Redakcja

W 2021 r. Merkuriusz Polska był jednym z patronów medialnych pierwszego do tej pory projektu realizacji 5 koncertów lutniowych (plus dodatkowy szósty koncert organowy w Nysie) utworów Silviusa Leopolda Weissa.

Z prof. UAM dr hab. Beatą Messyasz, dziekanem Wydziału Biologii UAM rozmawia Mariola Zdancewicz

Pod względem projektowym mają Państwo ostatnio „wiatr w żagle”. Wpisaliście się w międzynarodowy litewsko-polski projekt poprawy jakości wód i redukcji dwutlenku węgla w atmosferze...

Z prof. UAM dr hab. Beatą Messyasz dziekanem Wydziału Biologii UAM, prof. dr hab. Małgorzatą Garnczarską prodziekanem ds. studenckich Wydziału Biologii UAM, prof. UAM dr hab. Jakubem Kosickim prodziekanem ds. nauki i współpracy międzynarodowej,  dr hab. Markiem Żywickim prodziekanem ds. rozwoju,  prof. UAM dr hab.  Agnieszką Ludwików kierownikiem Studiów Doktoranckich na Wydziale Biologii i dyrektor Szkoły Doktorskiej Nauk Przyrodniczych UAM rozmawia

BM: Nie da się ukryć, że nauki biologiczne są jednym z najbardziej złożonych obszarów nauki. Naukowcy, badacze zatrudnieni na Wydziale Biologii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, realizują swoje pasje naukowe na wszystkich poziomach organizacji biologicznej; tj. od pojedynczych molekuł po całe ekosystemy, zajmujące najbardziej egzotyczne i/lub niedostępne obszary naszej planety. Co ważne, wszystkich, a jest nas naprawdę sporo, ponieważ wydział zatrudnia ponad 350 osób, łączy pasja do wyjaśniania zawiłości otaczającego świata. Przejrzysta struktura organizacyjna, nowoczesny park aparaturowy i horyzontalne zarządzanie sprawia, że od lat jesteśmy rozpoznawalnym Wydziałem Biologii w Polsce i UE. 

Jest oczywiste, że Uczelnia to nie tylko badania naukowe ale również – kształcenie. Od lat hołubimy zasadzie, że wysoki standard kształcenia zarówno studentów, jak i doktorantów wynika z wysokiej jakości badań; mówiąc więc wprost nauka i kształcenie są naczyniami nierozerwanie połączonymi. Nie da się tego wszystkiego zapewnić bez zewnętrznego wsparcia finansowego, czyli tzw. grantów. 

O właśnie, jesteście Państwo liderami w pozyskiwaniu grantów, bo jest ich aż 14 w ostatnim konkursie. Proszę przybliżyć ten niewątpliwy sukces.

JK: Tak, czternastu pracowników naukowych naszego Wydziału uzyskało finansowanie z ostatnich edycji Narodowego Centrum Nauki w ramach konkursów OPUS oraz PRELUDIUM, więc jest to dla nas bardzo dobra wiadomość, gdyż utrzymujemy od kilku lat standard ich pozyskiwania na poziomie 30%. Cieszy przede wszystkim to, że profil uzyskiwanych projektów naukowych nawiązuje do światowych nurtów badawczych związanych m.in. z terapią genową i ewolucjonizmem. Mówiąc tak trochę w naszym wydziałowym narzeczu, działamy tak, aby zachodni świat naukowy nam nie oddalił się zbyt szybko. 

Realizacja tak dużej liczby projektów wymaga na pewno odpowiedniej infrastruktury, o którym już Pani dziekan wspomniała?

MŻ: Tak, wydział co roku inwestuje bardzo duże środki w infrastrukturę badawczą. Duże zróżnicowanie tematyczne realizowanych projektów oznacza, że musimy zapewnić szeroki wachlarz aparatury badawczej. Pomimo, że te stosunkowo tańsze instrumenty można nabywać w ramach przyznanych grantów, zakup dużych urządzeń pozostaje w gestii wydziału. W ostatnim roku udało nam się na przykład doposażyć wydział w dwa bardzo specjalistyczne mikroskopy, co umożliwiło utworzenie unikalnej w skali kraju pracowni pozwalającej na badanie preparatów w bardzo wysokiej rozdzielczości oraz na obrazowanie 3D tkanek. Planujemy już dalszy rozwój naszego zaplecza mikroskopowego – w rządowej Polskiej Mapie Infrastruktury Badawczej umieszczone zostało utworzenie na naszym wydziale w najbliższych latach Centrum Krioobrazowania.

Równie ogromnym wyzwaniem, które przed nami stoi jest zapewnienie odpowiednich warunków dla hodowli organizmów prowadzonych na wydziale. Mamy ich pełną rozpiętość – od mikroorganizmów, przez grzyby, rośliny i ryby, aż po kręgowce. Ciągle rosnąca liczba realizowanych projektów badawczych powoduje, że zaczyna nam brakować miejsca w tym zakresie. Dlatego rozpoczynamy właśnie prace nad modernizacją części budynku, aby wygospodarować przestrzeń na pomieszczenia hodowlane.

Inwestujemy również duże środki w zapewnienie wysokiej jakości nauczania. Co roku dydaktyczne sale laboratoryjne wyposażane są w najnowszy sprzęt, taki jaki nasi absolwenci spotkają w wiodących firmach biotechnologicznych. Remontujemy, rozbudowujemy i doposażamy również pracownie komputerowe, które z powodu szybkiego rozwoju technik badawczych stosowanych w biologii, coraz częściej są niezbędne do realizacji przedmiotów do tej pory stricte laboratoryjnych.

Jak rozumiem beneficjentami projektów są także doktoranci, czyli przyszłe pokolenia polskich naukowców? 

AL: Tak, i to w dużej mierze, jest to efekt działalności organizacyjnej wydziału i oczywiście pracy dziekanów, którzy w stosowny sposób sprawują pieczę nad formułą nauki, która jest tutaj realizowana. Pani dziekan jest zwolenniczką ubiegania się o finansowanie zewnętrzne, co w dużej mierze jest już naszą wydziałową tradycją. Nie da się bowiem ukryć, że niezależność finansowa to wolność i autonomiczność w badaniach naukowych. Pamiętajmy, że granty są zdobywane w ramach konkursów, więc wiemy, że badania które uzyskują finansowanie są na pewno wartościowe i na światowym poziomie. Zewnętrzne finansowanie badań to światowy standard i dają nam dodatkową kadrę w osobach postdoków, ale także tych najmłodszych badaczy, właśnie doktorantów osadzających się u nas na wydziale, którzy przyczyniają się do rozwoju naukowego dyscypliny, a także do renomy uczelni na świecie.

