poniedziałek, 11 listopad 2019 09:42

Las powróci

Z nadleśniczym Nadleśnictwa Czerniejewo Zbigniewem Błasiakiem rozmawia Wiola Ordon.

Sierpień 2017 roku nie był dla Państwa okresem beztroskich wakacji. Miał wtedy miejsce huragan 100-lecia. Jakie szkody odnotowali pracownicy nadleśnictwa?

Niestety huragan z 11 sierpnia 2017 roku odcisnął swoje piętno na czerniejewskich lasach. Mimo że – szczególnie w ostatnich latach – z uwagi na powtarzające się susze trudno mówić o beztroskich wakacjach osób dbających o lasy, to skutki tego huraganu zmusiły leśników do pełnej mobilizacji i zdwojenia wysiłków, by uratować to, co zostało po nawałnicy. Według wstępnych ocen uszkodzeniu uległo ponad tysiąc pięćset hektarów lasu, a masa powalonych drzew szacowana była na około dwieście tysięcy metrów sześciennych. Z aktualnych danych – już z perspektywy wykonania prac w celu porządkowania skutków klęski – wynika, że powierzchnia drzewostanów uszkodzonych całkowicie przekroczyła siedemset hektarów, czyli o sto hektarów więcej, niż pierwotnie szacowaliśmy. A masa pozyskanego drewna sięgnęła dwustu trzydziestu tysięcy metrów sześciennych.      

 

Akcję usuwania skutków nawałnicy określiliście Państwo hasłem: „Las powróci. Sztafeta pokoleń”. Skąd pomysł na taką nazwę projektu? Czy ma to oznaczać, że tak długo będzie trwała odnowa lasu...?

Nie, nie chodzi o to, że odbudowa lasu będzie trwała całe pokolenia. Choć  faktycznie tyle czasu zajmie przywrócenie stanu sprzed klęski, w końcu generacje leśników pracowały na stan, jaki był przed nawałnicą... Uściślając jednak – „Las powróci. Sztafeta pokoleń” dotyczy akcji społecznego przywracania lasu na zniszczone przez huragan powierzchnie, nie zaś całego procesu odnowienia lasu na tym terenie. Jako leśnicy chcieliśmy zaktywizować lokalną społeczność, by wzięła udział w tym dziele. Hasło powstało dwuetapowo. „Las powróci” – to odpowiedź na obawy miejscowej ludności dotyczące tego, co stanie się z terenami, z których uprzątnięto uszkodzone drzewostany. Idea przywracania lasu powstała jeszcze przed objęciem przeze mnie stanowiska nadleśniczego, którym jestem zaledwie od roku. Kwestia zniszczeń po nawałnicy budziła w społeczeństwie zrozumiały niepokój. Mamy we Wrześni las nazywany „Małpim Gajem”, który został praktycznie całkowicie zniszczony i obawiano się, że powstanie tam osiedle... Odpowiedź leśników była jednoznaczna: z powrotem pojawi się las. Drugą część hasła – „Sztafeta pokoleń” – dopisałem już sam, inicjując akcję społecznego sadzenia lasu. Chciałem w ten sposób zaprosić całe rodziny, by posadziły wspólnie las dla przyszłych pokoleń. Jestem przekonany, że w ten sposób każda osoba biorąca w tym udział będzie się bardziej utożsamiała z leśną przyrodą i dbała o nią, a troska ta będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Myślę, że akcja się udała, bo w kolejne dwie soboty – 30 marca i 6 kwietnia tego roku – wzięło w niej udział około tysiąca pięciuset osób i posadziliśmy ponad pięćdziesiąt tysięcy drzew. A mamy dalsze plany!

Jak ocenia pan postępy w procesie przywracania lasu?

