Redakcja

środa, 31 marzec 2021 18:15

Premiera płyty Orkiestry św. Marcina

Orkiestra św. Marcina, która powstała w 2018 roku z inicjatywy dyrygenta Piotra Deptucha oraz Przemysława Kieliszewskiego – dyrektora Teatru Muzycznego w Poznaniu, wydała kolejną płytę. Tym razem są to dwa utwory znakomitego kompozytora współczesnej muzyki poważnej i religijnej, Henryka Mikołaja Góreckiego"Kleines requeim für eine Polka" i "Good night" pod batutą Jakuba Czerskiego. Pod wieloma względami stanowią one esencję jego dojrzałego stylu. Zostały zaprezentowane podczas koncertu zaduszkowego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu w 2020 roku. 

Na krążku można usłyszeć: Joannę Horodko, solistkę Teatru Muzycznego, oraz orkiestrę w składzie: Maria Nowak (koncertmistrz), Mikołaj Pokora (II skrzypce), Kinga Tarnowska (altówka), Marcin Baranowski (wiolonczela), Andrzej Iwanowski (kontrabas), Zuzanna Czachor (flet), Łukasz Krzemiński (obój), Arkadiusz Kowalski (klarnet),Sławomir Piechota (fagot), Mikołaj Olech (waltornia), Mateusz Wesołowski (puzon), Małgorzata Koperska (dzwony rurowe i tam tamy), Piotr Żukowski (fortepian) i Jakub Czerski (fortepian). 

Nazwa orkiestry nawiązuje do poznańskiego Kościoła pw. św. Marcina oraz nazwy głównej ulicy stolicy Wielkopolski, przy której powstaje nowa siedziba Teatru Muzycznego. Podstawowy skład zespołu zawiera solowo traktowane instrumenty smyczkowe, pojedyncze drzewo, blachę oraz instrumenty perkusyjne, fortepian i harfę. W miarę potrzeb skład jest poszerzany, bądź modyfikowany. W repertuarze znajdują się między innymi dzieła Bacha, Vivaldiego, Haydna, Wagnera, Mahlera, Strawińskiego i Góreckiego. W 2019 roku Orkiestra św. Marcina wydała swoją debiutancką płytę z utworem Josepha Haydna "Siedem ostatnich słów Chrystusa na krzyżu". Już niebawem ukaże się kolejna. 

Wydawnictwo dostępne jest w kasie Teatru Muzycznego oraz na stronie www.teatr-muzyczny.pl w zakładce Sklep (https://teatr-muzyczny.pl/sklep/product/cd-plyta-orkiestry-sw-marcina-henryk-mikolaj-gorecki/).

piątek, 26 luty 2021 04:09

Szykuje się dobra przyszłość

z JM rektorem Politechniki Poznańskiej prof. Teofilem Jesionowskim rozmawia Mariola Zdancewicz

Gratulujemy objęcia funkcji rektora Politechniki Poznańskiej. Jako dwa główne aspekty funkcjonowania uczelni wymienia Pan troskę o rozwój i przyszłość...

Bardzo dziękuję za gratulacje, to niewątpliwie zaszczytna funkcja, ale jeszcze większa odpowiedzialność, nie tylko za infrastrukturę, ale przede wszystkim za społeczność uczelni, która tworzy się i trwa od ponad stu lat.

Pojęcia przyszłości i rozwoju łączę z przekonaniem o konieczności doceniania dokonań poprzedników. Każdy z rektorów starał się budować uczelnię na miarę możliwości danego czasu. Troska o rozwój w obecnej sytuacji, to przede wszystkim dbałość o zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim pracownikom i stabilności zatrudnienia, czyli kierowanie uczelnią tak, aby każdy mógł realizować swoje pasje, marzenia i budować kolejne stulecia.

Podkreśla Pan znaczenie zrównoważonego rozwoju Politechniki. Co to oznacza w praktyce? 

Uczelnia to jednostka dosyć konserwatywna i uważam, że w tym kontekście nie należy myśleć o rewolucji. Moim marzeniem jest szybkie działanie dla Jej zrównoważonego rozwoju. Jesteśmy systemem naczyń połączonych. Każdy tryb powinien dobrze współgrać z innymi elementami naszej złożonej konstrukcji. Nie możemy ulegać panice, musimy dbać o dobry konsensus z otoczeniem, wzmacniać  rozwój edukacji jako oferty dla przyszłych studentów i doktorantów oraz troszczyć się o postęp naukowo-badawczy. Biorąc pod uwagę aspekty techniczne uczelni, zrównoważony rozwój to również wyzwania innowacyjne, technologiczne i transfer wiedzy do gospodarki.

Z pewnością ważne dla uczelni są stosunki z otoczeniem społeczno-gospodarczym, w obecnym czasie dość utrudnione. Jak planuje Pan z tym sobie poradzić?

Jest to niewątpliwie najtrudniejsze wyzwanie. Jednym z efektów naszej wieloletniej współpracy są studia dualne, czyli kształcenie praktyczne, które jest realizowane z zaprzyjaźnionymi przedsiębiorstwami krajowymi i międzynarodowymi oraz organizacjami z Poznania i okolic. Niestety, nawet te elementy edukacji są w obecnym czasie ograniczone, a w pewnym sensie także niemożliwe. Tryb zdalny jest w tym przypadku niewystarczający. 

Innym aspektem aktywności jest realizowanie licznych projektów, głównie rozwojowych, gdzie przedsięwzięcia kreowane są w ścisłym związku z otoczeniem społeczno-gospodarczym.  Pojawia się też nowa jakość związana z inicjatywami realizowanymi z kolejnymi podmiotami gospodarczymi, związana z rozszerzeniem działalności w zakresie inicjatywy Przemysłu 4.0, z działalnością Wielkopolskiej Regionalnej Rady Przemysłu Przyszłości włącznie, której przewodniczy prof. Tomasz Łodygowski i innymi formami aktywności, które są obecnie domeną prof. Michała Wieczorowskiego – prorektora ds. rozwoju i współpracy z gospodarką. Wszystkie te kierunki już przynoszą istotne efekty.

Jednym z obszarów z tego zakresu jest podpisanie umowy o współpracy z Siecią Badawczą Łukasiewicz oraz realne skutki wcielenia jej w życie. Wspólne inicjatywy dotyczą projektów, takich jak doktoraty wdrożeniowe czy aplikowania o projekty do programu Horyzont 2020 czy Horyzont Europa, których celem jest pozyskanie środków europejskich na rozwój nie tylko uczelni, ale również naszych innych kompetencji. 

Jednym z ważniejszych, kto wie czy nie najważniejszym, zagadnieniem będzie zapewne zdobycie statusu uczelni badawczej. Będzie Pan o to walczył?

Absolutnie, jest to dla mnie najważniejsze zadanie. Zostaliśmy już niejako „włączeni” do statusu uczelni badawczej przez panią minister Annę Budzanowską jako jednostka na dwudziestym pierwszym miejscu. Zostało to ogłoszone zarówno na posiedzeniu Komitetu Polityki Naukowej, jak i na konferencji dotyczącej ewaluacji bezpośrednich beneficjentów programu IDUB. Wcześniej Politechnika Politechnika nie była beneficjentem uczelni badawczej, nie mogliśmy się o to starać ze względów formalnych. Uczyniliśmy wiele kroków w kierunku skonstruowania naszej struktury tak, aby formalnie w przyszłym konkursie stawać do boju o to ważne miano. 

Dzięki uzyskaniu przez nas statusu Uniwersytetu Europejskiego oraz faktowi, że nasza Uczelnia jest jedynym w Polsce i jednym z nielicznych w Europie Środkowo-Wschodniej liderem tego projektu, decyzją Ministerstwa zostaliśmy włączeni do tak elitarnego grona. Czekamy na oficjalne potwierdzenie tego faktu. 

Dla mnie, jako – nieskromnie to zabrzmi – szefa wspaniałej Uczelni i jednocześnie akademika, nadrzędną rolą jest troska o to, abyśmy zostali uczelnią badawczą formalnie i pojawili się w gronie pierwszej dziesiątki, co jest zadaniem niebywale trudnym, ale nie niemożliwym.

Mamy nadzieję, że tak będzie i z góry bardzo się cieszymy z tego optymistycznego tonu. 
Funkcję rektora objął Pan w trudnych warunkach. Nikt nie myślał, że pandemia zamiast odejść, będzie się wzmagać i burzyć wszystko to, co do tej pory było naturalne. Będzie Pan musiał zastosować inny tryb funkcjonowania, który pewnie potrwa przez dłuższy czas. Proszę o opinię na ile jest to uciążliwe dla studentów i czy na dłuższą metę da się stosować nauczanie zdalne.

Czas pandemii jest trudny, przede wszystkim ze względów społecznych. Uczelnia to miejsce spotkań wielu osób na wielu poziomach. Politechnika żyje przede wszystkim aktywnością studencką, różnymi kolorytami naszej działalności, zwłaszcza kontaktami z osobami, które nas inspirują. Kiedy mury uczelni stają się puste, pustka ta ogarnia nas również w sferze psychicznej. W związku z tym realizujemy kształcenie hybrydowe. Jako uczelnia techniczna mamy w programie wiele elementów nauczania praktycznego, które realizujemy w miarę możliwości w systemie rzeczywistym, przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa. Wiążą się z tym różne przedsięwzięcia organizacyjne. Powołaliśmy Zespół Kryzysowy, którego Przewodniczącą jest Pani prof. Agnieszka Misztal – prorektor ds. studenckich i kształcenia. Zespół spotyka się każdego ranka i działa w sposób profesjonalny, pragmatyczny i zaradczy, aby pokonywać wszelkie trudności. Na posiedzeniu Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, w łączności z przedstawicielami Ministerstwa stwierdzono, że nie możemy zamykać uczelni, co osobiście również popieram. 

Będziemy działać trochę jak klasyczne przedsiębiorstwo. Nie możemy się zamknąć, odizolować, a jedynie ograniczyć naszą działalność do minimum w zakresie spotykania się ludzi. Cały czas przede wszystkim musimy kształcić studentów, zwłaszcza na semestrach dyplomowych, aby mogli wykonać należycie swoją pracę popartą eksperymentami. Nikt nie zwalnia nas z działalności badawczej. Ważna jest także ewaluacja dyscyplin naukowych, ponieważ potwierdza ona potencjał uczelni w kontekście starania się o status uczelni badawczej. Istotne są umowy podpisane z jednostkami działalności gospodarczej czy instytucjami badawczymi – one również nie mogą być zaniechane. 

Trzeba pragmatycznie realizować swoje obowiązki. Jako Uczelnia powinniśmy dawać przykład, jak należy organizować życie publiczne tak, aby budować związki i relacje międzyludzkie. To one są według mnie najważniejsze, zawsze, nie tylko teraz, bo tylko wówczas można wyjść obronną ręką z każdej trudnej sytuacji, także obecnej wojny cywilizacyjnej, bo trudno inaczej nazwać pandemię.

Myślę też o nowych studentach, wydają się być w najtrudniejszej sytuacji i nie zasmakują akademickiego życia...

To prawda. Kiedy studenci przyjeżdżają do Poznania i wchodzą w mury Politechniki, zmieniają jednocześnie postrzeganie Uczelni. Spotykają profesorów, swoich mentorów, mogą cieszyć się także życiem studenckim, emanować młodością i otwartością na innych, nawiązywaniem nowych znajomości, uczuć – wiemy przecież, że to wiek, w którym tworzą się związki, nie tylko chemiczne! To faktycznie jest spora strata. Niektóre rzeczy można doczytać, czegoś się douczyć, ale nic nie zastąpi kuluarowych dyskusji, spotkań „przy kawie” i rozmów. Ten czas będzie niewątpliwie stracony i trudno będzie go nadrobić. 

Czy będzie miał Pan czas zajmować się swoimi projektami naukowymi?

To jest dla mnie bardzo trudne. Realizuję obecnie dwa projekty naukowe. Razem z moim wspaniałym, wspierającym mnie zespołem odbywamy spotkania, próbujemy odpowiedzieć na pytania jak efektywnie realizować nasze badania. Z reguły ma to miejsce w godzinach wieczornych, dyskutujemy poprzez wideokonferencje. Jest to dla mnie duży problem. Myślę jednak, że jeżeli już zdecydowałem się skupić na sprawach organizacyjnych, to muszę tym wyzwaniom podołać, a nauka będzie realizowana pewnie niestety trochę później, o ile do niej szybko wrócę? Oby! 

Chciałabym zapytać, czy za cztery lata władze Politechniki oraz pracownicy administracyjni będą rezydować w nowym budynku w Kampusie Warta? Nie ukrywam, że zadaję to pytanie z pewną przykrością, bo obecna siedziba wydaje mi się bardzo atrakcyjna. 

Kto wychował się na Wildzie, może to z całą stanowczością potwierdzić. Ja spędziłem tu swoją „młodość” akademicką, tu zacząłem pracę naukową, spędzając trochę czasu w laboratorium, więc przestrzeń Wildy i rektorat są mi bardzo bliskie. Gmach rektoratu widziałem z okna byłego budynku kwestury. Niewątpliwie jest to piękny budynek i nie chciałbym doczekać czasu, kiedy nie będzie własnością Politechniki Poznańskiej, mam nadzieję, że nikt takiego błędu nie popełni, aby go zbyć. Jednak dla integracji środowiska, efektywniejszego działania organizacyjnego, ograniczenia dystansu, który – mimo nowych technologii – istnieje, wydaje się, że na Kampusie Warta powinien powstać nowy budynek administracji centralnej. Bardzo bym sobie życzył, żeby realnie w ciągu czterech lat miało to miejsce. Niestety sytuacja pandemiczna może nieco spowolnić to zadanie. Mimo wszystko chciałbym, żeby obecny budynek rektoratu nie był tylko miejscem historycznym, aby dalej był wykorzystywany. Zrobię więc wszystko, by nowy budynek powstał jak najszybciej, a stary dalej tworzył piękną, ale aktywną historię.

Kiedy rektor Tomasz Łodygowski wspominał mi, że budynek może zostać sprzedany, straszyłam go, że nie pozwolę...

Rektor Tomasz Łodygowski drażnił się ze wszystkimi, którzy mówili, że budynek trzeba sprzedać... W spadku zostawił mi ideę przeniesienia rektoratu na Kampus Warta, za co mu szczerze dziękuję. Kto inny jak właśnie nie rektor Tomasz Łodygowski wie, jak powinna rozwijać się Uczelnia dla jej chluby. Niewątpliwie mamy zbliżony sentyment do tego miejsca. Na pewno będziemy kultywować nie tylko to miejsce, ale przede wszystkim atmosferę, która tu się zrodziła. Należy walczyć o to, żeby Wilda była nie tylko piękną historią, ale również przyszłością Uczelni.

Już teraz mogę powiedzieć, że poczyniliśmy pewne kroki i liczę na to, że w wiosennym wydaniu „Merkuriusza” będę mógł opowiedzieć nieco bardziej optymistycznie o planach inwestycyjnych na Kampusie Warta. Enigmatycznie powiem, że szykuje się dobra przyszłość dla Politechniki Poznańskiej – związana z rozwojem pięknego miejsca, jaką jest przestrzeń między rzeką Wartą a Jeziorem Maltańskim. 

piątek, 26 luty 2021 04:06

August Zamoyski; rzeźbiarz

z dr Anną Lipą – kustoszem Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie – rozmawia Mariola Zdancewicz

W Muzeum Narodowym w Poznaniu gościmy piękną wystawę monograficzną czy raczej pokazującą go na tle epoki, poświęconą Augustowi Zamoyskiemu.

Ekspozycja „August Zamoyski. Myśleć w kamieniu” jest drugą odsłoną wystawy, która swoją premierę miała 5 grudnia 2019 roku w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Jest to rodzaj eseju wizualnego, nawiązującego do długoletniej tradycji wystawienniczej naszego Muzeum, polegającej na łączeniu obrazu, słowa i przestrzeni w opowieść o życiu i twórczości artysty.

