiają się napisy w alfabecie Braille’a oraz specjalne obiekty. Dla każdego etapu rozwoju rolnictwa jest jeden element, który coś obrazuje, np. prehistorię przedstawia waza z Bronocic – najstarszy zachowany wizerunek wozu zaprzężonego w woły. Osoba niedowidząca może tego dotknąć i dowiedzieć się czym narzędzia się różniły. W części interaktywnej natomiast znajdują się ramki cyfrowe czy filmy, które wzbogacają odbiór wystawy. 

We wszystkich odnowionych pawilonach pojawiła się specjalna ścieżka – pasy prowadzące niewidomych po ekspozycji. Wskazują one drogę, podpowiadają, gdzie należy się zatrzymać, gdzie można coś włączyć, przeczytać, dotknąć. Jest to pomoc zarówno dla niewidomych, jak i niedowidzących, których jest u nas na wycieczkach więcej. 

Niedawno w pawilonie 8a, na wystawie „Postęp techniczny w rolnictwie w XIX i XX wieku” pojawił się nowy eksponat – ponadstuletni konny siewnik rzędowy. Czy rzeczywiście jest takim cudem?

Mariusz Niestrawski: Nie mam najmniejszych wątpliwości, że z muzealniczego punktu widzenia jest cudem – to obiekt ponadstuletni, udało nam się ściągnąć go do Wielkopolski z miejscowości położonej na terenie dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Do tej pory nie mieliśmy podobnego eksponatu. Nic nie wiemy również o tym, żeby w innych muzeach taki siewnik się zachował. Po drugie, obiekt jest „cudem” pod względem technicznym. Zastosowano w nim bardzo nowatorskie rozwiązania. Służył do jednoczesnego wysiewu nasion i nawozów, a zatem mamy tu do czynienia z techniką, która dopiero teraz pojawia się w szerszym zakresie w polskim rolnictwie. Kiedy rozwiązanie to wprowadzono w siewniku wyprodukowanym przez polską Specjalną Fabrykę Siewników Towarzystwa Akcyjnego Vielwerth i Dedina, nie chodziło o to, żeby zaoszczędzić czas, jak ma to miejsce obecnie. Głównym celem twórców urządzenia było uniknięcie nadmiernego zużycia nawozu. Początek XX wieku był okresem kryzysu w rosyjskim rolnictwie, wszelkie oszczędności były więc mile widziane. 

Była to konstrukcja na owe czasy nowatorska, a czy doskonała technicznie? Trudno orzec. Dla nas najważniejsza jest ocena tego siewnika jako muzealium, a jestem pewien, że ściągnięcie go do Muzeum było doskonałym posunięciem.

Obecnie można też podziwiać wystawę czasową „Powstanie Wielkopolskie – Rozkaz!”. Proszę o niej opowiedzieć. 

MN: Wystawa prezentuje dokumenty-rozkazy ze zbiorów Archiwum Państwowego w Poznaniu, związane z okresem Powstania Wielkopolskiego oraz autonomii Wielkopolski. Jest to wystawa adresowana przede wszystkim do specjalistów, historyków lub kogoś, kto ma świadomość, że tego typu dokumenty znajdują się w poznańskim archiwum, ale też dla osób niezaznajomionych z tematem, którzy dzięki wystawie mogą tę wiedzę nabyć. 

Kolekcja rozkazów, która znajduje się w poznańskim archiwum jest unikatowa. Zachował się niemal komplet rozkazów dziennych. Dla każdego historyka wojskowości, znawcy autonomii Wielkopolski czy pasjonata powstania wielkopolskiego, zbiór ma gigantyczne znaczenie. Sam papier może jednak nie być szczególnie atrakcyjny dla potencjalnego zwiedzającego, dlatego twórcy wystawy wpadli na pomysł, aby urozmaicić ekspozycję włączeniem do niej znanych skądinąd w Poznaniu zdjęć Kazimierza Gregera, czyli legendarnego fotografa powstania. Zdjęcia są bardzo efektowne, przez co wystawa nabiera specyficznego charakteru i jest przystępna dla każdego widza. 

Chciałbym podkreślić, że wystawa jest wypożyczona z Archiwum Państwowego w Poznaniu, a archiwum zorganizowało ją we współpracy z Muzeum Historii Miasta Poznania. 

 

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.