Wciąż jeszcze jesteśmy na początku drogi. W roku 2018 odnowiliśmy około czterdziestu hektarów, wiosną tego roku około stu dwudziestu, a kolejne tyle planujemy na jesień. Największe wyzwanie czeka nas w przyszłym roku – posadzenie lasów (ponad dwa miliony sadzonek) na trzystu hektarach zniszczonych powierzchni.. To ogromne wyzwanie organizacyjne, gdyż typowy roczny rozmiar prac, związanych z odnowieniem lasu w nadleśnictwie tej wielkości, to około stu hektarów. Narasta niestety problem braku rąk do pracy w lesie, bo to ciężkie zajęcie i w trudnych warunkach, które dyktuje pogoda. Dlatego każda pomoc w realizacji tego zadania jest mile widziana. Chęć współpracy w odnowieniu lasu na zniszczonych przez huragan powierzchniach zgłaszają kolejne zakłady pracy…

Jakie?

Pierwszy był Volkswagen, w najbliższą sobotę pomagać będzie firma Krispol z Wrześni, ale nie tylko te duże zakłady, także mniejsze śpieszą z pomocą. Są to przede wszystkim przedsiębiorstwa z naszego regionu. Podczas ostatniej jesiennej akcji społecznego sadzenia lasu, niestety, pogoda nie dopisała nam tak jak wiosną, więc osób było mniej, ale przybyło dużo ludzi w kamizelkach firmy Bimex. Zmobilizowała ona swoich pracowników, którzy przyszli nawet z dziećmi pomagać. Był też klub siatkarski Krispol Września, wysoko plasujący się w piłkarskich rozgrywkach. Pojawiały się także różne inne grupy, np. strażacy. Wiosną 2020 roku planujemy kolejną edycję, bo zainteresowanie akcją zalesiania nie słabnie. Dlatego jestem optymistą; wierzę, że się uda. Choć nie będzie lekko, rozmiar zniszczeń, a co się z tym wiąże i prac, jest wielki.

W gruncie rzeczy sadzenie nie jest taką ciężką pracą: wykopuje się dołek, wkłada sadzonkę, zasypuje, przydeptuje i idzie się dalej... Bo Państwo nie podlewacie?

Nie, nie podlewamy. Kiedy ludzie przychodzą na akcje społeczne, to zakładamy, że posadzą pakiet pięćdziesięciu sadzonek. Niektórzy kończą na tej liczbie, innym – zwłaszcza tym, którzy przychodzą z małymi dziećmi – czasem się nie udaje. Inni przychodzą po kolejne pakiety i mówią na przykład, że posadzili już dwieście. Osoby, które zawodowo, usługowo sadzą u nas las, są w stanie posadzić tysiąc drzew na parę. I wówczas kręgosłup boli. Więc tak się tylko wydaje, ale pozycja, w jakiej się pracuje, jest bardzo trudna. 

Czy ogólnopolskie akcje, tj. #sprzątaMY, #Zabierz5zLasu, oraz lokalne, jak współorganizowany przez Państwo XI Ogólnopolski Edukacyjny Piknik Ekologiczny, spełniają swoją rolę, rodzą poczucie współodpowiedzialności za kondycję przyrody? 

Las Powroci akcja sadzenia lasu 2 Moim zdaniem są bardzo potrzebne i cieszy mnie, że coraz częściej pojawiają się także projekty ogólnopolskie. Po raz pierwszy przed akcją #sprzątaMY zobaczyłem spot reklamowy w telewizji publicznej. Brakowało wcześniej przekazu, który mógłby dotrzeć do masowego odbiorcy. Odkąd pamiętam, leśnicy organizowali akcje oddolnie – na poziomie nadleśnictwa czy nawet leśnictwa – uwrażliwiając społeczności lokalne na problemy przyrody i dbałości o środowisko. Tym bardziej teraz, w czasach mody na „eko”, musimy  uświadamiać społeczeństwo, że las może dostarczać drewna bez uszczerbku dla funkcji społecznych i środowiskotwórczych, bo zrównoważona gospodarka leśna godzi te interesy. Las z wiekiem wymaga wycinki. Z tej wycinki mamy pieniądze na to, żeby chronić, sadzić,  pielęgnować… 

Jesień to w naszym kraju czas smutnych rocznic. 15 września przy pomniku w Janowie odbyły się obchody rocznicy zrzutu broni i sprzętu dla oddziałów Armii Krajowej. Czy włączanie się władz nadleśnictw w organizację tego typu wydarzeń jest tendencją ogólnopolską?