Był popularną postacią, wręcz filmową, ekscentryczną, właściwie typowym celebrytą... 

Urodził się 28 czerwca 1893 roku w Jabłoniu na Lubelszczyźnie. Pochodził ze znanej, arystokratycznej rodziny, pieczętującej się herbem Jelita. Był więc artystą, rzeźbiarzem, arystokratą – podobnie jak Toulouse-Lautrec w malarstwie. Swego czasu był także celebrytą, mistrzem autokreacji i skandalistą, którego wczesne rzeźby powodowały falę krytyki i zamykanie wystaw za obrazę moralności. Epatował swoim wyglądem i ubiorem. Był także wysportowanym atletą, który w Zakopanem jeździł na nartach w łowickich portkach, chadzał podpierając się zielonym kosturem oraz zwracał uwagę swoim głośnym zachowaniem. Nazywany był nawet przez swoich kolegów formistów „ekrazytowym Guciem”. W Paryżu natomiast często widywany był już jako rzeźbiarz-dżentelmen, w dobrze skrojonym garniturze, z kamerą bądź aparatem fotograficznym, jako doskonały sportowiec i wielbiciel motoryzacji – w uniformie i czapce pilotce. 

Pewne relacje łączyły Zamoyskiego z Poznaniem, trafił tu do awangardowego Zrzeszenia Artystów Bunt...

Związał się z Berlinem i Monachium, tam poznał Stanisława Przybyszewskiego i dzięki niemu w końcu 1917 roku nawiązał kontakt z ekspresjonistyczną grupą Bunt. Jego wczesne, preformistyczne rzeźby zostały pokazane w Poznaniu 1 kwietnia 1918 roku. Wywołały skandal i spowodowały zamknięcie wystawy. Głównie chodziło o rzeźbę „Sansara”, która rozpoczęła długi cykl kompozycji zatytułowany „Ich dwoje”. Były to dwie postaci splecione w miłosnym uścisku, konotacje erotyczne były bardzo czytelne, zostały negatywnie odebrane przez ówczesną krytykę i mieszczaństwo. Te wczesne rzeźby niestety zaginęły bądź też zostały zniszczone przez samego artystę, znamy je tylko z reprodukcji. Dotyczy to także innej, bardzo ekspresyjnej kompozycji „Zdrój”, która ukazywała małpę w objęciach konia. Ona również spowodowała obrazę gustu mieszczańskiego… 

…Możemy to zrozumieć, ale szkoda, ze wystawa nie trwała dłużej...

To prawda, ale dotyczyło to zwłaszcza preformistycznych, formistycznych, ekspresjonistycznych początków artysty. W połowie lat dwudziestych Zamoyski przeszedł przemianę, radykalnie zmienił  styl, a tworzona wówczas sztuka klasycyzująca zyskała uznanie krytyki. 

Pomówmy o kobietach jego życia... 

Zamoyski miał trzy żony. Pierwszą była tancerka włoskiego pochodzenia Margherita Sacchetto, zdrobniale Rita. Była prekursorką tańca nowoczesnego, cenioną aktorką niemych filmów, która notabene występowała także na poznańskich scenach. Na początku I wojny światowej artysta dostał się do obozu niemieckiego, z którego po interwencji rodziny został przeniesiony do szpitala oficerskiego. W Berlinie właśnie obejrzał występ Rity, zakochał się w niej, a wkrótce zostali małżeństwem. To ona wprowadziła go w środowisko ówczesnej awangardy artystycznej i skierowała na drogę sztuki. To pierwsza ważna kobieta w jego życiu, która była jednocześnie żoną, kochanką i muzą. Wykonał jej rzeźbiarskie portrety, które można oglądać w Poznaniu w dwóch wersjach – secesyjnym portrecie „Łza” oraz bardziej realistycznym odlewie gipsowym. Rita była starsza od Augusta o trzynaście lat, a biorąc pod uwagę jego arystokratyczne pochodzenie, stanowiło to kolejny w jego życiu skandal. Mezalians na długie lata wykluczył go z życia rodzinnego. Korespondencja z ojcem Tomaszem hr.Zamoyskim zachowana w Muzeum Literatury, świadczy o konflikcie, który wygasł właściwie dopiero pod koniec lat dwudziestych, kiedy August miał już za sobą związek z Ritą i związał się z kolejną partnerką – Anną Marią „Manetą” Radwan.

Tym razem wybranka była o trzynaście lat młodsza. Była śpiewaczką, występowała w Teatrze Beriza w Paryżu. Ich związek trwał około dziesięciu lat, do wybuchu II wojny światowej, kiedy artysta wyemigrował do Brazylii. Maneta chciała uchodzić za prawowitą żonę Zamoyskiego, ale nie mógł on wejść w związek formalny, ponieważ nie był oficjalnie rozwiedziony. Legendy rodzinne głoszą, że w przeciwieństwie do kompletnie nieakceptowanej przez rodzinę artysty Rity, właściwie mogła przyjeżdżać do pałacu w Jabłoniu, ponieważ pochodziła z arystokratycznego rodu i była akceptowana przez bardzo pryncypialnego ojca artysty.

Proszę zdradzić kim była trzecia żona. Czy była nią Franka?

Nie, Franka – właściwie Franciszka Kusiuk, wieśniaczka pracująca w jabłońskim majątku – była jego ulubioną modelką i kochanką. Jej rysy i wspaniałe ciało uwiecznił w posągu „Rhea”, zwanym także „W półmroku tego świata”. Wykuwał go przez dziesięć lat w portugalskim marmurze już podczas swojego pobytu w Brazylii. W Muzeum Literatury zachowały się dwa tomy dzienników artysty, które tam pisał. Opisał w nich swój stosunek do Franki. Była ważną postacią w jego życiu.

W Brazylii ożenił się z młodszą od siebie o siedemnaście lat Isabel Paes Leme, artystką ze znanej burżuazyjnej rodziny z Rio de Janeiro. Była malarką i scenografką, uczyła się w szkole rzeźbiarskiej, którą założył Zamoyski. 

Dlaczego mówi się o niej tak mało?

Związane jest to z faktem, iż okres brazylijski jest stosunkowo najmniej znany, wymaga bowiem badań na miejscu. Związek Isabel i Augusta nie przetrwał traumatycznej dla obojga próby, śmierci nowonarodzonego syna, jedynego potomka artysty.

Poślubiona po powrocie do Europy w 1959 roku trzecia żona Augusta Zamoyskiego, o ponad trzydzieści lat od niego młodsza Francuzka Hélène Peltier, była filologiem rosyjskim i wykładała na uniwersytecie w Tuluzie. Przeżył z nią ostatnie szczęśliwe, lecz spędzone w pewnej izolacji lata życia w małej miejscowości Saint-Clar-de-Rivière. 19 maja 1970 roku artysta zmarł i został pochowany na terenie swojej posiadłości.

W naszej opowieści pojawiło się wiele miejsc – Jabłoń, Zakopane, Paryż, Brazylia... Które z nich było najważniejsze dla Zamoyskiego jako człowieka i artysty?

Niewątpliwie każde było dla niego ważne. Jabłoń to początki twórczości, miejsce dzieciństwa, młodości, czasu, w którym kształtowała się świadomość artystyczna. Już tam, pod okiem kowala Bronikowskiego wykuł swoje pierwsze dzieło, czyli krokodylka, którego można zobaczyć na wystawie. Wyciosał także w drewnie lipowym figurkę Madonny. Wtedy też nawiązał silną więź z naturą – hektary pól, lasów wokół Jabłonia  z  pewnością wpłynęły na artystyczne wybory.

Następnie był Berlin, Monachium, a potem Zakopane. Tam nawiązał kontakt z polskimi ekspresjonistami, formistami, miejscową bohemą artystyczną. Zakopiański okres ukształtował postawę artysty. Stał się w tamtym czasie twórcą niemal abstrakcyjnym.

Pod koniec 1923 roku w Zakopanem organizuje słynny happening artystyczny – na oczach zgromadzonych widzów niszczy część swoich formistycznych rzeźb, ponieważ uważa, że droga abstrakcji, do której się zbliżył, prowadzi donikąd. Dlatego też okres formistyczny jest tak ubogo reprezentowany na wystawie.

Jak by go Pani określiła jako człowieka? Nawet niszczenie, pozbywanie się swojego „ja”, musi odbywać się publicznie...

Można powiedzieć, że charakteryzował go swego rodzaju ekshibicjonizm. Nie był introwertykiem, artystą skupionym na sobie, potrzebował uznania i rozgłosu. Myślę, że miało to związek z konfliktem rodzinnym – wciąż starał się udowodnić, że jest najlepszy, zarówno w sztuce, jak w sporcie, który był jego drugą wielką pasją.

Ówczesna prasa szeroko rozpisywała się o epizodzie z 1925 roku, kiedy to Zamoyski założył się z pewnym argentyńskim milionerem, że w ciągu dwudziestu jeden dni rowerem pokona trasę z Paryża do Zakopanego. Ten wyczyn się udał. Trasa liczy sobie około trzech tysięcy kilometrów. Po wygraniu zakładu ogłosił w polskiej prasie, że poszukuje ochotników na wyprawę na Mount Everest. Wyprawa ta jednak nie doszła do skutku ze względów finansowych.

Był niespokojnym duchem, który wciąż szukał nowych wyzwań i potwierdzania swojej wartości, zarówno jako artysta, jak i człowiek. Konflikt z rodziną bardzo mu ciążył i chciał udowodnić  ojcu, który był mocno zasadniczy i uparty  że potrafi wspiąć się na wyżyny w każdej dziedzinie.

W 1926 roku, tuż po wspomnianym wyczynie sportowym miał wypadek na motorze – kolejną jego pasją była bowiem motoryzacja. Mówi się, że jeździł sportowym Bugatti, które zawsze stało przy jego paryskiej pracowni, podobno codziennie udawał się nim na poranną kawę. Wypadek na motorze przekreślił jego karierę sportową. Wcześniej nie mógł się zdecydować, czy zostać artystą czy zająć się zawodowo sportem – świetnie jeździł na rowerze, biegał, wspinał się po górach, jeździł na nartach i uprawiał boks, a nawet żeglował.

Paryż był dla niego bardzo ważny...?

...W połowie lat dwudziestych XX wieku był mekką dla artystów z całego świata. Zamoyski miał kilka pracowni na Montparnassie, czyli w samym centrum ówczesnego życia artystycznego. Jak już wspomnieliśmy na przykładzie etapu zakopiańskiego, Zamoyski nie był typem biednego artysty wyklętego, był światowcem, miał pieniądze, otrzymywał regularnie rentę od ordynacji hrabiów Zamoyskich, która zapewniała mu dostatnie życie, możliwość podróży artystycznych, kupno sprzętu fotograficznego czy amatorskiej kamery. W zbiorach warszawskiego Muzeum Literatury zachowało się około stu rolek z jego autorskimi filmami, na których utrwalił swoich najbliższych, rodzinny Jabłoń czy przyjaciół-artystów, m.in. Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego), który do kamery stroi swoje słynne miny, Artura Rubinsteina, Marca Chagalla, Maxa Jacoba, Louisa Marcoussisa, Alicję Halicką, Mojżesza Kislinga. Uwiecznił całą plejadę ówczesnej École de Paris. Witkacego poznał w Zakopanem. Była to jedna z  najważniejszych przyjaźni. Udało mu się spełnić jego marzenie, mianowicie całe życie chciał zagrać w filmie. Rzeźbiarz z kamerą nie był zjawiskiem codziennym, ze względu chociażby na cenę sprzętu. Filmował i fotografował także swoje rzeźby, pracownie. W czasie podróży kamerę przyjmowała czasem Anna Maria Maneta Radwan, dzięki czemu zachowały się także filmowe portrety artysty, co stanowi dziś dodatkową atrakcję wystawy.

W 1940 roku trafił do Ameryki Południowej. Przebywając w Brazylii przez piętnaście lat prowadził dwie szkoły rzeźbiarskie, pierwszą w Rio de Janeiro, a następną São Paulo. Zorganizowane były na zasadach średniowiecznej kooperatywy, gdzie był mistrz i uczniowie pracujący nad dziełem – w ten sposób powstał wielki posąg siedzącej kobiety zwanej „Carmelą”, który stoi przed kasynem w Belo Horizonte, budynkiem projektu słynnego architekta Oscara Niemeyera. W Brazylii powstał także wspaniały posąg Fryderyka Chopina, jedyny w Ameryce Południowej, stoi do dziś nad brzegiem oceanu w Rio.

Ważny w twórczości Zamoyskiego był aspekt dydaktyczny. W 1937 roku wydał traktat „O rzeźbieniu”, który do dziś pozostaje jednym z niewielu praktycznych podręczników dla rzeźbiarzy. W czasie pobytu w Brazylii musiał się już sam utrzymywać, prowadził dochodową hodowlę bydła! Na wystawie można zobaczyć dyplom, jaki otrzymał za wyhodowanie byka rasy holenderskiej.

Po 1956 roku chciał odwiedzić Polskę, otrzymał pozwolenie na przyjazd i na trzy miesiące objął stanowisko profesora rzeźby na Politechnice Warszawskiej. Ze względu na trudności, niechęć komunistycznych władz do niego jako artysty o arystokratycznym pochodzeniu, musiał tę ideę porzucić.

Artysta nie bał się zmian. W okresie formizmu dochodzi wręcz do abstrakcji, a w połowie lat dwudziestych w Paryżu sięga do źródeł, sztuki egipskiej, antyku i zostaje wybitnym klasycystą. Pod koniec życia znów radykalnie zmienia styl, sięga po tematy metafizyczne i religijne. Cennym aspektem naszej wystawy jest pokazanie po raz pierwszy ostatnich rzeźb artysty z okresu podążania w stronę sacrum. W tej fazie twórczości Zamoyski tworzy pomnik kardynała Adama Sapiehy, który stoi przy zachodniej fasadzie zakonu ojców Franciszkanów w Krakowie. Jeden z odlewów podziwiać można na wystawie. Powstał z inicjatywy kardynała Stefana Wyszyńskiego, co popierał także arcybiskup Karol Wojtyła. W Muzeum Literatury zachowała się bogata korespondencja na temat powstania tego jedynego monumentu Zamoyskiego w publicznej przestrzeni w Polsce.

Ostatnim dziełem artysty było „Zmartwychwstanie”, czyli wygięta w łuk postać wieńcząca jego grób znajdujący się na terenie posiadłości na południu Francji. W 2012 roku po śmierci żony, rodzina chciała sprzedać posiadłość – wtedy nastąpiła ekshumacja i nagrobek przeniesiono na przykościelny cmentarz w Saint-Clar, gdzie spoczywa razem z Heleną.

Jak wyglądał fascynujący, wydawać by się mogło, proces odnajdywania i odzyskiwania jego dzieł? Jak są dzisiaj prezentowane?

Muzeum Literatury stało się inicjatorem sprowadzenia twórczości artysty do kraju. W latach 2007-2016 wpłynęło do naszego muzeum w trzech dużych transzach z Francji obszerne archiwum Augusta Zamoyskiego. Pierwsza część była darem jego żony Hélène Peltier-Zamoyskiej. Otrzymaliśmy tysiące fotografii, albumy, szkicowniki, korespondencję, rękopisy, pamiątki, drobne rzeczy osobiste. Stało się to początkiem idei, której inicjatorem był historyk sztuki Andrzej Wat, syn poety Aleksandra Wata i pisarki Pauliny Watowej, od lat działający na rzecz kultury polskiej we Francji. Razem z ówczesnym dyrektorem Muzeum, Januszem Odrowąż-Pieniążkiem, postanowili rozpocząć starania o sprowadzenie całej spuścizny rzeźbiarskiej do kraju, która od śmierci artysty w 1970 roku znajdowała się w okolicach Tuluzy w rękach wdowy.