Szkoły doktorskie nigdy w systemie polskiej nauki nie funkcjonowały i wiem, że na UAM szkoły doktorskie cały czas mówiąc biologicznie – ewoluują 

AL: W minionym roku szkoła doktorska przeszła znacząca transformację. Z jednej szkoły doktorskiej na uniwersytecie wyłoniło się pięć, analogicznie do szkół dziedzinowych. Obecnie w szkole realizuje rozprawy doktorskie około stu doktorantów, w tym 15% to obcokrajowcy.

Skąd przyjechali?

AL: Są to osoby z Ukrainy, Chin, Kazachstanu, Pakistanu, Indii, raczej z wschodniej części globu. Natomiast gdyby patrzeć holistycznie, jeżeli chodzi o naszą dyscyplinę jest tu ogromny przekrój, bo mamy doktorantów z Ameryki Środkowej, Azji, Hiszpanii, czy UK. Przyciąga ich do nas przede wszystkim doskonałość naukowa. Nie przyciąga ich ustrukturyzowany program kształcenia, który oferuje szkoła. Atrakcyjna jest dla nich tematyka badań naukowych, zwracają uwagę na aktualne i „modne” działalności naukowe jak ochrona klimatu, ekologia, ewolucja biologiczna, mRNA – te dziedziny są dla nich bardzo ciekawe i przyciągające. Ważna także jest agronomia. Nie reprezentujemy jej jako takiej, ale pokazujemy rośliny uprawne, pracę z nimi, co szczególnie interesuje osoby na przykład z Indii, które bardzo cenią sobie właśnie znajomość narzędzi i badania podstawowe prowadzone w kierunku opracowywania upraw, które są bardziej tolerancyjne na stresy, suszę czy patogeny.

Wydział ma ogromne doświadczenie, dużą bazę publikacyjną, sporo badań właśnie w tych kierunkach i zachęca ich to, co przez ostatnią dekadę się dzieje – pokuszę się o takie stwierdzenie – mamy coraz więcej badaczy, którzy pracują w tych gałęziach nauki związanych z terapią genową czy poszukiwaniem leków. Mamy też coraz więcej doktorantów pasjonujących się tą tematyką i chcących służyć ludzkości.

Aby trafić do szkoły doktorskiej trzeba najpierw ukończyć tradycyjne dwustopniowe studia. Czy dydaktyka akademicka nadąża za tempem odkryć naukowych ? 

MG: Wciąż aktualnym zadaniem pozostaje przebudowa myślenia o procesie kształcenia, upowszechnienie podejścia opisywanego jako Student-Centred Learning, które tworzy przestrzeń do wdrożenia nowoczesnych strategii edukacyjnych, m.in. tutoringu, o którym wspomniałam wyżej, a także  research-based learning i problem-based learning. Nowoczesne modele dydaktyki akademickiej podkreślają aktywność studenta, autonomię myślenia, samodzielność w rozwiązywaniu problemów, myślenie krytyczne oraz rozwój kompetencji miękkich. Studia na Wydziale Biologii dostarczają nie tylko wiedzy teoretycznej i umiejętności związanych z kierunkiem i specjalnością studiów, ale także rozwijają umiejętności kognitywne studenta, takie jak rozumienie, krytyczne myślenie, analizowanie, interpretowanie oraz pozwalają na nabycie niezbędnych kompetencji społecznych. 

Wiem że prowadzicie państwo kierunki takie jak biologia, ochrona środowiska czy biotechnologia, ale czy staracie się Państwo otwierać także nowe kierunki – tak aby gonić uczelnie zachodnie?

MG: Od tego roku wprowadzamy nowy program studiów na kierunku bioinformatyka. Postęp technologiczny ostatnich lat w sposób znaczny zwiększył znaczenie bioinformatyki i zapotrzebowanie na umiejętności praktyczne pozwalające na  podejmowanie i rozwiązywanie nowatorskich problemów na styku technologii i współczesnej biologii i medycyny oraz w zakresie pozyskiwania i przetwarzania danych biomedycznych. 

Mamy także nowy program studiów, w ramach którego kształcimy przyszłych nauczycieli biologii i przyrody. Nowe kierunki opieramy na znakomitym potencjale naukowym grup badawczych prowadzących badania wpisujące się w najnowsze kierunki rozwoju światowej nauki.

Nasza oferta dydaktyczna jest szeroka, prowadzimy m.in. dwa kierunki w  języku angielskim. Studentom kierunku environmental protection oferujemy możliwość uzyskania podwójnego dyplomu UAM i Uniwersytetu w Kilonii. W ramach kierunku biotechnology rozwijamy nowe ścieżki kształcenia, takie jak poszukiwanie innowacyjnych terapii chorób człowieka, tworzenie leków nowej generacji, rozwój medycyny regeneracyjnej w oparciu o komórki macierzyste oraz zastosowanie nano- i biomateriałów w medycynie.

Dużo uwagi poświęcamy także współpracy z sektorem pozaakademickim. Efektem współpracy z pracodawcami jest chociażby program studiów na kierunku biologia i zdrowie człowieka, który ma wypełnić zapotrzebowanie na specjalistów w zakresie ochrony i wspomagania zdrowia ludzi i zdrowia środowiskowego.

Prowadzimy także zajęcia terenowe w ciekawych przyrodniczo  zakątkach naszego kraju, ale proponujemy  również  kurs biologii tropikalnej w Ugandzie lub kurs biologii polarnej na Spitsbergenie. 

Jakie inicjatywy dydaktyczne są podejmowane na Wydziale Biologii?