Tak, pamięć o historii ma u nas szczególne miejsce zarówno w skali kraju, jak i lokalnych rejonów. Przecież zarządzamy 1/4 terenu Polski! Więc w każdym nadleśnictwie odnaleźć możemy miejsca, w których wydarzyły się historie godne pamięci i szacunku. Ostatnio byłem w Nadleśnictwie Oborniki, mijaliśmy jakiś drogowskaz, przy którym nadleśniczy zapytał, czy chcemy zobaczyć miejsce, gdzie pogrzebano tysiące Wielkopolan. Podjechaliśmy. Były to Rożnowice – pochowano tam dwanaście tysięcy osób pomordowanych przez hitlerowców. Miejsce okazało się bardzo zadbane; były pomniki, kapliczka, tablice informacyjne. Dba o nie właśnie nadleśnictwo i gmina. Niestety nie jest to nagłośnione, mimo że – jak wspominał nadleśniczy – to może być największy tego typu cmentarz w regionie, porównywalny z miejscami mordu takimi jak Katyń czy Miednoje.

Takie właśnie miejsca spotyka się w lasach, a czasem są to pozostałości po obozach koncentracyjnych i podobnych tragicznych miejscach… W naszym lesie jest miejsce zrzutu broni i sprzętu w Janowie, także jest kapliczka i kamienny krąg z tablicami upamiętniającymi wydarzenia tamtych dramatycznych lat. 

To bardzo ważny apekt...

…Pewnie jest coraz mniej takich miejsc, gdzie drzewa pamiętają wojnę. Czas mija, już prawie osiemdziesiąt lat, drzewostany są w dużej mierze wycięte albo naturalnie zastąpiło je młode pokolenie lasu. Brzozy, które otaczały miejsce pamięci w Janowie, ucierpiały w wyniku huraganu, a świerki zjadł kornik. 

Jednak będziemy znowu sadzić brzozy, żeby było jak wówczas... 

Polskie lasy zajmują około 30% powierzchni kraju. Mocno prześcigamy pod tym względem Irlandię i Wielką Brytanię, jednak daleko nam do plasujących się w czołówce Finlandii i Szwecji. Czy to dobry wynik? 

Czy dobry... Powiedziałbym raczej, że zadowalający, średnia europejska to 32-33%. Jest program zwiększania lesistości, który przewiduje, że do 2050 powinniśmy osiągnąć 33%. Choć patrząc wstecz, lesistość Polski od 1945 roku do 2018 roku wzrosła z 21% do 29,6%, a to bardzo dużo. Co więcej, zasobność lasów ciągle rośnie. Od 1967 roku, kiedy to po raz pierwszy w pełni zinwentaryzowano zasoby drzewne, do czasów obecnych zasobność polskich terenów zalesionych się podwoiła, więc lasów i drewna mamy coraz więcej. Fakt, że wycinamy, wynika również z tego, że mamy z czego ciąć. O naszym bogactwie przyrodniczym świadczy też to, że 38% powierzchni lasów państwowych, z uwagi na stan siedlisk czy bogactwo fauny, objętych jest obszarami Natura 2000. To właśnie w Polsce – także na terenie Nadleśnictwa Czerniejewo – występują takie gatunki jak bóbr czy żuraw, uznane na zachodzie Europy za zagrożone. U nas są wręcz pospolite. Żurawie zakładają gniazda najczęściej na bagnach albo w lesie, w zaroślach. Na żerowanie wychodzą na pola. Kiedy pracowałem w Poznaniu w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, dojeżdżałem do pracy trasą S5 i obserwowałem żurawie. Głównie wiosną, kiedy roślinność na polach jest jeszcze znikoma, oraz jesienią, kiedy zbierały się one przed odlotem. Widać było gołym okiem, że jest ich sporo, czasem obserwowałem jednocześnie na odcinku kilku kilometrów nawet dwadzieścia osobników, które wychodziły na żer z lasów. 