Muzeum Literatury stało się domem dla intelektualnej spuścizny Zamoyskiego, naturalną koleją rzeczy było więc zorganizowanie wielkiej monograficznej wystawy, w oparciu o zbiory archiwalne i rzeźby, które wcześniej trzeba było sprowadzić.

W 2012 roku zmarła żona artysty i testamentem przekazała całą spuściznę męża, czyli około stu rzeźb, w opiekę zgromadzeniu ojców Dominikanów, pod warunkiem, że przewodniczący mu ojciec André Gouzes zorganizuje muzeum Augusta Zamoyskiego, gdzie udostępni zwiedzającym jego dzieła. Rzeźby były przechowywane w dwóch miejscach – około stu pięćdziesięciu kilometrów od Tuluzy, prawie u podnóża Pirenejów, w Sylvanès. Część dzieł przechowywana była w galerii stworzonej przy pocysterskim opactwie. Pozostałe – w specjalnie wybudowanym budynku, położonym jednak w ukrytej w kompletnej głuszy górskiej miejscowości Prieuré des Granges nieopodal opactwa, nieodwiedzanej przez turystów, a co za tym idzie – nie były udostępnione dla zwiedzających. Nie poddawano ich inwentaryzacji, nie konserwowano, a ojciec André Gouzes zaczął podupadać na zdrowiu. Stało się więc jasne, że kolekcję należy ratować.

My, kustosze z Muzeum Literatury jako pierwsi pojechaliśmy do Sylvanès, zinwentaryzowaliśmy wszystkie rzeźby i nawiązaliśmy współpracę z Ministerstwem Kultury i Muzeum Narodowym w Warszawie, które pomóc miało w logistyce związanej ze sprowadzeniem dorobku do Polski. Dzięki współpracy tych trzech instytucji, idea zakończyła się zakupem kolekcji liczącej około stu rzeźb w styczniu 2019 roku do zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.  Zamoyski zawsze chciał, żeby jego dzieła trafiły do kraju.

Ile rzeźb oglądamy w Poznaniu?

Ponad sto, po raz pierwszy w kontekście archiwum. Prawie w całości prezentowana jest zakupiona kolekcja oraz wszystkie najważniejsze rzeźby z pozostałych polskich muzeów, które są w posiadaniu jedynie pojedynczych dzieł Zamoyskiego. Możemy także zobaczyć nieliczne pamiątki z rodzinnego pałacu wypożyczone z Muzeum Augusta Zamoyskiego w Jabłoniu, kierowanego przez Barbarę Wikło, która od lat jest niestrudzoną propagatorką jego twórczości. 

Cieszę się, że w poznańskiej edycji wystawy udało się zachować pierwotną strukturę opowieści, portretu, eseju o artyście i człowieku. W pięknym holu Muzeum Narodowego posągi nabrały innego wymiaru. Na galeryjce stoi kopia „Myśliciela” Rodina, a obok znajduje się posąg „Rhea” – mocno oparta nogami o podłoże kobieta, przedstawiające klasyczną postawę polskiej chłopki, podpierająca głowę w geście zamyślenia. Jest to bezpośrednie nawiązanie do Rodina, możemy więc zobaczyć inspirację oraz jej kontynuację w redakcji Zamoyskiego. To bardzo ciekawy element poznańskiej edycji wystawy.

z prorektorem ds. współpracy międzynarodowej dr hab. inż. Pawłem Śniatałą, prof. PP rozmawia Mariola Zdancewicz

Gratulujemy objęcia funkcji prorektora ds. współpracy międzynarodowej.
Czy ma Pan nadzieję na połączenie swoich pasji naukowych z nowymi obowiązkami?

Dziękuję za gratulacje, choć to nie tyle moja zasługa, ile wola rektora, który powierzył mi tę funkcję. Odpowiadając na pytanie, mam nadzieję połączyć oba obszary działań. Oczywiście wszyscy mnie straszyli, że kiedy już wejdę w świat administracji, to nie będzie na nic czasu. Pojawiają się pytania: jak tam na nowym stanowisku… i chyba wszyscy oczekują odpowiedzi, że strasznie dużo pracy, a ja bulwersuję stwierdzeniem, że czuję się jak ryba w wodzie! Praca sprawia mi wielką satysfakcję. Mieliśmy już przyjemność działać w tym zakresie w ciągu ostatnich dwóch lat, w tym czasie poznaliśmy siebie nawzajem, a ja zapoznałem się z charakterem obowiązków. Co prawda mój czas pracy znacznie się wydłużył, zwłaszcza teraz, kiedy pojawiło się nowe, ciekawe wyzwanie w postaci uniwersytetu europejskiego, ale równocześnie otworzyły się nowe możliwości naukowe. Podpytuję rektora jak sobie dawał z tym radę, ponieważ wyniki jego pracy naukowej z czasów, kiedy był prorektorem są rewelacyjne. Rektor podkreśla, że udało mu się zbudować swoją szkołę naukową, w związku z czym osiągnięcia to praca całego zespołu. Tak więc nic tylko iść tym śladem.

Moment jest szczególny – kilka miesięcy temu Politechnika Poznańska znalazła się w elitarnym gronie europejskich uczelni, które tworzyć będą podwaliny nowego projektu Uniwersytetu Europejskiego EUNICE. Proszę opowiedzieć o idei. 

Już w 2017 roku na spotkaniu w Gothenburgu wspomniano o wizji stworzenia uniwersytetów europejskich, które miałyby być rozszerzeniem idei programu Erasmus. Nowy projekt nazwano European Universities Initiative. W październiku 2018 Unia Europejska ogłosiła pierwszy konkurs, do którego mogły aplikować konsorcja uniwersytetów z całej Unii. Przedstawiono jedynie ogólne założenia, zgodnie z którymi zaproponowana struktura uniwersytetu powinna oferować swoje programy nauczania szerokiej grupie europejskich studentów. W założeniach kampus takiego uniwersytetu ma być międzynarodowy i obejmować całą Europę, a oferta edukacyjna interdyscyplinarna, elastycznie dostosowująca się do nowych potrzeb i wyzwań. Oczywistym założeniem było respektowanie wartości etycznych, zapewnienie równości wszystkich studentów, brak dyskryminacji. 

Nasza przygoda z uniwersytetem europejskim zaczęła się w czerwcu 2018 roku, kiedy to odwiedził nas prof. Abdelhakim Artiba, rektor Universite Polytechnique Hauts-de-France z Valenciennes. W spotkaniu uczestniczył rektor prof. Tomasz Łodygowski oraz ówczesny prorektor ds. współpracy międzynarodowej prof. Teofil Jesionowski. Wówczas powstał pomysł, aby Politechnika Poznańska wspólnie z uczelnią z Valenciennes poszukała kolejnych konsorcjantów i spróbowała wystartować w konkursie. Można powiedzieć, że byliśmy grupą założycielską. Planowaliśmy aplikowanie w pierwszej edycji, ale trudno było zebrać odpowiednich partnerów. Summa summarum nie wystartowaliśmy w tamtym rozdaniu i tak sprawa przeniosła się do roku 2019, a w tych rozmowach już uczestniczyłem. Zbudowaliśmy konsorcjum, które składało się z siedmiu uczelni: Polytechnic University of Hauts-de-France w Valenciennes, University of Mons z Belgii, Brandenburg University of Technology w Cottbus w Niemczech, University of Cantabria w Hiszpanii, University of Catania we Włoszech na Sycylii oraz University of Vaasa z dalekiej Finlandii i oczywiście Politechnika Poznańska z Polski. 

Pozwolę sobie przytoczyć pewną anegdotę, którą często opowiadam. W czasie jednego z pierwszych spotkań roboczych, które odbywało się w Valenciennes, podczas burzliwej dyskusji przedstawiciel jednego z partnerów zagranicznych zwrócił uwagę, że nie mają wystarczającej kadry, aby podjąć się napisania projektu – to bardzo dużo pracy, a w biurze jest tylko kilka osób. Wtedy rektor Jesionowski w sposób żartobliwy, ale stanowczy stwierdził, że nie po to tutaj przyjechaliśmy, żeby wypić kolejną kawę i zjeść smaczny obiad, tylko żeby podjąć decyzje i zacząć pisać. Ta żartobliwa motywacja poskutkowała nie tylko rozpoczęciem prac, ale również okrzyknięciem nas liderem projektu (trochę na zasadzie: „chcecie, to pracujcie”). Oczywiście wcześniej były zakulisowe rozmowy rektorów, z których wynikało, że widzieliby nas w roli lidera, ale ta lekka konfrontacja była chyba decydująca. 

Kwestia kadry była jednak problemem nie tylko dla partnerów, ale i dla nas. Zastanawialiśmy się kto poświęci czas na przygotowanie tak dużego projektu. Na szczęście w naszej politechnicznej rodzinie jest jeszcze sporo osób, które nie pytają „za ile?”, tylko „na kiedy?”. Powstała grupa inicjatywna i we wrześniu 2019 roku zaczęliśmy pisać wniosek. Poprosiliśmy o pomoc obecną panią prorektor Agnieszkę Misztal z Wydziału Inżynierii Zarządzania, która świetnie kierowała całością, pilnowała nas i prowadziła silną ręką. Ja realizowałem się podczas międzynarodowych spotkań, które przyszło mi prowadzić, co sprawiało mi dużą frajdę, bo – jak Pani zauważyła – lubię dużo mówić (śmiech).

To nie tak było… protestuję (śmiech). A wracając do idei projektu...

…postanowiliśmy puścić wodze fantazji i rozmarzyć się jak powinien wyglądać europejski uniwersytet przyszłości. Oczywiście zapoznaliśmy się z tym jakie konsorcja i wokół jakich idei powstawały wcześniej. Zrzeszały się np. uczelnie położone nad morzem, tworzyły wówczas uniwersytet europejski dedykowany morzu. Robiliśmy więc research, aby znaleźć niszę, w której będziemy oryginalni. Po pierwsze chcielibyśmy, aby nasza oferta edukacyjna odpowiadała na pojawiające się wyzwania (ang. problem-based learning). Oferowany program nauczania powinien być więc elastyczny, łatwy do dopasowania do nowych wyzwań i oczekiwań studentów. Idea ta ukryta jest w nazwie naszego uniwersytetu – EUNICE, którą można rozszyfrować jako „European University for Customised Education”. No ale można też odczytać jako „miła Unia Europejska” (śmiech). Jednym z ważniejszych problemów, na którym się skupiliśmy, jest ochrona zdrowia. Inne, równie znaczące zagadnienia, optowały wokół: energii i środowiska, transportu, nowych materiałów, technologii chemicznych i cyfryzacji. 

W lutym 2020 roku złożyliśmy wniosek. Postanowiliśmy też wystąpić jako całe konsorcjum o grant w ramach Erasmus Strategic Partnerships, który miał wspomóc funkcjonowanie biura działu współpracy międzynarodowej. Przygotowaliśmy wniosek o akronimie PEER-IR-VIEW. Tym razem liderem została uczelnia z Valenciennes. Nie koniec na tym – w ramach tego samego programu przygotowaliśmy i złożyliśmy projekt CyberFIT, który dotyczy nowych programów nauczania w dziedzinie cyberbezpieczeństwa. Dopiero wtedy mogliśmy nieco odetchnąć, ale był już marzec i wybuchła pandemia. 

Choć każdy był pozytywnie nastawiony i przekonany, że nasz wniosek był najlepszy, po ogłoszeniu wyników cieszyliśmy się tak bardzo, że chyba, wbrew oficjalnym przekonaniom, sukces trochę nas zaskoczył. Ostatecznie więc „pogodziliśmy się” z faktem, że jako konsorcjum, znaleźliśmy się w gronie czterdziestu jeden wybrańców spośród stu szesnastu wniosków złożonych w dwóch konkursach (w roku 2019 wybrano siedemnaście z pięćdziesięciu czterech, a w roku 2020 wyłoniono dwudziestu czterech zwycięzców z sześćdziesięciu dwóch wniosków). Dla porządku, trochę nieskromnie dodam, że jesteśmy jedyną polską uczelnią, która pełni rolę lidera konsorcjum. 

Kto daje pieniądze?

Część finansuje Unia Europejska. Kwota na pierwszy rzut oka wydaje się spora, bo mowa o pięciu milionach euro, jednak jeśli podzielimy ją na siedmiu partnerów i okres trzech lat, to do dyspozycji nie jest zbyt dużo. Pojawiła się możliwość aplikowania o kolejny grant, dedykowany tylko uniwersytetom europejskim w ramach „Horyzontu 2020”. Termin przygotowania tego wniosku był bardzo krótki, mieliśmy tylko miesiąc. Projekt był ściśle związany z nowym terminem „Science with and for Society” (“Nauka z i dla Społeczeństwa”), czyli ukierunkowaniem na badania naukowe, które mają służyć społeczeństwu. Istotnym kryterium branym pod uwagę przy ocenie wniosku było zaangażowanie wszystkich partnerów. To nie lada wyzwanie, włączenie konsorcjantów, zaproponowanie sensownych, konkretnych propozycji i zmieszczenie się z tym wszystkich w krótkim terminie. Pracowaliśmy ciężko, często do godzin nocnych. Teraz czekamy i liczymy na te dodatkowe dwa miliony euro. To już czwarty złożony przez nas wniosek. 

Aby moja odpowiedź była pełna, trzeba również wspomnieć o środkach, które przekazało nam nasze ministerstwo. Władze obiecały zwrot wkładu własnego, obietnicy dotrzymały, a dodatkowo otrzymaliśmy wsparcie, które pomoże nam w odpowiednim zorganizowaniu prac, które czekają nas jako lidera konsorcjum.

Czy pozycja lidera generuje jakieś przywileje z tym związane?

Głównie takie, że musimy najwięcej pracować (śmiech). Lider – o czym czasami się zapomina – jest po to, aby służył wszystkim konsorcjantom. Jako liderzy jesteśmy zapraszani na spotkania organizowane przez komisję europejską, co pozwala nam być na bieżąco w zakresie wymogów formalnych projektu, ale co ważniejsze, mamy informacje z pierwszej ręki dotyczące planów na przyszłość np. nowych możliwości finansowania badań i dydaktyki. 

Lokalnie, w Poznaniu i w kraju, miło odczuliśmy fakt, że jesteśmy jedyną uczelnią z Polski, która jest liderem konsorcjum. Nasza pozycja wśród uczelni krajowych wzrosła. Mamy bardzo dobrą współpracę z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, który w wyniku pierwszego rozdania znalazł się w konsorcjum EPICUR. Przyjaciele z Uniwersytetu bardzo nas wspierali podczas pisania projektu. Politechnika Poznańska jest teraz częściej obecna w różnych ważnych gremiach, np. w zespole ds. uniwersytetów europejskich, który wspomaga ministerstwo. Dzięki liderowaniu bardzo dużo się uczymy. Przewodzenie międzynarodowej grupie, złożonej z ludzi o wielu talentach, w taki sposób, aby te talenty w pełni wykorzystać i odpowiednio docenić jest dużym wyzwaniem. Bardzo lubię przytaczać myśl byłego prezydenta/rektora Massachusetts Institute of Technology (MIT) Charles’a Vesty który stwierdził… uniwersytet nie jest jak orkiestra, gdzie prezydent (lider) pełni funkcję dyrygenta. Uniwersytet jest raczej jak „jam session” wielu utalentowanych muzyków, którzy słuchają siebie nawzajem i dołączają się do głównego tematu muzycznego. Lider stara się jedynie o zatrudnianie odpowiednich muzyków, czerpie motywy z tworzącej się muzyki i dba o poprawny rytm. Aby projekt uniwersytetu europejskiego poprawnie się rozwijał lider ma za zadanie budować zespół, z którym wspólnie realizuje jasno wytyczony cel. 

Czy pandemia utrudnia realizację niektórych planów?