MG: Kształcenie to drugi, obok nauki, ważny filar działalności Wydziału Biologii. Wprowadzenie tutoringu akademickiego, indywidualizacja ścieżki kształcenia, integrowanie prac dyplomowych z badaniami naukowymi pracowników badawczo-dydaktycznych, intensywna wymiana międzynarodowa studentów, to tylko niektóre przykłady naszych inicjatyw dydaktycznych. Od 2017 roku na Wydziale Biologii wsparciem dla nowoprzyjętych studentów w realizacji celów naukowych jest program KRAB – Kierowania Rozwojem Aktywności Badawczej, wdrażający tutoring do praktyki akademickiej. Program ten cieszy się dużym zainteresowaniem studentów I roku, a wymiernym efektem aktywności uczestników programu KRAB, są opublikowane prace naukowe oraz projekty naukowe realizowane w ramach BestStudentGrant – konkursu, w którym  najlepsi studenci I roku studiów uzyskują finasowanie na realizację swoich pierwszych projektów badawczych. W czterech edycjach tego konkursu mamy 11 laureatów z Wydziału Biologii. Od tego roku akademickiego rozszerzamy zakres edukacji spersonalizowanej w ramach tutoringu dla studentów wyższych lat oraz wprowadzamy na Wydziale Biologii nową formę edukacji spersonalizowanej – mentoring. Służy temu realizacja projektu  WILK - Wsparcie I Lokowanie Kompetencji.  Dzięki relacji jaka tworzy się pomiędzy studentem i tutorem powstaje przestrzeń, w której może rozwinąć się pasja, kreatywność studenta, chęć wytyczania celów i ich realizacji. To także umocnienie podmiotowego traktowania studentów, rozwijanie systemu wyłaniania oraz kształtowania talentów naukowych. Praca z tutorem jest szczególnie przydatna np. wtedy, gdy student stoi przed wyzwaniem ukierunkowania swoich zainteresowań i wyboru ścieżki kształcenia. Wsparcie mentora jest natomiast szczególnie istotne, gdy podopieczny stoi przed wyzwaniem, np. przygotowania wniosku o dofinansowanie badań naukowych. I na tym polu możemy się pochwalić sukcesami studentów Wydziału Biologii. W trzech edycjach konkursu Study@Reserch studenci I roku studiów II stopnia  uzyskali finansowanie 19 projektów badawczych. Jak widać, na naszym wydziale umiejętność pisania wniosków grantowych i pozyskiwania środków na badania ze źródeł zewnętrznych posiadają nie tylko pracownicy i  doktoranci, ale także studenci. 

Jesteście Państwo przed Nocą Biologów. Jak ta edycja będzie wyglądać, czy będzie w wersji online, czy może zrezygnujecie Państwo z tej wersji?

BM:  Kolejna, już XI Noc Biologów odbędzie się 14 stycznia 2022 roku w systemie hybrydowym. Zaproponowane zostanie kilka wydarzeń, które odbędą się na miejscu w postaci warsztatów i wówczas będą przychodziły ze szkół małe grupy z nauczycielem, posiadające wcześniej rezerwacje i dzięki temu redukując kontakty między sobą. Większość zajęć będzie odbywała się w trybie online, co mieliśmy okazję przećwiczyć w styczniu tego roku, gdyż X edycja Nocy Biologów odbyła się w całości w trybie online.

­Trochę szkoda, bo pamiętam tu tłumy tych ciekawych młodych i bardzo młodych ludzi...

BM: Zgadza się, ale z drugiej strony taki system prowadzenia czy prezentacji różnych wydarzeń online ma też swoje plusy, ponieważ osoby zainteresowane (uczestnicy) w bardzo szybki sposób mogą się przemieszczać pomiędzy różnymi uczelniami i wybrać sobie większy wachlarz wydarzeń, które wpisują się w ich pasje. Oczywiście bezpośredni udział w doświadczeniach laboratoryjnych, mówimy o młodzieży i młodszym pokoleniu, czyli bezpośrednia możliwość dotknięcia na żywo eksponatów jest nie do przecenienia. Mamy nadzieję, że w kolejnych edycjach wydarzenia odbędą się w tradycyjnym trybie stacjonarnym.

A na co mogą uczestnicy liczyć w styczniu, co będzie przeważać?

BM: Proponowany tytuł przewodni XI edycji Nocy Biologów nawiązuje do rezolucji Parlamentu Europejskiego z 6 czerwca 2021 roku na rzecz bioróżnorodności 2030 i brzmi: „Różnorodność biologiczna: od genu do ekosystemu”. Planowane wydarzenia obejmą w swojej tematyce zmiany bioróżnorodności w odniesieniu do szybko postępujących zmian klimatu. 

Mariola Zdancewicz

 

z prorektorem ds. rozwoju i współpracy z gospodarką Politechniki Poznańskiej – prof. dr hab. inż. Michałem Wieczorowskim – rozmawia Mariola Zdancewicz 

Gratulujemy objęcia funkcji prorektora Politechniki Poznańskiej. Przyszło ją Panu piastować w warunkach pandemii. Myśli Pan, że byłoby inaczej, gdyby czas był inny? 

środa, 19 styczeń 2022 23:12

Z dbałością o mieszkańców

z Wójtem Gminy Tarnowo Podgórne Tadeuszem Czajką rozmawia Mariola Zdancewicz

Rok 2020 zakończył się miłym akcentem – gmina zajęła III miejsce w kategorii gmin wiejskich i otrzymała tytułu laureata w Rankingu Zrównoważonego Rozwoju! Gratulujemy!

Dziękuję – w imieniu mieszkańców i przedsiębiorców Gminy Tarnowo Podgórne, bo to nasz wspólny sukces. Bardzo wysoko cenimy to wyróżnienie. Ranking opiera się o obiektywne wskaźniki publikowane przez Główny Urząd Statystyczny. Co więcej, zespół niezależnych ekspertów, pracujący na Politechnice Warszawskiej pod kierunkiem prof. Eugeniusza Sobczaka, stale monitoruje rozwój społeczno-ekonomiczny wszystkich gmin i regionów – jednostek samorządu terytorialnego. Pod uwagę bierze się m.in. wartość wydatków na projekty inwestycyjne w przeliczeniu na jednego mieszkańca, liczbę osób pracujących na tysiąc mieszkańców, liczbę podmiotów gospodarczych na tysiąc mieszkańców, saldo migracji, liczbę absolwentów szkół ponadgimnazjalnych czy odsetek mieszkańców korzystających z oczyszczalni ścieków. To bardzo kompleksowa ocena. Cieszę się, że co roku nasza gmina w takim zestawieniu zajmuje czołowe miejsca w kategorii gmin wiejskich. 

