poniedziałek, 11 listopad 2019 09:38

Kardiochirurgia dziecięca na światowym poziomie

Z prof. Michałem Wojtalikiem – kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego oraz prezesem Stowarzyszenia “Nasze Serce” rozmawia Mariola Zdancewicz 

Dziś Pana wielki dzień. Pamiętam jak podczas mojego ostatniego pobytu tutaj pokazywał mi Pan dwa miejsca operacyjne dla małych dzieci i trzy-cztery łóżeczka dla nich...

To troszeczkę inaczej wtedy wyglądało – mieliśmy jedną salę operacyjną, pokój przygotowawczy dla zespołu obsługującego sztuczne serce i oddział pooperacyjny, który miał etatowo dziesięć stanowisk intensywnej terapii, ale faktycznie byliśmy w stanie wykorzystywać sześć, maksymalnie siedem, gdyż wszystko razem – z częścią, gdzie leżały dzieci przed operacją i te już po okresie intensywnej terapii – zajmowało powierzchnię stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych.

 

A rodzice spali pod łóżeczkiem, o ile pamiętam...

Tak, jest nawet film na YouTube, gdzie mama-pediatra pokazuje jak rozkłada karimatę pod małym łóżeczkiem dziecięcym... To były warunki zorganizowane w latach siedemdziesiątych, kiedy rodzice nie przychodzili w ogóle na oddział, nie byli wpuszczani, albo przychodzili dwa razy w tygodniu na półtorej-dwie godziny. Było też mniej pacjentów, bo ówczesne metody diagnostyczne były tak słabe, że zanim rozpoznano wadę, to dziecko już niestety umierało. Dzisiaj rozpoznajemy praktycznie wszystkie wady, sporą część już w okresie prenatalnym. Kiedy z dzieckiem coś się dzieje po urodzeniu najczęściej szybko stawiane jest właściwe rozpoznanie, możliwa jest fachowa pomoc w niedalekiej odległości od miejsca urodzenia, a jeżeli wymaga specjalistycznego transportu, to funkcjonuje transport noworodkowy, w którym może być przewożone dziecko z intubacją czy z lekiem dożylnym podawanym przy wlewie stałym. Wszystko to spowodowało, że nawet dzieci z ciężkimi, złożonymi wadami serca dożywają dziś interwencji chirurgicznej, są korygowane lub operowane etapowo. Dzieci operujemy więcej, jest ich rocznie około dwóch tysięcy, nawet do dwóch tysięcy pięciuset i są pochodną liczby urodzeń w Polsce. Uważa się, że liczba dzieci z wadami serca stanowi 0,7%-1% żywo urodzonych. 

To dużo czy mało?

Tyle, co na całym świecie. Jak już wspomniałem, jest to pochodna liczby urodzeń, powiększa się wraz ze wzrostem dzietności. Tak było w latach osiemdziesiątych, będących okresem rekordowym, urodziło się czterysta dwadzieścia tysięcy. Niestety wtedy nie mieliśmy takich możliwości leczenia. Po 1990 roku dzietność spadła do dwustu kilkudziesięciu tysięcy rocznie, teraz jest troszeczkę więcej, ale oficjalnie mówi się o tym, że ilość rodzących się dzieci jest mniejsza, niż liczba umierających rocznie, więc nasze społeczeństwo się kurczy. 

Dziś zaprosił nas Pan na otwarcie swojej kliniki. Proszę powiedzieć czym ona dysponuje.

To jest przejście z okresu prowizorki, ciasnoty, braku pomieszczeń podstawowych dla funkcjonowania oddziału, do fazy nowoczesnego oddziału kardiochirurgii dziecięcej na światowym poziomie. Nowy oddział ma łącznie dwadzieścia cztery stanowiska dla dzieci, w tym trzynaście stanowisk intensywnej terapii, która jest zawsze najsłabszym punktem oddziałów kardiochirurgii dziecięcej. Wady złożone wymagają długotrwałego leczenia, respiratoroterapii, leków dożylnych itd., co powoduje, że stanowiska są blokowane na tydzień i dłużej. Czasem potrzebne jest dodatkowe leczenie, wspomaganie ECMO czy dializoterapią, a przez to miejsca intensywnej terapii są na oddziałach bardzo potrzebne. Cieszę się więc, że mamy teraz tej przestrzeni tak dużo. Jeśli chodzi o oddział opieki pośredniej – czyli tam, gdzie dzieci przychodzą przed operacją, są przygotowywane, ponownie diagnozowane czy “doleczane” po okresie intensywnej terapii lub czekają na zdjęcie szwów i wypis do domu – tam mamy pięć sal: dwie trzystanowiskowe i dwie po dwa stanowiska. Jest na tyle dużo miejsca, że wstawiliśmy fotele rozkładane, na których rodzic może nocować w miarę komfortowo. Jest szafa, łazienka z prysznicem w każdym pokoju, nie są to oczywiście warunki domowe, bo wtedy musiałby być jeden pokój dla każdego. Mamy też jedną izolatkę z myślą o sytuacjach medycznych tego wymagających. Wszystkie sale spełniają już” ludzkie” warunki do pobytu z dzieckiem w czasie leczenia.

Ile żyć ratuje Pan w ciągu roku? 

Operujemy od dwustu do trzystukilkudziesięciu dzieci rocznie, w najbardziej intensywnym okresie mieliśmy chyba trzysta pięćdziesiąt. Większość pacjentów nie umarłaby natychmiast czy w krótkim okresie, ale ich stan zdrowia konsekwentnie z biegiem czasu by się pogarszał, w pewnym momencie albo by zmarły, albo wada mogłaby być już nieoperacyjna. 