Oczywiście, bardzo. Jak Pani zdążyła zauważyć mam towarzyską duszę, więc pandemia i związane z nią restrykcje zupełnie nie są w moim stylu. Oczywiście musimy trochę przeredagować nasze plany. Zamierzaliśmy urządzić wielkie otwarcie uniwersytetu europejskiego, ale niestety przez pandemię nie mogliśmy tego zrobić. Nastąpiło ono 4 listopada, a oficjalne podpisanie umowy z Unią Europejską 1 listopada. Niestety, nie było szampana, a jedynie krótkie spotkanie na wirtualnej platformie, tzw. Kick-off meeting, na które zaprosiliśmy rektorów wszystkich uczelni tworzących EUNICE. Ale to jeszcze nie koniec inauguracji. Uwzględniając panujące ograniczenia zaproponowałem, aby każdy miesiąc należał do innego partnera konsorcjum. Kolejne uniwersytety przedstawią ofertę, zapromują swoje miasto i kraj. 

Świetny pomysł!

Dziękuję… Wszystko to z myślą o potencjalnych studentach uniwersytetu europejskiego EUNICE. Będą z pewnością ciekawe wykłady inauguracyjne oraz czas przygotowany przez studentów dla studentów. O szczegółach będziemy informować na stronie Politechniki oraz naszego uniwersytetu europejskiego (https://eunice-university.eu/). Już teraz zapraszam na te ciekawe wydarzenia, które planujemy zainicjować w styczniu. 

Wracając do pandemicznych ograniczeń – utrudniona będzie mobilność studentów i pracowników, a była ona istotnym założeniem uniwersytetu europejskiego. W projekcie zobowiązaliśmy się, że mobilność studentów będzie na poziome pięćdziesięciu procent. W planowanej mobilności mieszanej (wirtualnej i fizycznej), większą rolę będzie z pewnością odgrywała wirtualna. Staramy się nie dawać pandemii, nie odwoływać, lecz przeredagowywać plany.

Jakie inne wyzwania czekają na Pana w ciągu najbliższych czterech lat?

Oczywiście największym wyzwaniem jest organizacja uniwersytetu europejskiego. Przepraszam, że znów EUNICE, no ale to trochę takie moje dziecko. Pozwolę sobie przytoczyć żart, który ostatnio przysłał mi mój kolega (niech pozostanie anonimowy, bo nie pytałem o zgodę na publikację): „Opowiem Wam jako kawał, rzecz niemożliwą....; Było sobie spotkanie i Paweł nie wspomniał o Eunice......ha, ha, ha”. Rzeczywiście często o nim mówię i dodaję, żeby nie traktować projektu jako czegoś, co potrwa tylko trzy lata. Należy działać tak, aby kontynuowany był przez kolejne – w długoterminowym budżecie unijnym wpisany jest w plan na lata 2021-2027. Ma być w synergii z nowym projektem „Horyzont Europa” i innymi instrumentami Unii Europejskiej. Zawsze powtarzam naszym partnerom, że powinniśmy pracować tak, aby nasz EUNICE został wybrany na następne lata jako projekt, który był dobrze pomyślany i się sprawdził, będzie zatem kontynuowany i wspierany finansowo. 

Należy jednak pamiętać, że EUNICE to tylko jeden z projektów, które wchodzą w zakres działań międzynarodowych Politechniki. Na co dzień olbrzymią, mrówczą pracę, która nie przez wszystkich jest zauważana, gdyż czasami jest przyćmiona innymi, głośnymi medialnie projektami, wykonują wspaniałe zespoły pracowników, z którymi działam. Mam tu na myśli Dział Współpracy z Zagranicą oraz Centrum Języków i Komunikacji (CJK). Pomimo pandemii mamy zagranicznych studentów, którymi się opiekujemy, obsługujemy też rekrutację kolejnych, choć w tym roku oczywiście jest mniej chętnych. CJK dalej działa, pomimo trudności z bezpośrednią komunikacją. Jako juror miałem przyjemność uczestniczyć w corocznie organizowanej przez CJK ogólnopolskiej olimpiadzie języka angielskiego. Oczywiście w formie on-line. 

Abstrahując od panującej pandemii, wierząc, że niedługo wrócimy do normalności, musimy popracować nad umiędzynarodowieniem Politechniki. Wciąż mamy za mało zagranicznych studentów i profesorów. Atrakcyjność naszej uczelni dla obcokrajowców cały czas jest zbyt mała. Często mówi się, że nie dostajemy najlepszych studentów z zagranicy. Ja trochę odwracam tę sytuację pytając, czy rzeczywiście jesteśmy już najlepszą uczelnią w Europie, żeby ci najlepsi tu przyjeżdżali? Jeszcze dużo pracy przed nami.

Na Centrum Wykładowym pojawił się wielki baner „Politechnika Poznańska liderem Uniwersytetu Europejskiego EUNICE” – nie po to, żeby się chwalić, albo raczej nie tylko po to, ale również żeby informować, że Politechnika Poznańska to świetna uczelnia, gdzie można zdobyć europejskie wykształcenie.

Na zakończenie raz jeszcze podkreślę, że wszystkie dobre rzeczy, o których tu opowiadam, to wynik pracy wielu wspaniałych osób. Wspomniałem już o „moim” Dziale Współpracy z Zagranicą oraz Centrum Języków i Komunikacji. Na co dzień mam przyjemność współpracować ze świetnymi, miłymi i bardzo kompetentnymi ludźmi – poczynając od rektora prof. Teofila Jesionowskiego, który był wcześniej na stanowisku prorektora ds. współpracy międzynarodowej. Zawsze mogę liczyć na jego poradę, dużo się od niego uczę, a prywatnie jest dla mnie wzorem na wielu płaszczyznach. Kolejną osobą jest wspomniana już pani prorektor Agnieszka Misztal, która wraz z zespołem kryzysowym jest na pierwszej linii frontu w walce z pandemią, a przede wszystkim dba o naszych studentów. Przywołam jeszcze współpracę z przemysłem. Uniwersytet europejski daje możliwość kooperacji z firmami, już nie tylko polskimi, ale z całej Europy. Prorektor Michał Wieczorowski, odpowiedzialny za współpracę z gospodarką i promocję, jest ważnym ogniwem w łańcuchu naszych działań. Na uniwersytecie nie ma dobrej dydaktyki bez nauki na wysokim poziomie. Nie mielibyśmy także żadnej oferty dla przemysłu, gdyby nie nauka. Za tę kwestię odpowiedzialny jest pan prorektor Wojciech Sumelka. W tym wspaniałym zespole ciężko pracujemy, ale również dobrze się bawimy i wzajemnie słuchamy. Jest to zgodne z wzorem na sukces podobno przedstawionym kiedyś przez Einsteina: R=X+Y+Z, gdzie R to sukces, X – praca, Y – zabawa, a Z to niemówienie (słuchanie). Wspomnę jeszcze o jednej bardzo ważnej osobie – kiedy tylko mam możliwość korzystam z wiedzy, doświadczenia i wspaniałego poczucia humoru byłego rektora prof. Tomasza Łodygowskiego. EUNICE zaczął się od niego. 

z prof. Katarzyną Dziubalską-Kołaczyk, prof. Rafałem Witkowskim i prof. Przemysławem Wojtaszkiem – prorektorami Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu rozmawia Mariola Zdancewicz

Przede wszystkim chciałabym pogratulować Państwu wyboru na prorektorów Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza. Jakie są Państwa priorytety na kadencję 2020-2024?

prof. Katarzyna Dziubalska-Kołaczyk: Niezależnie od trudności zewnętrznych priorytetem dla mnie, jako prorektorki ds. nauki, jest osiągnięcie jak najlepszego wyniku w ewaluacji jakości badań naukowych. Oznacza to dbałość o ich poziom, o to by żadna dyscyplina nie została pozostawiona sama sobie, by wszystkie z nich osiągnęły ewaluację co najmniej w kategorii B+. Tylko wtedy będziemy w stanie utrzymać status uczelni badawczej.

Prof M Witkowskiprof. Rafał Witkowski: Z mojego punktu widzenia istnieją trzy powiązane ze sobą priorytety. Pierwszym z nich jest uratowanie współpracy międzynarodowej w obliczu obecnych obostrzeń, kiedy tradycyjne formy wymiany są niemożliwe do przeprowadzenia. Drugi to jej restrukturyzacja, rozumiana jako wskazanie strategicznych obszarów i jednostek, z którymi powinniśmy w sposób zdecydowany rozwijać współpracę. Trzecim krokiem jest zdecydowany rozwój współpracy międzynarodowej. Funkcjonując wyłącznie w wymiarze międzynarodowym, będziemy mogli uzyskać to, o czym wspomniała pani prof. Dziubalska-Kołaczyk. 

Prof P Wojtaszekprof. Przemysław Wojtaszek: W perspektywie krótkoterminowej najważniejszym zadaniem jest stworzenie nowej strategii rozwoju Uniwersytetu, która stworzy ramy do ambitnych działań przez następne dziesięć lat. Aktywność nas trojga jako prorektorów związana jest z nauką, więc z naszego punktu widzenia priorytetem, poza wspomnianą już ewaluacją, jest zdobywanie środków zewnętrznych, grantów i doprowadzenie do tego, aby pojawiało się ich na uczelni jak najwięcej. Nie chodzi też oczywiście tylko o to, aby było ich dużo, lecz żeby były jak najlepsze. Zależy nam przede wszystkim na grantach międzynarodowych, bo bez nich trudno mówić, że jesteśmy poważną, liczącą się w Europie uczelnią badawczą. Jeżeli nie ma intensywnej badawczej współpracy międzynarodowej, mała część światowej społeczności naukowej jest świadoma, że istniejemy. Rankingi mówią na szczęście, że nie jest z nami aż tak źle, sytuujemy się w górnych dziesięciu procentach, ale zawsze chcielibyśmy być lepsi. Pierwsze jaskółki już się pojawiają, czas pokaże czy zapowiadają coś, co będziemy obserwować stabilnie chociażby przez rok – wtedy będę mówić o umiarkowanym optymizmie. 

Macie Państwo jakiś wspólny projekt z racji piastowania tej zaszczytnej funkcji?

KDK: Myślę, że koledzy zgodzą się, że mamy jeden cel – wszyscy zajmujemy się nauką i jej umiędzynarodowieniem. Współdziałanie w tym zakresie wpisane jest w nasze obowiązki, stąd każdy projekt przez nas podejmowany jest w jakimś stopniu wspólny. 

Przykładem może być przedsięwzięcie, w ramach którego będziemy w trójkę spotykać się z prodziekanami wydziałów ds. Nauki aby  dyskutować i konsultować  zagadnienia związane z nauką, grantami, umiędzynarodowieniem. 

RW: Chciałbym zwrócić uwagę, że liczba zadań, przed którymi stoi Uniwersytet, jest tak ogromna, że aby zostały w odpowiedni sposób zrealizowane, jedna osoba nie jest w stanie ich udźwignąć. Mamy doświadczenia z minionych kadencji i doszliśmy do wniosku, że aby w pełni i z sukcesem realizować nasze plany, musimy podzielić się odpowiedzialnością. 

Jeśli chodzi o planowanie działań, dyskusje na temat głównych kierunków zawsze odbywają się w zespole. Wszyscy się tu doskonale znamy i nie ukrywam, że także lubimy, więc nasze kontakty są znacznie uproszczone. Możemy skuteczniej realizować to, co sobie założyliśmy dla dobra naszej uczelni.

PW: Dodałbym jeszcze, że nie musimy mówić o „obowiązkach”. Jesteśmy tak zgranym zespołem, że wszystko co robimy jest dla nas oczywiste i naturalne. 

Naszym wspólnym projektem jest obecnie chociażby współpraca z Imperial College w Londynie, zakładająca rozbudowę sfery, która u nas funkcjonuje jako research dissemination, a teraz ma szansę zostać ujęta w kontekście science communication. Mamy nadzieję, że urodzi nam się z tego dobry projekt. Jesteśmy po pierwszych rozmowach, w kolejnych tygodniach czekają nas następne. 

KDK: Zrobiliśmy bardzo dobre wrażenie w Imperial College właśnie w trójkę! (śmiech) Widocznie widać, że tworzymy dobry zespół, udało nam się wywołać dobre emocje, a współpraca rozwija się radośnie. Jej pierwszym etapem będzie stworzenie podcastów – wywiadów z naszymi naukowcami, entuzjastami, pasjonatami badań, którzy będą o nich opowiadać i przekazywać światu na czym polegają. 

PW: Warto wspomnieć także o tym, jak ludzie reagują na to, co się dzieje wokół. Zaproponowanym tematem wiodącym jest niepewność w nauce. Przy obecnym narastaniu niewiary w naukę, niechęci do przyjmowania tego, co oczywiste naukowo, będzie to bardzo dobry, aktualny temat i jedynie jedno z oblicz wspomnianej niepewności, ale znajdzie się jej z pewnością na tyle dużo, żeby poruszyć ciekawe tematy i nagrać dobre podcasty. 

Od roku Uniwersytet funkcjonuje w ramach nowo określonych dyscyplin i dziedzin naukowych. Czy obecny podział się sprawdza?

KDK: Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy się sprawdza, to zależy z jakiej perspektywy spojrzymy. Wszystkie dyscypliny istniały już wcześniej, nie powstały w zeszłym roku, naukowcy od lat robią w ich ramach badania. Novum stanowi fakt, że dokonaliśmy według nich pewnego podziału strukturalnego Uniwersytetu. 

Formalnie służyć on ma ewaluacji, ponieważ teraz oceniane są dyscypliny, a nie jednostki naukowe. Badacze w danej dyscyplinie muszą się starać, żeby osiągnąć jak najlepszy wynik, my możemy tylko wspierać i wskazywać drogę. W przyszłości okaże się, czy wszystkie dyscypliny spełnią warunki uzyskania wysokiej ewaluacji. 

Z punktu widzenia samego działania w ramach wydziałów, kiedy równoznaczny jest on z dyscypliną, daje to komfort zarządzania. Ważne jest jednak także, żeby zachęcało to do interdyscyplinarności. Sam podział na dyscypliny niekoniecznie do tego mobilizuje, podział na szkoły natomiast daje już możliwość wymiany. Zbyt krótko jednak on funkcjonuje, żeby móc odpowiedzieć na pytanie, czy to najlepsza droga. Przyglądamy się temu, zastanawiamy i zbieramy komentarze.

RW: Chciałbym podkreślić, że podział na dyscypliny dotyczy jednej ze sfer naszego działania, częścią tej reformy było także utworzenie szkół. Żeby mieć pełen obraz musimy pamiętać, że z jednej strony wprowadziliśmy w życie mechanizm, który pozwala ewaluować poszczególne dyscypliny, a z drugiej – pozwalający ratować badania w szerszym kontekście, choćby właśnie na poziomie szkół.

PW: Podstawową wadą tego systemu jest dostosowywanie struktury do czegoś, co zostało zdefiniowane rozporządzeniem. Po długich dyskusjach niektóre długo istniejące dyscypliny nagle zniknęły, inne się pojawiły, część uzyskała samodzielność pod postacią dziedzin naukowych. Takie dopasowywanie niekoniecznie może okazać się w przyszłości dobre, bo zmieni się rozporządzenie i znów będziemy musieli zastanawiać się co z tym dalej zrobić. 

Wpływ na to, jak będziemy funkcjonować ma także fakt, że wcześniej wydziały miały spory stopień autonomii, to, co się działo na innych wydziałach nie wpływało istotnie na ich funkcjonowanie. Teraz byt uczelni zależy od najsłabszej dyscypliny. Jest to wymuszenie pewnego rodzaju wspólnotowości, którą dotąd na takim poziomie trudno było zaobserwować. Jeszcze się chyba w tej sytuacji nie odnaleźliśmy. Rok to niewiele, ale powoli już zaczyna narastać świadomość tego, że chociaż nie wiadomo jak dobrzy w danej dyscyplinie byśmy byli, to jej byt zależał będzie od tego, jak wypadnie najsłabsza w całej uczelni. 

Czy to założenie jest dobre?