Realizowana jest obecnie ważna inwestycja – modernizacja i rozbudowa oczyszczalni ścieków…

Rozwijamy się bardzo dynamicznie. Rośnie liczba mieszkańców, pojawiają się nowi inwestorzy, a funkcjonujące przedsiębiorstwa zwiększają swój potencjał. Dla naszego samorządu oznacza to konieczność realizacji kolejnych inwestycji zwiększających wydajność infrastruktury technicznej. Z tą myślą prowadzimy obecnie modernizację i rozbudowę oczyszczalni ścieków Tarnowskiej Gospodarki Komunalnej TP-KOM. 

Efektem tej inwestycji będzie podwojenie jej wydajności – teraz dobowo „przerabia” ok. 4 000 m3, a po modernizacji będzie to 8 000 m3. Warto podkreślić, że wprowadzane rozwiązania to prawdziwy skok technologiczny. Zastosowany zostanie m.in. nowoczesny system napowietrzania (zamiast rusztowego z dołu – pęcherzykowe z góry), wyeliminowane zostaną zbiorniki zagęszczania i odwadniania osadów, dłuższa i staranniejsza będzie obróbka ścieków. Zainstalowany system będzie dostosowany do zmieniającej się struktury ścieków, tzn. przeznaczony będzie zarówno do oczyszczania ścieków komunalnych, jak i przemysłowych, co w przypadku naszej gminy jest bardzo ważne. 

Ważną kwestią jest też bardzo korzystne finansowanie tego przedsięwzięcia, którego wartość wynosi ponad 37 mln zł brutto. Blisko 50% tej kwoty to unijne wsparcie w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020. Kolejne prawie 50% kwoty spółka otrzymała w formie preferencyjnego kredytu z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Rozbudowa zakończy się 31 grudnia 2021 r. 

Trwa także modernizacja dworku w Sierosławiu...

Bardzo zależy nam na tym, żeby ratować ważne historycznie miejsca na terenie gminy. Uważam, że świadczy to o dojrzałości naszej społeczności lokalnej – chcemy nie tylko budować nowoczesne budynki, ale także restaurować cenne historycznie obiekty. Do takich należy dworek w Sierosławiu. Dotychczas mieściły się w nim mieszkania komunalne, więc rozpoczęcie renowacji poprzedziło wybudowanie nowych mieszkań. 

Prace remontowe są na ukończeniu. Sierosław zyska nowe miejsce spotkań – w dworku mieścić się będzie świetlica oraz pomieszczenia dla rady sołeckiej. Przewidzieliśmy także miejsce na gabinety lekarskie, co ważne dla tej prężnie rozwijającej się społeczności. Zmieniło się także otoczenie pałacyku – są nowe ścieżki spacerowe, miejsca wypoczynku, boisko sportowe, plac zabaw i siłownia zewnętrzna. Jestem przekonany, że i dworek, i park będą długo służyć mieszkańcom. 

W ubiegłym roku rozmawialiśmy o budowie Zespołu Szkół Technicznych. Czy udało się dokończyć inwestycję zgodnie z planem?

Tak! To przedsięwzięcie jest największą inwestycją gminną w obszarze oświaty. To było bardzo ambitne zadanie, szyte na miarę potrzeb mieszkańców i przedsiębiorców. Jestem pewien, że stworzyliśmy miejsce, gdzie w przyjaznych warunkach uczniowie zdobywają nowoczesną wiedzę, zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, ale też adekwatną do potrzeb lokalnego rynku pracy. Oferta edukacyjna spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem – technikum było na drugim miejscu pod względem liczby uczniów na jedno miejsce wśród szkół z Poznania i powiatu poznańskiego. 

1 września 2020 r. naukę rozpoczęło tu stu pięćdziesięciu dwóch uczniów. Żałuję bardzo, że przez pandemię nie mogą oni w pełni korzystać z nowocześnie wyposażonych klas i pracowni zawodowych. Wiem, że tych kilkanaście tygodni rozbudziło apetyty młodzieży do zdobywania wiedzy w tak komfortowych warunkach. 

Prowadzimy teraz trzy szkoły ponadpodstawowe – liceum, technikum i szkołę branżową I stopnia. Młodzi mieszkańcy mogą zatem kontynuować naukę „na miejscu” bez konieczności dojeżdżania do Poznania. To – jak wielu z nich podkreśla – bardzo duże udogodnienie. Obecnie trwa nabór na kolejny rok szkolny – mam nadzieję, że zainteresowanie ofertą naszych szkół będzie równie wysokie jak dotychczas.

Podpisał Pan umowę w sprawie budowy Centrum Integracji Obywatelskiej…

W naszej gminie powstaną dwa takie centra – w Tarnowie Podgórnym i Przeźmierowie. Mają to być miejsca sprzyjające integracji lokalnej, inspirujące do działań społecznych, stymulujące rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Dlatego w obu znajdą się pomieszczenia dla organizacji pozarządowych. Ponadto w Przeźmierowie zaplanowaliśmy miejsce dla posterunku policji, o co bardzo apelowali mieszkańcy. Do Centrum przeniesie się także Filia Urzędu Gminy. Z kolei w Tarnowie Podgórnym chcemy otworzyć Muzeum Demokracji, w którym przede wszystkim uhonorujemy osoby i podmioty, najbardziej zaangażowane w społeczno-gospodarczy rozwój naszej gminy. Budowa Centrum w Przeźmierowie zrealizowana zostanie pod koniec tego roku, a w Tarnowie Podgórnym – w kwietniu 2022 r. Jestem przekonany, że będą to kolejne atrakcyjne punkty na mapie naszej gminy, będące odpowiedzią na potrzeby mieszkańców. 

 

z prof. dr hab. n. med. Maciejem Kurpiszem, kierownikiem Zakładu Biologii Rozrodu i Komórek Macierzystych Centrum Genetyki Człowieka PAN, rozmawia Mariola Zdancewicz

Proszę zdradzić, czemu się Pan teraz poświęca, jakie działania Pan podejmuje?

Mamy okres konsolidacji, wynikający z faktu, że finansowanie nauki w Polsce upada, w związku z czym na placu boju pozostają najbardziej zdeterminowani. Takich zespołów, zakładów, grup czy poszczególnych osób nie jest zbyt dużo.Walka z COVID-19 nie może być ogólnym priorytetem, to zadanie pewnego sektora służby zdrowia. W Polsce z reguły dany problem rozlewa się niestety szeroką strugą i pociąga poszczególne dziedziny życia, które w zupełnie nieuprawniony sposób dają się wciągnąć w coś, co społeczeństwu nie przysparza żadnych beneficjów. 