Jakim sprzętem dysponuje Pan w tej chwili?

To jest właśnie symptom nowych czasów. Na oddziale, który jest bardzo mały dysponujemy pełnym, najnowocześniejszym sprzętem. Mamy dostęp do wszystkich technik i wszystkich leków. Jeżeli proszę dyrektora szpitala o zakup jakiegoś leku albo urządzenia, które kosztować może półtora miliona złotych, to oczywiście nie z dnia na dzień, ale w rozsądnie krótkim czasie jest to kupowane. Pieniądze przestały być głównym problemem. Moje Stowarzyszenie Nasze Serce (www.nasze-serce.org) nie zbiera już na zakup sprzętu, natomiast zaangażowało się kwotą trzech milionów w budowę tego oddziału. To był projekt rządowy i na budowę oddziału kardiochirurgii wydano łącznie około dziesięciu i pół milina złotych, więc te trzy miliony nie są nawet połową, ale była to kwota znaczna, jak na zbiórkę publiczną oraz istotna, ponieważ uruchomiła proces decyzyjny, który doprowadził do budowy oddziału w takim kształcie, w jakim możemy go oglądać dzisiaj, bo pierwotnie miał być zupełnie inny. Obecnie brakuje niestety fachowców – lekarzy, anestezjologów, kardiologów dziecięcych, pielęgniarek... 

To brzmi trochę jak ironia losu…

Wszystkie kłopoty są przejściowe. Jeżeli określi się problem i jego skalę, podejmowane są odpowiednie decyzje. Obecnie szkoli się więcej studentów medycyny, niż klika lat temu, taka słuszna decyzja została podjęta. Wokół widzimy też wielu pracowników z krajów na wschód od naszej granicy – Ukrainy, Białorusi czy nawet Rosji i Gruzji. Lekarze wyszkoleni tam są tak samo świetnymi fachowcami. Pracowałem wielokrotnie w Gruzji, robiliśmy bardzo trudne operacje i nie miałem żadnych uwag do ich fachowości. Mogą pojawić się problemy z komunikacją, z językiem polskim, ale myślę, że przy braku lekarzy powinniśmy się otworzyć, a nauka języka może być prowadzona równolegle. Ważne jest to, żeby chorym potrzebującym pomocy, tej pomocy udzielić.

Jak się Pan czuje jako pasjonat idei, którą Pan dziś zrealizował?

Mam poczucie spełnionego obowiązku.. Pozostawanie biernym byłoby zwyczajnie nierozsądne, więc skoro powierzono mi opiekę nad pólnocno-zachodnią Polską, musiałem sobie zdawać sprawę, że należy szukać rozwiązania, sposobu, żeby powstał oddział z prawdziwego zdarzenia. To jest rodzaj sztafety. Wcześniej był dr Szelągowicz, wykonywał trudne operacje, za dwa lata przyjdzie po mnie ktoś następny, który powie: idziemy jeszcze dalej, jeszcze wyżej, będzie chciał się spełnić, tak jak ja się spełniłem po pierwsze operując pacjentów i robiąc tu piękne rzeczy. 

Odniosłam wrażenie, że ma Pan jeszcze plany...

Mam, ponieważ szpital cierpi przede wszystkim na ciasnotę. Mój oddział, jak i cały gmach, to instytucja z lat siedemdziesiątych. Jeśli zapytamy każdego z kierowników kliniki, czego mu brakuje, to powie – powierzchni i ludzi. Personelu niestety nie zorganizujemy, ale pawilon, który dzisiaj oglądaliśmy, jest zaprojektowany do czwartego piętra. Nie ma jeszcze trzech poziomów, więc można by tam zbudować przestrzeń dla kardiologów – naszych bliskich partnerów – która byłaby dla szpitala bardzo ważna. Rodzice płacą za noclegi w przez nas zbudowanym hoteliku pięciopokojowym, teraz możemy już im pomóc finansowo, żeby nie płacili. Być może starczy nam także na dofinansowanie dojazdów, bo podróż bywa dla wielu rodzin wydatkiem rujnującym budżet. Jest też problem z parkowaniem, próbowałem się z nim zmierzyć, ale na razie nie ma pomysłu jak to rozwiązać. Architekt, pan Sipiński powiedział, że bez wyburzenia parterowych pawilonów nic dużego tutaj nie powstanie. Czeka nas wiele pracy, ale każdy pomysł tak naprawdę zaczyna się od rozmowy, od burzy mózgów, jeżeli określi się problemy, które nurtują ten szpital, to można dążyć stopniowo do ich rozwiązywania. 

Nie zapytałam jeszcze o udział Uniwersytetu Medycznego w tym projekcie?

Kluczowy, gdyż to właśnie Uniwersytet Medyczny na wniosek dyrekcji szpitala zdobył pieniądze z ministerstwa zdrowia, to był właśnie sukces prof. Jacka Wysockiego, który był w tym czasie Rektorem i doprowadził do pozyskania pięćdziesięciu ośmiu milionów złotych na modernizację, w której zawierała się budowa tego pawilonu. 

Jestem szczęśliwy, że mam szczęście do przyjaciół, do ludzi, których przekonałem, którzy się przyłączyli i dołożyli, że przez dwadzieścia dwa lata istnienia stowarzyszenia nie miałem nigdy odczucia, że ktoś je negatywnie odbiera, nie ma zaufania do tego co robimy, na co przeznaczymy pieniądze. Właśnie dlatego tak duża kwota trzech milionów złotych była możliwa do zebrania. Jestem za to bardzo wdzięczny wszystkim, którzy pomogli.

Pani redaktor też jest przecież w tym gronie...

Gratuluję Panu sukcesu i jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

 

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.