PW: To zależy z czyjego punktu widzenia. Z perspektywy bardzo dobrych wydziałów jest złe (śmiech). Ustawa była czymś w rodzaju próby przeciwdziałania atomizacji uczelni, czyli doprowadzenia do sytuacji, w której stałaby się federacją wydziałów, a nie jednym organizmem. Z tego punktu widzenia jest to dobry mechanizm, a jak się sprawdzi, to zupełnie inna historia. Nie mamy jeszcze możliwości przetestowania, bo ewaluacja jest za rok.

KDK: Chciałabym widzieć to jako zdrową konkurencję, a raczej wspólne działanie, bo wszyscy od siebie zależymy. Współzależność daje nam jeden kierunek. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, chciałabym, żeby można było to tak pozytywnie rozumieć. Z praktyki wiem jednak, że niekoniecznie takie myślenie się sprawdza, a raczej zwycięża konkurencyjne patrzenie na siebie. Musimy trochę poczekać, żeby móc to ocenić, przynajmniej do pierwszego wyniku ewaluacji, przy założeniu, że jej zasady nie ulegną zmianie.

Pracownicy uczelni zdobywają liczne nagrody, świeżym przykładem może być Nagroda Naukowa POLITYKI 2020 za badania w zakresie relacji między człowiekiem a automatami i robotami...

PW: Jest także „polski Nobel”, czyli Nagroda Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dla prof. Jacka Radwana w obszarze nauk o życiu! Cieszymy się ze wszystkich nagród, a tę zdobyliśmy już drugi rok z rzędu, w zeszłym roku jej laureatem był prof. Andrzej Wiśniewski. Pokazuje to, że  badacze, którzy pracują na naszym uniwersytecie są doceniani. Będzie nas to zawsze cieszyć,  pozostaje nam działać tak, aby jak najwięcej takich powodów do radości się pojawiało.

Każdy z Państwa coś koordynuje, nadzoruje, czemuś przewodniczy. Jak w obecnej sytuacji jest to możliwe?

KDK: Okazuje się, że jest. Kiedy pandemia się zaczynała myśleliśmy, że będzie to bardzo trudne, wiosną byliśmy mocno wytrąceni z normalnego trybu, zastanawialiśmy się jak będziemy funkcjonować bez regularnego chodzenia do pracy, bez spotykania się z ludźmi twarzą w twarz. Jednak teraz możemy już stwierdzić, że jest to wykonalne. W większości przeszliśmy na zdalne działanie i docieramy do ludzi, czasem nawet bardziej skutecznie. Okazuje się, że godzina wieczorna, albo nawet kwarantanna nie oznacza, że nie można uczestniczyć w spotkaniu. Poza tym istnieje reżim czasowy, który wymuszają komunikatory i on też czasem pomaga. Ja właśnie odbywam dziś szóste spotkanie, a jeszcze kilka przede mną. Czuję się, jakbym biegła, a wciąż siedzę w tym samym fotelu! (śmiech). 

PW: Jednak biorąc pod uwagę doświadczenia z poprzedniego półrocza, kiedy byłem dziekanem Wydziału Biologi oraz tego, co dzieje się w tej chwili mogę stwierdzić, że w przypadku dyscyplin eksperymentalnych zapewnienie jakiejkolwiek ciągłości jest bardzo uciążliwe. Jakoś się to udawało w zeszłym semestrze, ale każde dłuższe wyłączenie staje się coraz trudniejsze. Kiedy popatrzę na morze dokumentów, które przepływa codziennie przez mój gabinet i które podpisuję, to coraz większy procent z nich stanowią wnioski o przedłużenie realizacji grantu. Boję się wobec tego, że w którymś momencie instytucje finansujące naukę „pękną”, bo nie będą miały pieniędzy na utrzymywanie grantów w przedłużonym czasie. Takie konsekwencje mogą nam się za rok-dwa przytrafić. 

Na poziomie zarządczo-funkcjonalnym, z punktu widzenia kierowania zespołami czy zadaniami, jest to możliwe. Z czysto ludzkiego punktu widzenia natomiast powiedziałbym, że zajmuje dużo więcej czasu. Znacznie szybciej da się pewne sprawy uzgodnić twarzą w twarz niż przy pomocy trybu zdalnego. 

RW: Z punktu widzenia wymiany międzynarodowej, kiedy wszyscy przechodzą na tryb zdalny,  podstawowym problemem jest podział na strefy czasowe – podczas gdy jedni idą spać, inni wstają. Skoordynowanie spotkań bywa zatem dość trudne. Pod względem technicznym jest wręcz przeciwnie – stało się to bardzo proste. Oczywiście nikt narzędzi tych nie wymyślił teraz, jednak nie były one stosowane w takim zakresie. Biorąc więc pod uwagę moje obowiązki, nie mogę narzekać, bo bym skłamał.

W listopadzie ubiegłego roku Uniwersytet wszedł w skład konsorcjum EPICUR zrzeszającego uniwersytety europejskie. Jakie możliwości otworzyły się przed studentami i pracownikami i czy ich realizacja będzie możliwa?

RW: Dotykamy tu tematu, o którym wspomniał już prof. Wojtaszek, a mianowicie niemożności realizowania tego, co zostało wcześniej założone. Organizacja mobilności, spotkań, wyjazdów, warsztatów, konferencji siłą rzeczy przeszła do sieci, ale nie uda się tego przeprowadzić w wymiarze, jaki pierwotnie zamierzaliśmy. Wbrew pozorom w tego rodzaju konsorcjach przejście na tryb zdalny zmusiło nas, abyśmy znacznie szybciej doszli do punktu, do którego chcieliśmy dojść. Jeśli bowiem myśleliśmy o tym, aby przygotować platformy nauczania zdalnego dla wszystkich studentów w federacji EPICUR, a przypomnę, że mówimy o trzystu tysiącach studiujących na ośmiu uczelniach, to po niecałym roku funkcjonowania musieliśmy zrobić to, co chcieliśmy zrobić po trzech latach. Pewne działania zostały więc ewidentnie przyspieszone, inne zostały przedefiniowane, a co najważniejsze – zaczęliśmy szukać innych form współpracy i w miejsce wymiany skupionej na ofercie dydaktycznej, o wiele częściej zaczęliśmy rozmawiać o wymianie naukowej. W efekcie w ciągu ostatniego pół roku przygotowaliśmy trzy duże projekty w ramach federacji. Obecnie pracujemy nad kolejnymi trzema, zaczęliśmy już szukać partnerów grantowych wśród naszej „epikurowej rodziny”. Prawie połowa pracy nad każdym projektem to właśnie szukanie partnerów, a jeśli już ich mamy, zyskujemy bardzo dużo czasu. Obecna sytuacja motywuje więc nas, aby krok po kroku zacieśniać i rozwijać powiązania, które w naturalny sposób obejmować będą wkrótce wszystkie wydziały uczelni. 

KDK: Pozwolę sobie dodać, że wspomniani partnerzy są znakomici, to są naprawdę dobre uczelnie. Nasze obecne usytuowanie w konsorcjum jest wyjątkowo szczęśliwe, jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. 

Jakie priorytety stawia przed sobą Szkoła Nauk Przyrodniczych?

PW: Szkołę tworzą dwa silne wydziały o wspólnym korzeniu. Jest to swego rodzaju odświeżenie znajomości z Wydziałem Nauk Geograficznych i Geologicznych, z którym biologia rozeszła się trzydzieści sześć lat temu. Przydaje się to do tego, o czym wspomniała prof. Dziubalska-Kołaczyk, czyli przeciwdziałania rozbiciu dyscyplinarnemu. Współpraca interdyscyplinarna daje nam znacznie więcej. 

To, co dotyczy uniwersytetu, dotyczy i szkoły, więc priorytetem są jak najlepsze badania i dydaktyka. W zeszłym roku rozpoczęły się dyskusje na temat wspólnego kierunku studiów, zobaczymy czy uda się coś z tego wyciągnąć. Drugi element, który zakiełkował w zeszłym roku, a teraz powinien się rozwinąć, to powołanie zespołu, w którym główną rolę odgrywać będą przedstawiciele naszej szkoły. Nazywamy go roboczo zespołem ds. zrównoważonego rozwoju. Pierwotnie miał się zajmować kwestiami zmian klimatycznych, jednak zakres znacznie się rozszerzył, a skład rozbudował o członków pozostałych szkół.

Na koniec chciałabym zauważyć, że każdy z Państwa coś poświęcił obejmując funkcję prorektora. Pozwolę sobie umówić się z Państwem za dwa-trzy lata, żeby odpowiedzieć na pytanie czy było warto...

RW: Bardzo chętnie się spotkamy, dla nas także będzie to ważny moment, aby zatrzymać się, spojrzeć wstecz i zobaczyć, czy było warto. Po krótkich doświadczeniach współpracy z panią rektor i w gronie prorektorskim, mogę już teraz stwierdzić, że jest to tak fascynująca i wielowątkowa przygoda, że jeśli tempo pracy utrzyma się przez następne dwa lata, to proszę sobie zarezerwować nie godzinę, ale pięć, bo będziemy mieć mnóstwo do opowiadania! (śmiech)

KDK: Dokładnie tak, moglibyśmy mówić i mówić już teraz, a co dopiero za trzy lata!

PW: Jedną rzecz trzeba podkreślić – w momencie, kiedy się decydowaliśmy na objęcie funkcji, zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to miało swoje konsekwencje, póki co mamy do czynienia tylko z tymi pozytywnymi – pracujemy w znakomitym, dobrze się dogadującym zespole z bardzo dobrą szefową. Dlaczego by więc tego nie kontynuować.

KDK: W przeciwieństwie do wielu zespołów skupiających władzę, nasz czuje się ze sobą bardzo dobrze, jesteśmy świetnie działającym ciałem, a podstawą jest to, że się lubimy. Bez tego nie da się pracować. 

Eliza Hamrol-Grobelna, Mirella Kryś, Monika Słomińska
Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza, oddział Biblioteki Raczyńskich

„JEŚLI MIŁOWAĆ CIĘŻKO, TO NIE MIŁOWAĆ CIĘŻEJ JESZCZE” – O TRÓJKĄTACH MIŁOSNYCH SIENKIEWICZA I U SIENKIEWICZA

Sienkiewiczowska Trylogia była w XIX wieku jednym z najpoczytniejszych dzieł. Niezwykłą popularność zawdzięczała nie tylko wątkom sensacyjnym, osnutym wokół istotnych momentów w polskiej historii, ale również miłosnym intrygom, które nie pozwalały oderwać się od lektury. Perypetie bohaterów bywały wyjątkowo skomplikowane. Rozczarowania, zranione serca, porwania, rozpacz, ale także radość, spełnienie i błogość wypełniają treść „Pana Wołodyjowskiego”, a wszystko rozgrywa się w atmosferze gwałtownej rywalizacji.

Na wystawie czasowej „Trójkąty miłosne u Sienkiewicza. Odsłona I – Pan Wołodyjowski”, prezentowanej w Muzeum Literackim Henryka Sienkiewicza, odkryte zostały wszystkie tajemnice trójkątów miłosnych, zaprezentowanych w trzeciej części Trylogii. W tej powieści pisarz zbudował perypetie bohaterów na stale modyfikowanym schemacie trójkąta miłosnego. Inspirację czerpał z życia osobistego, dlatego w jego twórczości świat powieściowy bardzo często spotyka się z rzeczywistym.

Rzeczywistość ciekawsza niż literacka fikcja

Choć sam Sienkiewicz niejednokrotnie się tego wypierał, nie ma wątpliwości, że pisząc swoje dzieła – zarówno powieści historyczne, współczesne, jak i nowele – czerpał inspirację z własnego, bogatego doświadczenia życiowego. Wiele z postaci literackich, występujących w utworach pisarza, ma swoje pierwowzory w osobach z jego otoczenia lub w postaciach historycznych, których sylwetki poznał dzięki zgłębianiu źródeł i rozpraw historycznych.

Ślady zdarzeń z życia pisarza odnajdujemy również w powieściach historycznych. Główny bohater ostatniej części Trylogii – Michał Wołodyjowski był ponoć jego ulubioną postacią literacką, której „podarował” wiele ze swoich doświadczeń życiowych, przede wszystkim miłosnych. Do tej pory wiele osób pamięta jedną z najpiękniejszych scen „Pana Wołodyjowskiego” – tę, w której Baśka wyznaje miłość małemu rycerzowi. A co, jeśli Sienkiewicz wcale jej nie wymyślił, a jedynie literacko opisał to, co rzeczywiście go spotkało? Kolejna w życiu Sienkiewicza kobieta – młodziutka Maria Babska, nie mogąc doczekać się deklaracji ze strony pisarza najprawdopodobniej zdecydowała się na wyjątkowo odważny krok i postanowiła się mu oświadczyć! Choć Sienkiewicz początkowo przyjął tę osobliwą deklarację, to najwidoczniej wydarzenie tak go przytłoczyło, że wymawiając się chorobą, zerwał zaręczyny. Dopiero wiele lat później, po wielkim rozczarowaniu, jakim było małżeństwo z Wołodkowiczówną, postanowił związać swoje życie z Babską.

Uczuciowe zawiłości w „Panu Wołodyjowskim”

Dlaczego do dziś możemy czytać trzecią część Trylogii z wypiekami na twarzy? Dzięki mnożącym się i bardzo skomplikowanym wątkom miłosnym! Już na pierwszych kartach powieści pojawia się wspomnienie Anusi Borzobohatej-Krasieńskiej, w której zakochał się Michał Wołodyjowski. Niestety – dziewczyna umiera w drodze na ślub, a główny bohater musi poradzić sobie z żałobą po stracie ukochanej. Zostaje mnichem, ale już niedługo później na jego drodze pojawiają się dwie piękne panny. I choć długo dręczy go wspomnienie zmarłej narzeczonej, postanawia związać się z Krystyną Drohojowską.

Na scenę wkracza jednak przystojny Szkot, przyjaciel Wołodyjowskiego – Ketling. Zakochuje się w Krzysi od pierwszego wejrzenia, zupełnie nie spodziewając się, że coś wiąże ją z małym rycerzem. Dziewczyna, wbrew sobie, musi odrzucić oświadczyny mężczyzny, a on postanawia wyjechać. Nic dziwnego, że takim obrotem spraw zaskoczony jest Wołodyjowski, który najpierw zapragnie zemścić się na swoim dawnym towarzyszu broni, ale ostatecznie miłość tych dwojga tak go wzrusza, że postanawia pobłogosławić ich związek.

Wolne, ale jednocześnie wciąż znękane, serce głównego bohatera powieści postanawia podbić Baśka Jeziorkowska, która długo skrywała swoje uczucia do Wołodyjowskiego. Nie chciała odbierać szczęścia swojej przyjaciółce. Kiedy jednak okazało się, że Krzysia kocha kogoś innego, Basia wybucha płaczem. Przytulona przez tego, którego tak mocno pokochała, postanawia wyznać mu miłość. Mały rycerz, choć zaskoczony takim obrotem spraw, również oświadcza się dziewczynie.

„Żyli długo i szczęśliwie” – tak mogłaby zakończyć się historia Basi i Michała Wołodyjowskich. Wcześniej jednak pojawia się groźny, tajemniczy Tatar – Azja Tuhaj-bejowicz, który bez pamięci zakochał się w pięknym, ale zamężnym, hajduczku. Tymczasem o nim samym marzy zupełnie inna kobieta – Ewka Nowowiejska. W skomplikowanym splocie tych dwóch trójkątów miłosnych syn Tuhaj-beja zdoła uknuć plan porwania Baśki, która cudem uchodzi z życiem i wraca do męża. Azja – rozszalały z rozpaczy po odrzuceniu – dotkliwie krzywdzi rodzinę Nowowiejskich oraz mieszkańców Raszkowa.