Mój pomysł, wynikający z długoletnich doświadczeń – zakończenie wielkiego cyklu dotyczącego regeneracji pozawałowej mięśnia sercowego, to jeden z najambitniejszych pod względem logistycznym programów, które wykonywałem. Realizowany jest na modelu świńskim, a więc najbliższym fizjologii człowieka, a przy tym kapryśnym i bardzo kosztownym. Do tej pory świnie były sporadycznie wykorzystywane w kardiologii – przede wszystkim do weryfikacji i zaopatrzenia mięśnia sercowego w stenty elutowalne, które się same roztrawiały, posiadały przeciwciała hamujące krzepliwość oraz różnego rodzaju sposoby zaopatrywania naczyń wieńcowych. Trudno nazwać to nauką przez duże „N”, ale można zaliczyć do cyklu obserwacji przedklinicznych, które są bardzo potrzebne, gdyż później dyskontowane są w klinice człowieka. 

Proszę wyjaśnić...

Modele te pokazywały się w Polsce sporadycznie, żadna grupa do tej pory nie doprowadziła do wystandaryzowanego świńskiego modelu pozawałowego, który wiódłby nas do zrozumienia kardiomiopatii mięśnia sercowego. Dysfunkcja mięśnia sercowego polega na tym, że zaczyna on gubić się w swojej hemodynamice, która się obniża i prowadzi do zmian anatomicznych. Z uwagi na to, że nie posiada własnej warstwy regeneracyjnej, zagubienie najczęściej skutkuje tylko przerostem, bo komórki nie mogą wejść na drogę mitozy. Przerost z kolei doprowadza do deformacji. W związku z tym pojawia się układ kwadratury koła – jedno prowadzi do drugiego, a drugie do trzeciego. 

Do tej pory w sensie molekularnym i fizycznym nie jesteśmy w stanie rozdzielić poszczególnych faz kardiomiopatii. Nie wiemy w którym momencie droga jest już tylko jednokierunkowa – w stronę niewydolności serca. 

Przypominam, że niewydolność serca została niedawno ochrzczona przez Światową Organizację Zdrowia jedną z najbardziej powszechnych chorób prowadzących do śmierci. W związku z tym badamy regenerację mięśnia sercowego dwoma określonymi typami komórek macierzystych, zdając sobie sprawę, że procesy regeneracyjne, nawet te zapożyczone, czyli pochodzące spoza narządu, obejmują pewną pulę typów komórek. Na pewno nie jest to jedna komórka, jest ich wiele, a ich udział w procesie regeneracyjnym jest ściśle określony. Pomimo starannego leczenia jakimkolwiek leczeniem zachowawczym, w tym betablokerami, które obniżają pracę serca i uważane są za jedne z najbardziej efektywnych leków zmniejszających śmiertelność. 

Na modelach świńskich chcemy zakończyć nasze dwudziestoletnie badania. Do tej pory prowadziliśmy je na gryzoniach, myszach i szczurach. Istnieją takie rasy myszy, które tolerują ludzkie tkanki, co nie ma swojego odwzorowania na świniach – tam musimy prowadzić aktywną immunosupresję, czyli obniżenie reaktywności układu odpornościowego dla uzyskania tolerancji na przeszczep (organu, tkanki czy obcych komórek). Chętnie używaliśmy gryzoni i obserwowaliśmy stopień zaangażowania ekspresji genów w miokardium, czyli części mięśniowej serca odpowiedzialnej za siłę skurczu. Badamy, w jaki sposób geny reagują zarówno w trakcie zawału, prowadząc do kardiomiopatii, jak również w interwencjach z komórkami macierzystymi, które starają się tej deformacji zapobiec. W modelu mysim dostaliśmy pewien wzór molekularny, dzięki któremu wiemy, na pobudzenie których genów możemy liczyć w momencie, kiedy uruchamiamy szeroko pojęty proces proregeneracyjny.

Tych kilkanaście genów, które do tej pory wyodrębniliśmy i opublikowaliśmy, nazywam stemplami molekularnymi. Jeśli stemple te powtórzą się w tym samym kontekście, przed i po zaopatrzeniu mięśnia pozawałowego komórkami macierzystymi, będziemy mieli widoczny efekt hamowania ekspresji genów prowadzących do niekorzystnej przebudowy, względnie – promocji genów hamujących przebudowę. Jeżeli uda nam się to pokazać w sposób jednoznaczny, wówczas uważam, że ta grupa badawcza, składająca się już z kilkunastu osób z różnych regionów Polski, będzie miała olbrzymią przyszłość. Wytworzy bowiem model nie jednorazowy, ale dotyczący całego układu kardiomiopatii ze wszystkimi negatywnymi i pozytywnymi elementami w kierunku wdrażanych terapii. Będą one miały na celu albo ożywianie genów korzystnych, albo hamowanie niekorzystnych. 

Gratuluję! To, o czym mówimy, to medycyna przyszłości. Bardzo niedalekiej…

Oczywiście… Badając ekspresję danych genów na poszczególnej fazie pogłębiającej się patologii, zauważamy, że po pierwsze jest to niezbędne do prawidłowej diagnozy organu, a po drugie pociąga za sobą pobranie tkanki z miejsca bezpośrednio objętego reakcją patologiczną. W przypadku serca było to zawsze niezwykle trudne, do tej pory tylko bardzo doświadczone zespoły podejmowały ryzyko pobrania biopsji. 

Drugi element, który można by było wdrożyć, ale który jest niezwykle kosztowny, stanowi tak zwane mapowanie elektronapięciowe. Polega ono na regionalnych badaniach w poszczególnych segmentach – bo serce podzielone jest nie tylko na przedsionki i komory, ale również na kilkanaście segmentów dla ułatwienia topografii. Nie pracuje ono jak pompa w sposób podłużny, ale dokonuje lekkiego skrętu, żeby móc skompresować i natężyć siłę. W tych miejscach elektronapięciowych wskazać możemy, w którym segmencie to napięcie odbiega od normy. Na podstawie naszych badań możemy nawet powiedzieć, które miejsca elektronapięciowe mogą być zaopatrzone komórkami macierzystymi, które jednak na tyle wypadają poza układ elektrofizjologiczny, że są nieprzydatne. Należałoby tam dokonać na przykład wzmocnienia, włożenia rusztowania napylonego komórkami macierzystymi, pewnego elementu trwałego, żeby miało możliwość skurczu, ponieważ uformowana blizna nie daje się już ożywić. 