Wracając do pytania – uważam, że nadal powinniśmy dążyć do zwiększania lesistości. Jest w Polsce jeszcze sporo terenów, na których gospodarka rolna, mówiąc oględnie, średnio się opłaca; odłogiem leżą obszary, które można zalesić. Brak jest jednak uregulowań prawnych, które wspierałyby zalesianie gruntów.

Czy jest robiona taka ewidencja?

Tak. Nawet jeśli ktoś prywatnie chce zalesiać, my robimy projekty, udostępniamy sadzonki; nadleśnictwa doradzają właścicielom i nadzorują zalesienia ich gruntów. Brak jest jednak – jak już wspomniałem – uregulowań prawnych, które wspierałyby takie działania. Myślę tu przede wszystkim o dopłatach, które zachęciłyby osoby prywatne do sadzenia lasów na własnych działkach. Z terenu leśnego można zacząć czerpać zyski po czterdziestu latach. Dopiero wtedy zaczyna się pozyskiwać drewno, więc jest to długoterminowa inwestycja. Zalesienie kosztuje i jest czasochłonne, więc jeśli ktoś wyda na nie pieniądze, to są one przez wiele lat zamrożone. Kiedyś były dopłaty unijne, teraz jest z tym gorzej.

Najbardziej boli mnie to, że na każdej nieużytkowanej działce pod lasem lub pośród lasów widzę najpierw pojawiające się skrzynki elektryczne, a później budujące się domy. Nie chodzi mi o to, że chciałbym zalesić wszystkie wolne hektary, lecz by człowiek nie zabrał przyrodzie każdej niezapełnionej przestrzeni. W okolicach Poznania można zaobserwować, że cała granica lasów z terenami otwartymi jest zabudowywana! Gdzie ma się podziać żyjąca tam zwierzyna i ptactwo?

Podobno na terenie nadleśnictwa pojawiły się wilki. Wychowani na baśniach takich jak „Czerwony kapturek” czy obrazach Chełmońskiego mamy niemal wrodzony lęk przed tymi zwierzętami. Czy faktycznie jest się czego bać? Czy istnieje sprawdzony test zachowań w sytuacji spotkania z wilkiem?

Wilki na terenie Nadleśnictwa Czerniejewo zadomowiły się już na dobre. Ich liczebność na początku roku szacowana była na czternaście-piętnaście sztuk. Z informacji przekazanych przez leśniczych wynika jednak, że w bieżącym roku przynajmniej trzy wadery wyprowadziły młode, więc musimy się spodziewać, że jest ich już ponad dwadzieścia. Szczegółowo zinwentaryzowane zostaną wiosną. Czy należy się bać? Szczerze mówiąc, nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno trzeba zachować ostrożność i nie kusić losu – przecież to dzikie drapieżniki, które bez problemu mogą zabić stukilogramowego jelenia. W sytuacji przypadkowego spotkania powinniśmy się spokojnie wycofać, choć zwykle to wilk pierwszy się wycofa, przez nas w ogóle niezauważony. Słyszałem tylko o jednym przypadku zaatakowania człowieka w ostatnich latach na terenie zachodniej Polski. Rowerzystka została ściągnięta przez zwierzę z pojazdu. Na szczęście w tym przypadku inna osoba, również jadąca na rowerze, była w pobliżu i odstraszyła drapieżnika, a mogłoby się to spotkanie skończyć tragicznie. Niestety nie jest już tak, że wilki panicznie boją się człowieka. Zdążyły się już przystosować. Kiedyś, na początku ich pojawienia się w Wielkopolsce, mówiło się: „Widziałem wilka, jak tylko mnie zobaczył, to zniknął”. Teraz zdarza się, że wataha pięciu czy sześciu wilków obchodzi ciągnik, na którym pracuje rolnik przy lesie. Lęku przed człowiekiem, jak miało to miejsce wcześniej, już mają mniej.

W sytuacji spotkania z wilkiem najlepiej spokojnie się wycofać, a szczególną ostrożność zachować, kiedy są młode.

Warto także wspomnieć, że wśród „genetycznie czystych” wilków pojawiają się także hybrydy, mieszańce wilka z psem, które jeszcze mniej boją się człowieka. Trzeba więc być ostrożnym. 

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.