Czy opisane historie nie przypominają doskonałego scenariusza filmu albo nawet serialu? To prawdopodobnie w tym tkwi tajemnica sukcesu „Pana Wołodyjowskiego”, którego odcinki Sienkiewicz publikował w prasie. Niepewność, obawa o ulubionych bohaterów literackich, ciekawość i dreszczyk emocji – to wszystko sprawia, że lektura utworów Sienkiewicza może być wciąż tak wciągająca.

piątek, 26 luty 2021 03:56

Akropol Technologiczny

z profesorem Politechniki Poznańskiej doktorem habilitowanym, inżynierem, architektem Sławomirem Rosolskim, dyrektorem Instytutu Architektury, Urbanistyki i Ochrony Dziedzictwa Politechniki Poznańskiej, rozmawia Mariola Zdancewicz

Podczas Inauguracji nowego roku akademickiego uroczyście otwarto budynek Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania.

Jak wyglądały prace nad projektem? 

Czas tak szybko biegnie, wydaje się, że dopiero je rozpoczęliśmy, a tymczasem budowę ukończono już w styczniu 2020 roku. 

Wszystko przebiegało sprawnie, oczywiście biorąc pod uwagę, że budynek zaprojektowany jako niemal zeroenergetyczny wymagał ogromnego nakładu pracy na każdym etapie, ale pomocne tu było moje doświadczenie i wcześniejsze aplikacje. 

Warto podkreślić, że projekt obejmował teren charakteryzujący się zabudową pozbawioną elementów krystalizujących przestrzeń. Stanowiło to bazę dla możliwości kreacji takiego szczególnego miejsca, przy użyciu odpowiednich środków architektoniczno-urbanistycznych w oparciu o założenia wynikające z miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. 

Budynek powstał jako pierwszy i będzie tworzył z nowymi obiektami spójny w swoim kodzie przestrzennym i identyfikacji kompleks. Naszym zadaniem nie było więc tylko zaprojektowanie nowego Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania, lecz również określenie możliwości rozbudowy Kampusu, przy zwróceniu uwagi na walory przestrzeni, nowe trendy oraz parametry budownictwa o niskim zużyciu energii. Zależało nam również na zintegrowaniu dwóch tak różnych wydziałów w nowej siedzibie. 

Wspomniał Pan, że wzorem był Akropol… tymczasem w Europie zauważyć możemy ostatnio  i coraz częściej modę na brzydotę, promuje się wręcz rzeczy szpetne...

Możemy cytować tu mistrza Umberto Eco, jego „Historię piękna” i „Historię brzydoty.” Zmienia się sposób postrzegania tych dwóch pojęć i coraz częściej otacza nas… no właśnie, to co mamy. Między innymi dlatego po piętnastu-szesnastu latach przywróciliśmy na Wydziale Architektury przedmiot Teoria Kompozycji, by edukować młode pokolenie architektów, dając solidne fundamenty wiedzy i zaszczepić chęć i upór  w dążeniu do tworzenia i dostrzegania piękna.

Odwołam się do piękna natury – proszę znaleźć chociaż jeden brzydki jej element… Oczywiście możemy tę kwestię rozpatrywać wielowątkowo, ale dzisiaj mamy kulturę obrazu pozbawioną wielu wartości, która niestety kreuje brzydotę. 

Wspomniała Pani o nawiązaniu do Akropolu… to klasyka architektury, dla której złoty podział – złota proporcja i szlachetność  materiału były priorytetami.

Projekt powstał zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, którego zapis i wynikające z niego ograniczenia stały się inspiracją do poszukiwania nowych rozwiązań projektowych, a najlepsze wzorce architektoniczne połączono z najnowocześniejszymi osiągnięciami technologicznymi. Łącząc historię z współczesnością, klasycyzm z technologią, podjęto próbę stworzenia współczesnego Akropolu Technologicznego.

Jeśli zdecydujemy się na podziwianie budynku po zmroku, czekają nas dodatkowe atrakcje...

Rzeczywiście. Podświetlenie bryły budynku, podkreśla jego usytuowanie w przestrzeni. Myślę, że nowoczesna technologia związana z ogniwami fotowoltaicznymi, podświetlenie budynku w barwach kobaltowo-chabrowych oraz wykorzystanie oświetlenia „zalewowego” bardzo nas wyróżnia. 

W iluminacjach często obserwujemy chybione pomysły, w naszym przypadku chcieliśmy ich za wszelką cenę uniknąć i muszę przyznać, że było to niełatwe. Osobiście robiłem cztery czy pięć prób oświetlenia budynku wieczorem, ustawiając oprawy tak, aby uzyskać zamierzony efekt i zwrócić uwagę odbiorcy. Udało się również uzyskać odbicie budynku w Warcie, co jest widoczne z mostu Mieszka I. 

Otwarcie budynku przypadło na czas pracy i nauki zdalnej. Jak reagują studenci na fakt, że zamiast w nowej, pięknej siedzibie, muszą spędzać czas przed komputerem?

Mam nadzieję, że cierpią z tego tytułu. Ale mówiąc zupełnie poważnie – wszystkim jest nam bardzo trudno. Zaraz po oddaniu obiektu do użytkowania chcieliśmy sprawdzić sposób funkcjonowania i eksploatację. Zastosowanie nowoczesnych technologii wymaga przetestowania, przeanalizowania i parametryzacji – przy obecności wszystkich osób, które mają go eksploatować, czyli studentów, wykładowców, działów administracyjnych i innych. Niestety wobec panującej aktualnie pandemii nie mogliśmy tego zrobić. 

Jedyny pozytywny aspekt tej sytuacji to dany nam czas na doposażenie obiektu i zaplanowanie optymalnego wprowadzenia zieleni. Mam nadzieję, że gdy wszystko wróci do dawnego porządku, budynek będzie się cieszył wysokim komfortem użytkowania. 

Najbardziej żal mi tych młodych, którzy właśnie dostali się na studia, a nie mogą uczestniczyć w normalnej nauce...

Mnie z kolei żal osób, które ukończyły studia, a nie mogły dokonać obrony pracy licencjackiej lub magisterskiej w tradycyjnej formie. Przed młodymi osobami, które rozpoczynają studia, jest jeszcze dużo czasu i miejmy nadzieję, że sytuacja zdąży się ustabilizować. 

Pana praca zawodowa to nie tylko Politechnika Poznańska. Jest Pan autorem m.in. projektu poznańskiego City Parku czy Villi Sołackich. To ważne i rozpoznawalne inwestycje…

Zarówno projekt City Parku, jak i projekt Villi na Sołaczu był wyjątkowy. Oba związane są z ścisłym centrum Poznania oraz jego historią. Dlatego ważnym zadaniem projektowym było stworzenie nowej tożsamości tych miejsc w mieście, poprzez uszanowanie tradycji i charakterystycznego klimatu. 

Jest jeszcze kilka innych rozpoznawalnych inwestycji. Znacząca była Brovaria na Starym Rynku w Poznaniu. Ten projekt to bliskie obcowanie z historią. Kamienica autorstwa Rogera Sławskiego – ikony poznańskiej architektury – pochodzi z 1905 roku. Wrażenie robiły wyjątkowe wnętrza i mocno odczuwalny powiew historii, która od zawsze była dla mnie wzorem i źródłem inspiracji.  Przedsięwzięcie było przemyślane w najmniejszym detalu i po szesnastu latach, które minęły od ukończenia inwestycji, wnętrze jest cały czas aktualne i atrakcyjne. Była to dla mnie ważna przygoda i myślę, że duży sukces. Dziś łatwo o tym mówić, ale w 2004 roku było to spore wyzwanie, bo istniały wówczas tylko dwa browary – CK Dezerterzy w Krakowie i wrocławski Spiż. Odbyłem więc nietuzinkowe „studia” browarnicze. Zwiedzaliśmy funkcjonujące w tamtym czasie browary m.in. w Wilnie, przyglądając się niesamowitym rozwiązaniom, ucząc się jednocześnie. Był to bardzo trudny projekt, ale na swój sposób niesamowity. 

Warto przytoczyć także przykład Warzelni przy browarze Mycielskich na Kobylimpolu, gdzie głównym aspektem projektu była ochrona dziedzictwa. Projekt był prezentowany na II Kongresie Konserwatorów Polskich w 2015 roku. 

Nie sposób nie przywołać także realizacji, do których mam ogromny sentyment, czyli adaptacji zbiornika po gazie na cele biurowe w Ostrowie Wielkopolskim oraz dwóch obiektów firmy Big Star (budynek biurowy i sklep firmowy) w Kaliszu, które zostały nagrodzone i uznane za najlepsze projekty w Wielkopolsce. 

Wracając jednak do projektu Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania pragnę zaznaczyć, że traktuję go jako potwierdzenie kierunku mojego rozwoju naukowego, związanego z budownictwem z niskim zużyciem energii oraz chęcią uzyskania charakterystycznej formy architektonicznej. 

Jak Pan ocenia pod tym względem kondycję Poznania?

Nie będę ani krytykował, ani chwalił, z uwagi na to, że nie chcę być recenzentem. Jako architekt uważam, że jest dużo do zrobienia. 

Uchylając rąbka tajemnicy powiem, że aktualnie pracuję nad projektem „Wyspy Wież” zlokalizowanej na byłych terenach lotniska w Kobylnicy. W projekcie zwracam uwagę na aspekty zrównoważonego budownictwa, kładąc nacisk na ślad węglowy i – co  ważne – na kontekst przestrzeni. 

Uważam, że zbyt mocno zabudowujemy miasto tworząc „świątynie z betonu”… Trochę się w tym pogubiliśmy. Długo mówiło się o Poznaniu, że jest zielonym miastem, tymczasem zieleni mamy  coraz mniej, dlatego między innymi preferuję budowę wysokościową, umożliwiającą stworzenie zarówno pięknych widoków dla odbiorcy, jak i dużych terenów zielonych. 

Zmieni Pan coś w tej materii?

Jestem na etapie projektów, które generalnie powinny wpłynąć na świadomość architektoniczną. Zacznę się nimi dzielić w przyszłym roku. Będzie to duże wyzwanie, ponieważ niełatwo jest zaakceptować, przyjąć nowatorskie spojrzenie na architekturę, ale liczę na otwartość…

Fot. Politechnika Poznańska, oświetlenie iluminacyjne Lena Lighting. 

z Nadleśniczym Tomaszem Kwiecińskim z Nadleśnictwa Piaski rozmawia Merkuriusz

W roku 2020 obchodzimy 100-lecie istnienia Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu. Co dla Państwa oznacza ta rocznica? 

Poznańską Dyrekcję Lasów Państwowych powołano 31 stycznia 1920 roku. Jubileusz jest dla nas wyjątkową rocznicą. Przez cały wiek pokolenia leśników dbały o nasze lasy, które, co trzeba podkreślić, są otwarte dla wszystkich. 

Dla ludzi sto lat to długi czas, dla lasu, to zaledwie chwila, przez którą wydarzyło się bardzo wiele. Z troską dbaliśmy o przyrodę, tworzyliśmy struktury swoich jednostek, ale także udzielaliśmy się społecznie. Rocznica pokazuje, że wybraliśmy dobrą drogę, zbudowaliśmy solidne postawy do dalszego funkcjonowania. Ten czas to dla Nadleśnictwa Piaski bardzo szczególny moment. We wrześniu 2019 roku, po siedemdziesięciu czterech latach od rozpoczęcia funkcjonowania jednostki, pracownicy ufundowali sztandar. Jest on dla nas symbolem więzi łączącej obecnych i byłych pracowników nadleśnictwa oraz wszystkie osoby, firmy i instytucje, z którymi od lat współpracujemy. To także symbol łączący nas, leśników, z małymi ojczyznami, w których mieszkamy razem ze swoimi rodzinami, a współdziałanie stanowi o naszej sile.

Czym jest zrównoważony rozwój w kontekście gospodarki leśnej? Czy lasów w naszym kraju przybywa czy ubywa?

Lasy są jednym z najważniejszych elementów środowiska przyrodniczego i czynnikiem kształtującym równowagę ekologiczną. Dziś dla większości z nas najistotniejsze jest to, co niematerialne – czyste powietrze, woda, dzika przyroda, spokój i piękno krajobrazu.

W coraz mniejszym stopniu dostrzegamy pozostałe korzyści, jakie daje nam las – przede wszystkim drewno. Jednak mimo upływu setek lat jest ono nadal surowcem niezbędnym, którego niczym nie da się zastąpić, a przy tym doskonałym – jego produkcja nie powoduje emisji zanieczyszczeń, wręcz przeciwnie – daje nam życiodajny tlen.

Zrównoważone leśnictwo to w obecnych czasach trudne zadanie i jednocześnie wyzwanie . Jest kluczem łączącym wszystkie elementy, które składają się na oczekiwania społeczeństwa. Jest więc miejsce dla przyrody, szczególnie zagrożonej wyginięciem, dla człowieka, który chce uciec od zgiełku miasta, a także miejsce na wykorzystanie funkcji produkcyjnych lasu. To także metoda zarządzania ogromnym bogactwem, która pozwoli nam przekazać je naszym dzieciom i wnukom w przynajmniej równie dobrym stanie, jak dziś.

Polska jest w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o powierzchnię lasów. Obecnie wynosi ona w Polsce ponad 9,2 miliony hektarów. Zdecydowana większość to lasy państwowe, z czego ponad 7,3 miliony hektarów zarządzane jest przez Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe.

W Polsce lasów wciąż przybywa. Lesistość kraju została zwiększona z 21 procent w roku 1945 do 29,6 procent obecnie. Systematycznie zwiększa się udział gatunków liściastych. Leśnicy odeszli od monokultur – dostosowują skład gatunkowy przyszłego drzewostanu do warunków. Dzięki temu w latach 1945-2018 powierzchnia drzewostanów liściastych na terenach Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe wzrosła z 13 do około 24 procent.

W celu ratowania chorych dębów przeprowadzacie Państwo lotnicze opryski drzewostanów. Jakie inne działania na rzecz ekosystemu są podejmowane?

Opryski, o których pani wspomniała, wykonywane są przez leśników w ostateczności. Każdy zabieg musi być zgodny z przepisami prawa, a stosowany może być wyłącznie środek biologiczny, który jest całkowicie bezpieczny dla innych istot żywych z wyłączeniem konkretnego szkodnika. Zanim przystąpimy do oprysków, podejmujemy działania mające na celu określenie zdrowotnego stanu drzewostanu. Dwa razy w roku przeprowadzamy inwentaryzacje posuszu, określając ile drzew uschło na przełomie ostatnich sześciu miesięcy, a określenie stopnia defoliacji, czyli ubytku liści w czerwcu, umożliwia nam ustalenie poziomu rozwoju danego szkodnika. Podejmujemy też działania w celu zatrzymania wody w lesie, wprowadzamy nowe pokolenie drzew, stosując szeroką gamę sadzonek, poczynając od dębów, lip, grabów czy klonów, a kończąc na gatunkach biocenotycznych, jak dereń, bez czarny, czereśnia, jabłoń, kalina czy grusza.

Od kilu lat sadzimy w lesie w ramach ochrony sadzonki jarzębu brekinii. To gatunek,  chroniony, który doskonale czuje się na naszym terenie. Oczywiście na posadzenie każdego takiego drzewka w lesie musimy uzyskać zgodę Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Jesteśmy pewni, że brzęk – jak popularnie nazywa się jarząb brekinii – utworzy w przyszłości piękny, niecodzienny las. 

Podczas prac zwracamy szczególną uwagę na drzewa dziuplaste, które są miejscem lęgowym ptaków – sprzymierzeńców naszych lasów. Każdorazowo analizujemy, czy dany zabieg może mieć negatywny skutek dla ekosystemu leśnego, a jeżeli wystąpi choćby cień niepewności wstrzymujemy prace. 

Z każdym rokiem coraz większym problemem staje się susza, jej skutkiem był chociażby pożar w Leśnictwie Stawiszyn. Czy można przygotować się na niedobór opadów?