W klinice mięśnia pozawałowego rozróżniamy miejsce, które jest całkowicie zmienione, czyli bliznę łącznotkankową. Potem mamy miejsca atroficzne dookoła tej blizny, czyli spadek zasiedlenia kardiomiocytów, albo wyraźne ścieńczenie grubości warstwy mięśniowej. Dzielą się one na „trafione nieodwołalnie” w sensie negatywnym oraz hibernowane, czyli zszokowane, które można ożywić. Jesteśmy w stanie to wymapować. 

System NOGA, służący do identyfikacji miejsc, w które mamy podawać komórki macierzyste, wyrysowuje jednocześnie elektronapięciową mapę serca i wykazuje wszystkie jego słabe i silne punkty!

O tym, czy takie dokładne mapowanie serca jest w danym przypadku wskazane, powinno decydować konsylium. Ustaliłoby to mięsień sercowy na pewnym etapie wydolności i przez długi okres byłaby ona stabilna.

Jak już wspomniałem, mówimy tu o najnowszej medycynie, czyli sporządzaniu map elektronapięciowych dla uzyskania mapy funkcjonalnej serca, ewentualnie biopsjach regionalnych, które wskazywałyby nam stemple molekularne, na podstawie których wnioskowalibyśmy, jak dalece ta niekorzystna przebudowa mięśnia sercowego zachodzi i czy na danym etapie jesteśmy w stanie ją powstrzymać poprzez obniżenie ekspresji takiego, a nie innego genu. Dopiero się tego wszystkiego uczymy. 

Jesteście Państwo na dobrej drodze, żeby zlokalizować chorobę systemową…

Sprawą systemową jest odpowiedź na pytanie dlaczego to się stało. Zahaczamy tu o zupełnie inny układ, a mianowicie miażdżycowo-krzepnięciowy. Tajemnicą poliszynela jest, że w miarę upływu czasu i starzenia się naszego organizmu, wszystkie stosunki dotyczące lepkości krwi, zmieniają się, a w ostatnich czasach nawet dość parszywie, ponieważ podlegamy wpływowi niedobrych sił ekologicznych czy antyekologicznych, w postaci tak zwanych nanocząstek, które powodują zwiększony stan wykrzepiania. Około 48-72 godzin po okresie alarmowym stężenia nanocząstek we wdychanym powietrzu obserwuje się wysyp udarów albo zawałów serca – osoby takie przeważnie umierają. Mają one oczywiście pewnego rodzaju predyspozycje i są na niewystarczającym leczeniu koagulologicznym. W momencie, kiedy presja środowiska wywołuje zwiększenie stanu lepkościowego, zamiast podać im zupełnie inny rodzaj oddziaływania antykrzepliwego, zostawia się ich mówiąc, że mają pić dużo wody. Mamy wtedy do czynienia z endemicznymi ogniskami śmierci, w zależności od tego, gdzie ta chmura akurat przebywa – w Krakowie, Poznaniu, Warszawie.

Oprócz naturalnie powiększających się stosunków lepkościowych krwi, wraz ze starzeniem organizmu dochodzi także niebagatelna presja środowiska, która powoduje skrócenie życia, bądź duży dyskomfort, w wyniku zdarzających się stanów zakrzepowych, które obejmują dwa najważniejsze dla naszego funkcjonowania narządy, czyli mózg i serce. Nie rozumiemy jeszcze kolejności tych wydarzeń – dlaczego najpierw jest udar mózgu, a potem serca a czasem odwrotnie. Wiemy natomiast, że jedno z drugim ma związek. W związku z tym na zjeździe w Paryżu, który zajmował się właśnie koincydencją pomiędzy udarem mózgu a zawałem serca, podkreślano, że prawidłowe leczenie koagulologiczne nie obejmuje w tej chwili jednej specjalności lekarskiej. O leczeniu koagulologicznym na obecnym, skomplikowanym etapie cywilizacji głos zabierać powinno konsylium. 

Kiedy odbył się zjazd w Paryżu?

…Trzy lata temu. Po powrocie zainicjowałem podobne sesje na Kongresie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, zwracając uwagę, że kardiolodzy sami nie mogą obradować nad chorobami kardiologicznymi, potrzebny jest support innych dziedzin, ponieważ wykracza to poza dysfunkcję jednego organu i zamienia się w chorobę systemową. Nie wiem, czy skojarzenie neurologów z kardiologami, jak na naszej sesji, jest wystarczające. Francuzi mówią, że nie. Powinni pojawić się także radiolodzy i konsultacja przy pomocy nowoczesnych metod obrazowania, albowiem wydaje się, że wszyscy przechodzimy w tak zwaną sieć mikroudarową, która w taki czy inny sposób powoduje redukcję naszego współczynnika inteligencji w miarę upływu czasu. Nie dzieje się to tylko i wyłącznie wskutek “zawężenia” obiegu krwi z powodu zmian miażdżycowych. Mikroudarów jest kilkanaście razy więcej niż tych objawowych, które powodują poważne zaburzenia kognitywne, mowy czy paraliż. Żeby to wybadać i doprowadzić leczenie do optymalizacji spersonalizowanej w danym kierunku, niewątpliwie musi nad tym obradować konsylium. Konia z rzędem temu, kto w siermiężnych warunkach naszego kraju jest w stanie wykoncypować prawidłowy rodzaj leczenia w tak skomplikowanym scenariuszu chorobowym.

W końcu te dwa organy – mózg i serce – są blisko siebie, pozostają w głębokiej współpracy i jedno zależy od drugiego... 

…I prawdopodobnie wysyłają do siebie sygnały! Tropimy to przy pomocy tak zwanych mikrocząstek. Nie wiadomo póki co, czy sygnały te są pozytywne czy negatywne. Z biegiem czasu chcielibyśmy dowiedzieć się, czy istnieje jakaś predykcja, że obciążony udarowo mózg przesyła sygnał, że za chwilę dojdzie do zawału, czy mikrocząstki będą przekazywane w takiej formule, że będziemy mogli przynajmniej tego oczekiwać i ustalić stopień ryzyka.