Stale monitorujemy las, zarówno ze względu na sytuację pożarową, jak i jego ochronę. Susza powoduje wiele zjawisk związanych z osłabieniem drzew, działaniem różnych owadów,  grzybów czy roślin, jak na przykład jemioła. Wobec obserwowanych zagrożeń ogromne znaczenie mają projekty realizowane przez Lasy Państwowe w ramach przeciwdziałania zmianom klimatu i suszy ze środków unijnych. W ramach ogólnopolskich projektów wciąż powstają nowe zbiorniki i urządzenia retencyjne, zatrzymujące i magazynujące wodę w lasach, torfowiskach itp. Zastawki stałe lub przenośne czy zbiorniki retencjonujące wodę w lesie można spotkać spacerując duktami leśnymi w okolicach Śremu, Gostynia czy Rawicza. Modernizowany jest też system ochrony przeciwpożarowej lasów – tu ogromne znaczenie ma budowa i doposażenie dostrzegalni pożarowych, zakup sprzętu, budowa stacji meteorologicznych i inne działania. Na terenie naszego nadleśnictwa zlokalizowane są dwie wieże przeciwpożarowe. Jedna z kamerą do obserwacji naziemnej i druga klasyczna, w której na wysokości kilkudziesięciu metrów  patrolujemy las w zasięgu wzroku przy pomocy lornetki. 

Każdy pożar lasu jest dla nas wielką tragedią. W takich sytuacjach pomoc mieszkańców okolicznych miejscowości jest nieodzowna. To oni najczęściej zgłaszają widoczne zarzewie ognia bądź pomagają w akcji ratowniczej, w udrożnieniu nieprzejezdnych dróg, umożliwiając dojazd do pożaru. Wskazanie poszczególnym jednostkom gaśniczym najkrótszej drogi jest wielką pomocą, za którą bardzo dziękujemy. Zdarzają się przypadki pożarów lasu, gdzie wozy bojowe zmuszone są uszkodzić część pola uprawnego, celem przeprowadzenia sprawnej akcji czy dojazdu do samego pożaru. I w takich sytuacjach właściciele tych gruntów solidaryzują się z tragedią, jaka dotknęła ich sąsiada i nie wnoszą roszczeń. 

Po pożarze we wspomnianym przez panią Leśnictwie Stawiszyn, dzisiaj już rośne nowy las. Posadziliśmy dęby, które w przyszłości stworzą piękną dąbrowę. Jednak musimy wszyscy pamiętać, że przyrody nie da się ujarzmić – możemy tylko obserwować kierunki jej zmian i postępować zgodnie z jej rozwojem. 

Na terenie Nadleśnictwa Piaski znajduje się sześć rezerwatów przyrody i dwa obszary sieci NATURA 2000. Co świadczy o wyjątkowości tych terenów?

Wyjątkowość rezerwatów przyrody wynika z ich walorów w stanie naturalnym lub mało zmienionym, a także ekosystemów, siedlisk przyrodniczych oraz roślin i zwierząt, które charakteryzują się wysokimi wartościami przyrodniczymi, naukowymi i kulturowymi. Na administrowanym przez nas terenie znajduje się obszar specjalnej ochrony ptaków Ostoja Rogalińska oraz specjalny obszar ochrony siedlisk Rogalińska Dolina Warty. Szczególność tych miejsc wiąże się z unikalnym krajobrazem, gdzie rzeka Warta meandrując utworzyła liczne starorzecza i zastoiska, a także z bogactwem gatunkowym rzadkich i zagrożonych gatunków roślin i zwierząt.

Jesień to w naszym kraju czas smutnych rocznic. Czy w lasach Nadleśnictwa Piaski znaleźć można miejsca upamiętniające poległych mieszkańców?

Historia Nadleśnictwa Piaski rozpoczyna się w 1918 roku po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Nietrudno domyślić się, więc, że przez lata nasze lasy były świadkami walk Polaków, najpierw o odzyskanie niepodległości, potem o pokonanie okupanta niemieckiego. O kraj walczyli także leśnicy. 

Na terenie Nadleśnictwa jest kilka miejsc ściśle związanych z historią. Dbamy o nie wspólnie z samorządami lokalnymi. W Leśnictwie Krasnolipka znajduje się głaz upamiętniający miejsce śmierci porucznika Stanisława Kamińskiego – dowódcy oddziału Powstańców Wielkopolskich z 1918 roku walczących o Rawicz. Setną rocznicę odzyskania niepodległości uczciliśmy bardzo symbolicznie – właśnie w tym miejscu posadziliśmy młode dęby. Będą świadkami historii. W uroczysku Dębno, w okolicach Rawicza, znajduje się obelisk upamiętniający miejsce śmierci w 1863 roku Stefana Bobrowskiego – jednego z przywódców Powstania Styczniowego, który stracił życie w pojedynku. Na miejscu zdarzenia, w lesie w pobliżu Żylic, mieszkańcy powiatu rawickiego postawili kamień z czarnego granitu. W lasach Sarnowy znajduje się pomnik – głaz poświęcony pamięci setek Polaków zamordowanych w więzieniu rawickim w latach 1939-1945. Tuż przy siedzibie nadleśnictwa w Piaskach znajduje się pomnik upamiętniający Władysława Kasprzaka, dwudziestojednoletniego pomocnika gajowego, który został rozstrzelany przez Niemców 12 września 1939 roku, czyli kilkanaście dni po wybuchu II wojny światowej. Pamiątkową tablicę odsłonięto w 2018 roku. Co szczególnie ważne, w uroczystościach wzięli udział przedstawiciele rodziny Władysława Kasprzaka. Obiecałem im wtedy, że zawsze będziemy dbać o pomnik naszego młodego kolegi. 

Co jest dzisiaj priorytetem dla pracowników Nadleśnict

wa Piaski?

Jest nim działanie w sposób odpowiedzialny, profesjonalny i otwarty. Gospodarowanie lasami, które są naszym wspólnym dobrem jest dużym wyzwaniem. Staramy się zagwarantować ich trwałość oraz ciągle je powiększać. Chronimy zasoby przyrodnicze przed negatywnymi czynnikami przyrody ożywionej i nieożywionej. Robimy wszystko, aby połączyć wszelkie funkcje lasów z oczekiwaniami społeczeństwa i potrzebami gospodarki.

Lasy Państwowe są ugruntowaną firmą z tradycjami, w której praca daje poczucie stabilizacji, samorozwoju i bezpieczeństwa. Poprzez „terenowe” warunki pracy każdy z nas jest indywidualistą, który poza obcowaniem w przyrodą potrzebuje przyjaznych warunków pracy i partnerskich relacji pomiędzy współpracownikami.

fot. Archiwum Nadleśnictwo Piaski; Krzysztof Moroz

czwartek, 25 luty 2021 21:42

Walki o czyste powietrze ciąg dalszy

z panią Jolantą Ratajczak – Prezes Zarządu Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Poznaniu – rozmawia Mariola Zdancewicz

Podczas naszej ubiegłorocznej rozmowy wśród planów wymieniła Pani kontynuację pracy na rzecz Programu Priorytetowego Czyste Powietrze. Jak wyglądała realizacja?

Program Priorytetowy Czyste Powietrze realizowany jest nieprzerwanie od 19 września 2018 roku. W ciągu blisko dwóch i pół roku funkcjonowania zasady Programu były kilkukrotnie aktualizowane. Wszystko po to, aby maksymalnie uprościć procedurę ubiegania się o dofinansowanie. Ostatnia duża zmiana nastąpiła w maju ubiegłego roku. Od tego momentu obserwujemy dynamiczny wzrost liczby osób chętnych do udziału w Programie. Uproszczenie zasad i systematycznie zwiększające się zaangażowanie gmin powodują, że coraz więcej Wielkopolan decyduje się na złożenie wniosku. Bardzo nas to cieszy, gdyż intensywnie pracujemy nad promocją Programu i dotarciem do mieszkańców naszego województwa. Zgodnie ze stanem na 12.02.2021 r. do WFOŚiGW w Poznaniu wpłynęło 16  485 wniosków. Najwięcej  z terenów powiatu: konińskiego (1  636), poznańskiego (1  400) oraz kaliskiego (964). W grudniu 2020 r. padła rekordowa liczba złożonych wniosków – 877.

Już 13 164 wnioski otrzymały pozytywną decyzję Zarządu o udzielenie dofinansowania, co daje około 97% realizacji Programu stawiając nas w czołówce wszystkich Funduszy w Polsce. 

WFOŚiGW w Poznaniu jest także liderem w liczbie zawartych z gminami Porozumień w sprawie wspólnej realizacji PP Czyste Powietrze. Do tej pory Porozumienia z Funduszem zawarło 120 wielkopolskich gmin i otrzymujemy dalsze deklaracje współpracy. Na 2021 r. rząd zaplanował prace nad rozwojem i przyśpieszeniem wdrażania Programu, w tym pakiet zachęt dla gmin, dzięki którym będą mogły powstać punkty konsultacyjne, w których każdy mieszkaniec otrzyma niezbędną pomoc.

Wspomniała Pani również o realizowanym z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej projekcie wsparcia w dziedzinie wodno-ściekowej...

Tak i powiedziałam wtedy, że „Ochrona środowiska gruntowo-wodnego jest bardzo ważna, większość działań wokół adaptacji lub mitygacji zmian klimatu się z tym wiąże. W dalszym ciągu jest to dla nas priorytet”. I tak właśnie jest! Fundusz w porozumieniu z NFOŚiGW ogłosił w 2019 r. nabór wniosków w ramach programu pn.: „Ogólnopolski program gospodarki wodno-ściekowej poza granicami aglomeracji ujętych w Krajowym Programie Oczyszczania Ścieków Komunalnych”. Nabór skierowany jest do jednostek samorządu terytorialnego i ich związków oraz podmiotów świadczących usługi publiczne w ramach realizacji zadań własnych jednostek samorządu terytorialnego.

Celem programu jest poprawa stanu gospodarki wodno-ściekowej poza granicami aglomeracji umieszczonych w Krajowym Programie Oczyszczania Ścieków Komunalnych (KPOŚK). Przedsięwzięcia będą realizowane w latach 2019-2023. Jak dotąd, Fundusz podpisał trzydzieści umów w ramach tego programu na łączną kwotę ponad 82 mln zł.

Niezależnie od podejmowanych wspólnie z NFOŚiGW działań, Fundusz wspiera ochronę środowiska gruntowo-wodnego również w ramach samodzielnie realizowanych naborów wniosków. W tym roku, analogicznie do lat poprzednich, Fundusz ogłosił nabór na przedsięwzięcia związane z porządkowaniem gospodarki ściekowej, skierowane do jednostek samorządu terytorialnego i ich związków oraz podmiotów świadczących usługi publiczne w ramach realizacji zadań własnych jednostek samorządu terytorialnego. Nabór wniosków będzie trwał do 16 kwietnia br., a beneficjentom tego naboru Fundusz udzieli pomocy finansowej w formie pożyczki z umorzeniem. 

Jak widać nasza aktywność w kontekście przedstawiania nowych ofert dla regionu jest bardzo duża. 

Dużym sukcesem okazał się program „Moja Woda” – budżet został wyczerpany w ciągu dwóch miesięcy od uruchomienia naboru!

Celem Programu Priorytetowego „Moja Woda” jest ochrona zasobów wodnych oraz minimalizacja zjawiska suszy poprzez zwiększenie poziomu retencji na terenie posesji przy budynkach mieszkalnych jednorodzinnych oraz wykorzystywanie zgromadzonej wody opadowej i roztopowej również dzięki rozwojowi zielono-niebieskiej infrastruktury. Program skierowany jest do osób fizycznych, będących właścicielami/współwłaścicielami nieruchomości, na której znajduje się (lub jest budowany) budynek mieszkalny jednorodzinny. Program przewiduje finansowanie instalacji do zbierania, retencjonowania oraz wykorzystania retencjonowanych wód opadowych (w tym roztopowych), np. zakup i montaż zbiorników, instalacji rozsączających, czy systemów do nawadniania przydomowych ogrodów. Maksymalna kwota dofinansowania to 5 tys. zł.

Rzeczywiście, budżet Programu został wyczerpany bardzo szybko, czego skutkiem była konieczność  wstrzymania naboru wniosków o dofinansowanie. Zdawaliśmy sobie sprawę z dużego zapotrzebowania na tego rodzaju wsparcie finansowe, jednak skala zainteresowania Programem przerosła nasze oczekiwania. Bardzo nas to jednak cieszy. Świadczy to bowiem o tym, że mamy do czynienia z odpowiedzialnym działaniem społeczeństwa na rzecz walki z suszą oraz potrzebą dbania o środowisko i najbliższe otoczenie.

Pragnę jednak uspokoić wszystkich chętnych do skorzystania z Programu, którzy nie zdążyli złożyć wniosku w ubiegłorocznym naborze. Nie rezygnujemy z dalszych działań. W pierwszym kwartale  planujemy uruchomić kolejny nabór wniosków w Programie „Moja Woda”. O terminie i zasadach będziemy informować na naszej stronie internetowej www.wfosgw.poznan.pl.

Interesująca jest także propozycja wsparcia budowy odnawialnych źródeł energii w ramach Programu „Słoneczne Dachy”.  Na czym polega?

Program Słoneczne Dachy to wsparcie dla spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych polegające na udzielaniu niskooprocentowanych i częściowo umarzalnych pożyczek nie tylko na odnawialne źródła energii takie jak instalacje fotowoltaiczne, ale także na szeroko pojętą termomodernizację budynków wielorodzinnych. W naborze finansowane są zadania polegające m. in. na modernizacji przegród zewnętrznych budynku, wymianie oświetlenia na energooszczędne, przebudowie systemów grzewczych oraz zakupie i montażu instalacji odnawialnych źródeł energii. Do tej pory największym zainteresowaniem ze strony Wnioskodawców cieszą się przedsięwzięcia polegające na zakupie i montażu paneli fotowoltaicznych. 

Nabór „Słoneczne dachy” zostanie zakończony w dniu 01.03.2021 r. co nie znaczy, że nie będziemy pomagać dalej. Już został ogłoszony nowy „Nabór wniosków na przedsięwzięcia w zakresie efektywności energetycznej i ochrony powietrza w roku 2021” adresowany do znacznie szerszego katalogu beneficjentów niż tylko wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. Wnioski w tym zakresie można składać do 12 marca br.

Nie zabrakło aktywności edukacyjnej – jesienią reprezentacja WFOŚiGW pojawiła się na Forum Energii i Recyklingu. Jakie tematy zostały poruszone?

Można powiedzieć, że udział WFOŚiGW w Poznaniu w Forum Energii i Recyklingu stał się już tradycją. Jesienią 2020 r. także zostaliśmy zaproszeni do uczestnictwa w forum. Z uwagi na panujące obostrzenia, prezentacje oraz debaty przeniosły się do wirtualnego świata. Dyskusje toczyły się wokół takich tematów jak wykorzystanie odpadów w technologiach biorafineryjnych, mobilne magazynowanie energii z PV w czasie budowy farmy, legislacje dotyczące rynku OZE czy finansowanie inwestycji związanych z energetyką odnawialną. Prezentacją inaugurującą forum było wystąpienie Doradcy Energetycznego WFOŚiGW w Poznaniu Macieja Kołowskiego, który przybliżył uczestnikom Forum programy dofinansowań inwestycji w odnawialne źródła energii, realizowane ze środków NFOŚiGW oraz WFOŚiGW w Poznaniu. Prelegent odpowiedział również na szereg pytań dotyczących Programu Mój Prąd i dofinansowania fotowoltaiki. Podsumowaniem forum była debata on-line z udziałem zaproszonych prelegentów.

Bardzo ważną rolę Fundusz pełni wspierając działania w ramach Edukacji Ekologicznej...