To jeden z bardziej fascynujących obecnie tematów w medycynie światowej. Chodzi tu nie tylko o zjawisko terminalne, czyli kwestię życia i śmierci, ale jak wspomniałem, stopniowego ograniczania poziomu inteligencji, na czym nam niesłychanie zależy. Chcemy nie tylko doprowadzić do przedłużania życia w aspekcie metrykalnym, zależy nam na życiu autentycznym, na poziomie wysokiej jakości. Medycyna wysoko rozwinięta do tego dąży. 

Proszę powiedzieć, czy temat niepłodności, w szczególności męskiej, został przez Pana zarzucony?

To zagadnienie świetnie się rozwija, niestety w negatywnym sensie. Jest to problem globalny, zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia, która głosi, że zdrowie reprodukcyjne jest wykładnikiem zdrowotności społeczeństw. W związku z tym, jeśli dysfunkcji podlega tak subtelny mechanizm, jakim jest rozród, to znaczy, że społeczeństwo musi być bardzo obciążone różnymi chorobami. 

Czy może się to wiązać z przemęczeniem organizmu?

Myślę, że podłoże jest dużo bardziej poważne niż do tej pory sądziliśmy. Wspomnieliśmy wcześniej o pokrewieństwie, czy też połączeniu sygnałowym pomiędzy mózgiem a sercem. Możemy także mówić o takim połączeniu, które bardzo powoli nam się odkrywa, pomiędzy męskim narządem rozrodczym a mózgiem. Zostało to odkryte przypadkowo, …ale zagadnienie jest szerokie więc jeśli pozwolisz zostawimy je na inną rozmowę.

z p.o. dyrektora OKL w Gołuchowie panią Ewą Jedlikowską rozmawia Mariola Zdancewicz

Zaczęłyśmy od żubrów... widzę, że są Pani oczkiem w głowie... 

Tak, myślimy o ich reprodukcji, aby osobniki, które się urodzą, były zdrowe.
Jesteśmy po konferencji „żubrowej” w Augustowie, gdzie ta sprawa była omawiana. Z panią profesor Wandą Olech myślimy o wymianie zwierząt, żeby zapewnić zróżnicowanie genetyczne w stadzie. W tej chwili rozstrzygnęliśmy przetarg na ogrodzenie i poszerzamy żubrowy teren ogrodzenia o ponad tysiąc dwieście metrów. 

Jeśli chodzi o otoczenie zamku, zależy nam na tym, żeby odtworzyć wygląd ogrodu, jak za czasów Izabeli Czartoryskiej. W tym celu przygotowujemy potrzebne dokumenty, na podstawie których będziemy urządzać ten teren. Myślę, że w najbliższym dziesięcioleciu będziemy mieli ogród, który będzie odpowiadał wizerunkowi sprzed dziesiątków lat. Udało nam się znaleźć listy głównego ogrodnika Adama Kubaszewskiego, który zajmował się tworzeniem parku. Mamy je, jesteśmy z tego powodu bardzo dumni, są po konserwacji i jesteśmy w trakcie przygotowywania wystawy. 

Ponieważ zaczęłyśmy nieco od środka, proszę, żeby się Pani przedstawiła.

Ewa Jedlikowska, pełniąca obowiązki dyrektora OKL w Gołuchowie od 1 sierpnia 2021 roku. Jestem leśnikiem z zamiłowania i z wykształcenia. Pracę w Lasach Państwowych zaczynałam w Nadleśnictwie Czerwonak, gdzie odbyłam staż i pracowałam na różnych stanowiskach. Szczególnie mocno interesowałam się  entomologią i fitopatologią. Zawsze blisko domu miałam rośliny, mnóstwo ziół i tak jest do tej pory, a dodam, że mieszkam przy lesie. 

Jest Pani zatem gruntownie przygotowana....

…w międzyczasie ukończyłam studia podyplomowe z hodowli lasu, z przygotowania i rozliczania funduszy unijnych, jak również z zamówień publicznych. Następnie zakończyłam studia z audytu wewnętrznego w jednostkach sektora finansów publicznych.

Trochę się w tym pogubiłam, niech mi Pani powie, ile Pani ma w końcu tych specjalizacji?

Musiałabym policzyć.

Poproszę...

Będzie koło dziesięciu.

Wracając do poprzedniego wątku, tak jak Pani powiedziała, jest Pani osobą pełniącą obowiązki dyrektora...

…i nigdzie się nie wybieram. Oczywiście, jeżeli Dyrektor Generalny będzie chciał, żeby mu pomóc w innych obszarach, to się dostosuję. Jestem teraz zaproszona na konferencję związaną z gospodarką odpadami w Złotowie, tam będę mówiła o tym, jak radzą sobie Lasy  Państwowe z dzikimi wysypiskami śmieci. To była moja propozycja, za zgodą przełożonego z Dyrekcji Generalnej LP, żebym taki temat poruszyła... bo to nie jest nasze zadanie własne i likwidacja dzikich wysypisk nie wynika z ustawy o lasach… my mamy utrzymać porządek, a nawiasem mówiąc, na sprzątanie Lasy Państwowe wydatkują ogromne pieniądze…

 A jaki jest pomysł na śmieci w lesie?

Mam pewne plany, bo samorządy w ramach likwidacji dzikich wysypisk śmieci otrzymują finansowanie z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Lasy tego nie mają. Coś się musi zadziać, myślę, że mogę być takim głosem, który będzie ten problem pilotował, tym bardziej że wcześniej poproszono mnie do zarządu Związku Międzygminnego Gospodarka Odpadami Aglomeracji Poznańskiej i byłam tam przez półtora roku. Porządkowałam różne sprawy związane z gospodarką odpadami. Do takich rzeczy też jestem przygotowana. 

Jakie Pani ma plany? Chodzi o tę placówkę.

Na pewno będę chciała podlegające nam obiekty utrzymać w jak najlepszej kondycji i zdigitalizować wszystkie zbiory. Myślimy też o muzeum historii mówionej, mamy dużo pięknych osób, które są w podeszłym wieku i chciałabym, żeby nam poopowiadały o leśnictwie, o swojej pracy, o swoich pasjach i mam nadzieję, że uda się uchwycić.