Tak, Fundusz od lat prowadzi działania, które stanowią istotne wsparcie dla szkół w Wielkopolsce. Ogłosiliśmy dwa nabory wniosków, w tym jeden z przeznaczeniem środków na doposażenie szkolnych pracowni dydaktycznych. W ramach tych naborów wpłynęło dwieście czterdzieści siedem wniosków na łączną kwotę ponad 11 mln zł. Podpisano umowy ze stu siedemnastoma beneficjentami na kwotę 4 648 190 zł. Pomimo pandemii udało się zrealizować działania w zakresie konkursów, szkoleń i warsztatów, które głównie odbywały się on-line. Doposażono pracownie w sprzęt dydaktyczny, służący poszerzaniu wiedzy na temat OZE, ale również szeroko pojętej ochronie środowiska naturalnego.

Fundusz udzielił także wsparcia strażakom. To ważna pomoc, dotyczy nas wszystkich.

Bezpieczeństwo jest kluczowym elementem spójności społeczeństwa. Nie można na nim oszczędzać i trzeba pomóc na ile to możliwe. W 2020 roku Fundusz ogłosił cztery nabory na dofinansowanie samochodów oraz specjalistycznego sprzętu do wyposażenia jednostek OSP z terenu województwa wielkopolskiego, jak również komend miejskich i powiatowych PSP. Ze środków WFOŚiGW w Poznaniu oraz NFOŚiGW dofinansowano zakup pięćdziesięciu dwóch samochodów ratowniczo-gaśniczych dla jednostek OSP na łączną kwotę blisko 19 mln zł. Ponadto, zakupiono sprzęt i wyposażenie dla stu dwudziestu jednostek OSP. W ubiegłym roku ogłoszony został również nabór dla komend PSP na zakup sprzętu i wyposażenia jednostek, jak i wyposażenia ochrony osobistej strażaków, w ramach którego, doposażono jednostki w sprzęt pozwalający zapobiegać rozprzestrzenianiu się SARS-CoV-2. Fundusz podpisał pięćdziesiąt dwie umowy z komendami PSP na zakup powyższego sprzętu i wyposażenia na łączną  kwotę ponad  3 mln zł.

Mówiąc o doposażeniu straży w sprzęt związany z pandemią trzeba wspomnieć również o przekazaniu przez Fundusz środków na zakup namiotów, które oprócz wykorzystania do działań ratowniczych mogą także stanowić moduł do budowy szpitali polowych oraz miejsc kwarantanny przy szpitalnych izbach przyjęć, dla osób z podejrzeniem zarażenia koronawirusem. Namiot dzięki swojej budowie konstrukcyjnej opartej na pneumatycznym stelażu jest gotowy do użycia przez strażaków w ciągu kilku minut. To sprzęt, który może również służyć jako „szpital polowy” w przypadku prowadzenia akcji ratunkowej z udziałem większej liczby poszkodowanych.

Jakie wyzwania związane z ochroną środowiska czekają na nas w kolejnej dekadzie XXI wieku? 

Rola Funduszu jako instytucji finansującej przedsięwzięcia służące ochronie środowiska systematycznie wzrasta. Udzielając wsparcia finansowego ułatwiamy, a często też umożliwiamy realizację  przedsięwzięć z dziedziny gospodarki wodno-ściekowej, gospodarki odpadami, ochrony powietrza, ochrony przyrody i edukacji ekologicznej. Zawsze bacznie obserwujemy i reagujemy na pojawiające się potrzeby związane nie tylko z ochroną środowiska. Ochrona zdrowia to dziedzina, która nabrała w ostatnim roku szczególnego znaczenia. W walce z pandemią udzieliliśmy dużego wsparcia finansowego szpitalom, fundacjom i organizacjom pozarządowym. W 2020 roku ogłosiliśmy nabór  wniosków na przedsięwzięcia w zakresie unieszkodliwiania odpadów medycznych o właściwościach zakaźnych wytworzonych w związku z przeciwdziałaniem SARS-CoV-2, którego drugą edycję ogłosiliśmy także w tym roku. Nabór w ramach Programu trwa od 01.02.2021 do 30.06.2021. Fundusz przeznaczył na ten cel 200 000,00 zł. W ciągu najbliższych lat kluczowym zagadnieniem będzie kontynuacja starań o jak najwyższą jakość powietrza i zmniejszenie emisji zanieczyszczeń do środowiska. W tym celu kontynuowane będą programy priorytetowe rozpoczęte w ubiegłych latach, w szczególności Program Priorytetowy Czyste Powietrze, którego czas realizacji przewidziano na okres dziesięciu lat. Nasza współpraca z jednostkami samorządowymi układa się bardzo dobrze, co przekłada się na wzrost liczby beneficjentów korzystających z dofinansowania. Ważnym wyzwaniem jest również susza spowodowana zachodzącymi od wielu lat zmianami klimatu. Zwiększenie retencji wody, również dzięki wsparciu finansowemu z Programu Moja Woda, będzie istotnym elementem walki z suszą.  Ponadto, priorytetem jest też dalszy rozwój rynku OZE i popularyzacja „zielonej energii” w Polsce. Tu ważnym aspektem jest  możliwość korzystania przez wszystkich mieszkańców Wielkopolski z usług doradczych realizowanych w ramach Projektu Doradztwa Energetycznego.

czwartek, 25 luty 2021 21:40

Liczę na kolejny dobry rok...

z Burmistrzem Rogoźna Romanem Szuberskim rozmawia Merkuriusz

W 2020 roku obchodziliśmy 30-lecie Samorządu Terytorialnego. Co jubileusz ten oznacza dla Pana?

Jubileusz to także moje trzydzieści lat pracy w samorządzie. Najpierw byłem urzędnikiem zatrudnionym w Urzędzie Miasta Rogoźna, następnie w Starostwie Powiatowym w Obornikach. Dodatkowo w czwartej, piątej i szóstej kadencji byłem radnym Rady Miejskiej w Rogoźnie. W każdej z tych kadencji pełniłem również funkcję przewodniczącego rady, a od siódmej kadencji do chwili jestem burmistrzem Rogoźna. Podsumowując, samorządowi poświęciłem ponad połowę swojego życia zawodowego. Cieszę się, że przez minione trzydzieści lat działania rogozińskiego samorządu dołożyłem moją cegiełkę, która przyczyniła się do rozwoju gminy. Dzisiaj Rogoźno to nowoczesne miasto z szerokim wachlarzem oferty rekreacyjnej, kulturalnej i sportowej. Staliśmy się swoistym zagłębiem sportów motorowodnych, a ostatnio rajem dla biegaczy. Z każdym rokiem gościmy więcej turystów, sportowców i amatorów żeglarstwa. Możemy pochwalić się wieloma osiągnięciami inwestycyjnymi, ale też zdobyczami z zakresu kultury. Muzeum Regionalne im. Wojciechy Dutkiewicz, które powstało właśnie w minionym trzydziestoleciu, to skarbnica naszych dziejów i pamiątek po przodkach. Mam nadzieję, że kolejne trzydzieści lat będzie okresem intensywnego rozwoju gminy, że osobiście będę mógł przyczynić się do kolejnych działań na rzecz dobra mieszkańców. Ale to już w rękach wyborców. 

Ubiegły rok upłynął także pod znakiem wielkiego jubileuszu …

Tak, jubileuszu 740-lecia lokacji miasta przez księcia Przemysła II. Rok 1280 to bardzo ważna data, bowiem od tego momentu, po okresie zniszczeń i wyludnienia, nastąpił intensywny rozwój miasta i Rogoźno stało się znaczącym ośrodkiem rzemieślniczym i administracyjnym. Sam książę Przemysł II w zachowanym przywileju z tego roku uzasadnia powołanie nowego miasta chęcią poprawy stanu tej ziemi, leżącej w większej części na pustkowiu. Dlatego konieczne stało się zbudowanie miasta od nowa. 

Niewiele wiemy o osobach zasadźców, czyli Janie i Piotrze Dedz, poza tym, że książę nazywał ich ukochanymi przyjaciółmi i że byli to prawdopodobnie Niemcy. W zamian za urządzenie miasta Jan i Piotr otrzymali szereg korzyści, ale i obowiązków. Najważniejsze z nich to sprowadzenie na własny koszt osadników, zapewnienie im wyżywienia i schronienia w pierwszym okresie, wytyczenie terenu pod przyszłe miasto, z łatwym dostępem do wody i komunikacji z innymi osadami oraz szczegółowe opisanie przebiegu granic miasta. Dokument lokacyjny stwarzał warunki do integracji w jeden organizm miejski wszystkich mieszkańców z okresu przedlokacyjnego. 

Rogoźno już w połowie XV wieku należało do znaczniejszych miast wielkopolskich. Tyle z kart historii. 

Niestety, ze względu na panującą pandemię i ograniczenia, imprezy rocznicowe nie mogły się odbyć w taki sposób, jak to planowaliśmy. Ograniczyliśmy je do działań w przestrzeni elektronicznej i publicystycznej. W lokalnej prasie i biuletynie opublikowaliśmy historię lokacji i rozwoju Rogoźna i wydaliśmy pamiątkowe gadżety. 

Czy będziecie Państwo wracać do tej rocznicy?

Najbliższa znacząca rocznica, czyli 745-lecie przypada w roku 2025 i z pewnością o niej nie zapomnimy, tym bardziej, że przystąpiliśmy do Klastra Turystycznego „Szlak Piastowski” i choćby z tego względu wszystkie ważne dla miasta wydarzenia historyczne będą tematem opracowań, folderów czy pamiątek. W planie jest postawienie pomnika króla Przemysła II i w tym celu został powołany Komitet Budowy Pomnika, w skład którego wchodzą działacze kultury, stowarzyszeń i samorządowcy. Promocję Rogoźna staramy się oprzeć o wydarzenia historyczne związane z pobytem i śmiercią króla. W rocznicę tego wydarzenia – 8 lutego, w symbolicznym miejscu pod dębem w Marlewie, odbywa się widowisko historyczne. Pomimo zimowej aury przyciąga ono rzesze rogoźnian i gości chcących poczuć atmosferę tamtych wydarzeń, ogrzać się przy ognisku i poznać średniowieczne zwyczaje. Tradycją nawiązującą do tych wydarzeń stało się też listopadowe święto biegaczy, czyli Rogoziński Półmaraton Przemysła II. 

Co udało się zrealizować w ostatnim czasie?

Sztandarową inwestycją była modernizacja Muzeum im. Wojciechy Dutkiewicz i placu Karola Marcinkowskiego w Rogoźnie. Brakowało nam takiego centralnego, dobrze zorganizowanego miejsca na rekreację, spotkania i uroczystości. Cieszę się z realizacji tego zadania. Dokonaliśmy również przebudowy Placu Powstańców Wielkopolskich. Wybudowaliśmy Środowiskowy Dom Samopomocy dla osób niepełnosprawnych. Wykonaliśmy sporo prac remontowych poprawiających infrastrukturę Ośrodka Sportu i Rekreacji. Bardzo ważne było oddanie do użytku trzydziestu dwóch mieszkań socjalnych dla osób najbardziej potrzebujących. Po wielu latach oczekiwań zakończyliśmy budowę drogi na ul. Długiej i Seminarialnej wraz z wykonaniem chodników, wjazdów, skrzyżowań, parkingu, kanalizacji sanitarnej oraz przepompowni, kanalizacji deszczowej i z przepompownią i separatorem substancji ropopochodnych.

Przebudowano drogę na ul. Różanej. Wykonano roboty drogowe, dotyczące sieci kanalizacji deszczowej wraz z wykonaniem wymiany przyłączy wodociągowych, roboty związane z wykonaniem kanału technologicznego oraz zatok parkingowych.

Wymienione zadania zostały  dofinansowane w ramach Programu Fundusz Dróg Samorządowych.

Wykonaliśmy przebudowę drogi gminnej w miejscowości Grudna, w ramach tzw. FOGR-u (środki przyznane przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego) oraz ze środków Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. 

Obecnie czekamy na zakończenie przebudowy drogi w miejscowości Dziewcza Struga. Wcześniej  przebudowaliśmy ulice: Fabryczną, Kwiatową, Miodową, Sienkiewicza i Smolary oraz drogi w Gościejewie, Parkowie, Pruścach i Jaraczu. Wiele utwardzono. Pomimo tego jeszcze liczne drogi gminne czekają na przebudowę.

Gmina współfinansowała również budowę drogi powiatowej na odcinku Tarnowo-Karolewo.  Powstał również chodnik, miejsca postojowe i oświetlenie. Na przebudowę drogi powiat otrzymał dofinansowanie z Funduszu Dróg Samorządowych w wysokości 5 570 148,00 zł. Całkowita wartość zadania wyniosła 7 462 521,32 zł z czego udział gminy Rogoźno to kwota 1 050 000 zł. Wcześniej nasz samorząd pokrył również 50% kosztów dokumentacji związanej z przebudową. Zadanie to było największą inwestycją drogową realizowaną przez powiat obornicki na terenie naszej gminy od czasu powstania tej jednostki samorządowej. W bieżącym roku planujemy powstanie kolejnych dróg oraz żłobka dla pięćdziesięciorga dzieci. Sporo było zrealizowanych również mniejszych inwestycji,

W ubiegłym roku posadzono miododajne drzewa, wzbogacając środowisko naturalne pszczół...

Od wielu lat czynimy starania, aby otaczające nas środowisko było czyste, zdrowe i przyjazne również zwierzętom i roślinom, bez których nie jesteśmy w stanie przeżyć. Zgodnie z tą zasadą, zadbaliśmy o środowisko naturalne pszczół. Dzięki dofinansowaniu z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego w wysokości 18 360,00 zł posadziliśmy sto siedemdziesiąt drzew miododajnych, w szczególności lipy drobnolistnej i  akacji. 

W trosce o czyste powietrze dofinansowaliśmy wymianę ponad stu pieców, a na mocy porozumienia zawartego z Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska w Poznaniu współuczestniczymy w realizacji ogólnopolskiego programu „Czyste Powietrze”. 

W celu odtworzenia populacji gatunków najbardziej popularnych ryb jeziornych, dokonaliśmy kolejnych zarybień jezior – Nienawiszcza Dużego i Nienawiszcza Małego. Od 2018 roku wpuszczono do obu jezior ponad trzy tony ryb takich gatunków jak: sandacz, szczupak, węgorz, leszcz, lin, karaś, karp, okoń i płoć. Prowadzimy również prace związane z rekultywacją Jeziora Rogoźno i Jeziora Budziszewskiego. 

Wieloletni proces, który realizujemy, polega na przywróceniu jeziorom walorów naturalnych. Mam nadzieję, że prowadzone działania przyczynią się do tego, że nasza gmina stanie się miejscem, w którym chce się przebywać, odpoczywać i uprawiać sport. Już dziś zapraszam miłośników przyrody i amatorów rekreacji wodnej. 

Pandemia wszystkim pokrzyżowała plany. Czy Państwu udało się bezboleśnie przebrnąć przez 2020 rok?

Rok był trudny przyniósł jednak kolejne zmiany w naszej gminie. Powstały drogi, obiekty infrastruktury sportowej, miejsce miały remonty szkół i innych gminnych jednostek. Myślę, że dużą stratą są wydarzenia kulturalne i sportowe, które wpisały się w rogoziński kalendarz, a które nie mogły się odbyć z powodu wprowadzonych ograniczeń.   

Czego Panu życzyć w nowym roku?

Myślę, że wszyscy życzymy sobie i innym tego samego, czyli zdrowia i zakończenia panującej pandemii koronawirusa. Nie będę nieskromny, jeżeli w interesie mieszkańców, oczekujących na kolejne inwestycje, będziecie życzyć Gminie Rogoźno większych wpływów do budżetu. To budżet przesądza o realizacji kolejnych zadań, które poprawiają komfort życia i wpływają na poprawę bezpieczeństwa. Myślę, że nieustającym życzeniem moim i innych samorządowców jest napływ środków zewnętrznych, bez których nie osiągnęlibyśmy jako gmina tak wielu sukcesów. Dlatego liczę na kolejny dobry rok w tym zakresie.

Strona 1 z 7

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.