Mamy Ogólnopolski Przegląd Twórczości Artystycznej Leśników OPTAL i to jest niesamowity konkurs, którego rozstrzygnięcie odbyło się 1 października br. Pokazujemy wszystkie prace, które do nas trafiły. Tworzą je różne osoby, jednak z reguły są to leśnicy. Dzieł było bardzo dużo. Grand Prix dyrektora OKL uhonorowano animację „Nim zetniemy” Piotra Barwika, która odpowiada współczesnym potrzebom.

Myślimy też o kompleksowym monitorowaniu. Z jednej strony musimy chronić mienie, za które odpowiadamy, z drugiej, chcemy wiedzieć, ile osób do nas przychodzi. Wiemy, ile mamy sprzedanych biletów, ale nie wszystkie osoby idą do Muzeum Leśnictwa, część zostaje w parku, który ze względu na swoją tajemniczość, jest wielką atrakcją... ale jest to też kwestia utrzymania. Założenie Izabeli Czartoryskiej było takie, że park ma być ogólnodostępny i tak jest, ale mówiąc pół żartem, wiem, czy przez mostek przechodzi dziennie pięć, czy tysiąc pięć osób. Muszę wiedzieć, czy środków na utrzymanie starczy na pięć, czy na więcej lat…

Który projekt cieszy się największym zainteresowaniem? 

Tych wydarzeń jest dużo... myślę, że Międzynarodowy Dzień Lasów, Międzynarodowy Festiwal Kultury Leśnej i Europejskie Dni Dziedzictwa przyciągają bardzo dużo osób, również z zagranicy. Dochodzą też nowe wydarzenia, na przykład Stowarzyszenie Właścicieli Wyżłów chce u nas organizować swoje imprezy i najlepiej, żeby były cykliczne…

Teraz z dyrekcji generalnej z Gdańska przyjechała grupa osób, która była zachwycona parkiem. Przygotowują u nas właśnie swoją wystawę… Była też wystawa na Wielki Dzień Pszczół związana z pszczelarstwem, zrobiła furorę… Mamy Radę Naukową, która przygotowuje tematyczne konferencje, to też jest duże wydarzenie dla nas, leśników. Takim wydarzeniem cyklicznym będzie też nowo ustanowiony na 12 lipca Dzień Leśnika.

Proszę powiedzieć, czy  pandemia mocno Państwu przeszkadza? 

W zeszłym roku mocno nas ograniczyła, dlatego musieliśmy po części oprzeć się na internecie… pokazywaliśmy m.in. filmiki wystaw. Bardzo chcieliśmy być z odbiorcami w kontakcie. Teraz wiele osób do nas wraca, więc cieszymy się, że park jest otwarty. Oczywiście są obostrzenia, ale ilość osób, które wracają, ciągle się zwiększa. To cieszy, tym bardziej że tworzymy rzeczy nowe, a w najbliższym czasie powstanie ogród sensoryczny.

Co to oznacza?

...że będzie przygotowana oferta dla osób z niepełnosprawnościami, na przykład dla osób niewidomych – dział zapachów, dla osób niepełnosprawnych ruchowo – podjazdy dla wózków. Liczymy, że będą też tablice informacyjne pisane alfabetem Braille’a, projekt już mamy. Teraz kolej na rzeczy techniczne. 

Macie 13 gatunków małych nietoperzy…

Tak, zgadza  się. W tej sprawie napisałam pismo do Wojewódzkiego Funduszu i myślimy, że w następnym roku będziemy szli w kierunku badań naukowych pod kątem naszych nietoperzy i je też wpiszemy do naszej bazy. To jest obszar, którym chcielibyśmy gruntownie się zająć.

Od 2010 roku pod koniec maja nad jeziorem Strzeszyńskim pod Poznaniem odbywają się festiwale muzyczne, których gospodarzem jest Jerzy Gumny, a program układa Leszek Możdżer.

Zwykle obchodzi się okrągłe rocznice. Dlaczego jedenasty, to jubileuszowy? Dziesiąty odbył się w warunkach pandemicznych restrykcji, które podyktował koronawirus w okrojonej wersji i wspomagany przez transmisje internetowe. Rekompensatą dla melomanów była tegoroczna edycja w dwu odsłonach majowej i sierpniowej.

Tak, jak nieoczywista jest jedenasta jubileuszowość festiwalu, tak samo miejsce i program nie pasują do wszelkich kanonów. Sam pomysł zorganizowania Sali koncertowej w plenerze, nad jeziorem wydaje się szalony. Specyficzna akustyka jaką oferuje pobliskie jezioro, towarzyszące koncertom odgłosy natury tworzą niezwykły klimat. Może też dlatego nie dziwi to, że występowały obok artystów mrówki i śpiewały kamienie. Na scenie było dwanaście fortepianów.

Leszek Możdżer walczy z liczbami i schematami, eksperymentuje ze strojami fortepianu; raz jest to 432, innym razem 442.

Jednak muzyka, to jak matematyka, wszystko musi się zgadzać. W majowej odsłonie były dwa koncerty, powtórzone, aby mogła uczestniczyć w nich większa publiczność. W sierpniowe wieczory w ciągu trzech dni, po trzy koncerty – razem jedenaście.

Nim rozbrzmiała muzyka, odbył się wernisaż wystawy Marcina Zawickiego „To żyje” w „ABC galery”. Warto na to miejsce zwrócić uwagę. Galeria działa nie tylko w sezonie letnim, wychodzi w otwartą przestrzeń, prezentując ciekawą kolekcję obiektów, rzeźb w plenerowej wersji.

Festiwal rozpoczął recital Leszka Możdżera. Zaproponował swoje interpretacje Chopina i Prokofiewa oraz własne kompozycje. Program zapowiadał album, który ukazał się w październiku. Jak zwykle poszukiwał nowych brzmień instrumentu z pomocą nie muzycznych rekwizytów. Chociaż jeden był obecny. Czasem towarzyszył mu metronom, narzędzie tortur niejednego pianisty, odmierzający równe metrum. Z taktomierzem trudno walczyć, tylko nielicznym udaje się z tych pojedynków wyjść bez szwanku.

Kronikarze odnotowali, że artysta wystąpił w fioletowej marynarce, a na widowni byli jego rodzice. Obchodzili rocznicę swojego ślubu, a syn 50 urodziny.

Pierwszym gościem była debiutantka, choć w towarzystwie gwiazd. Aga Derlak przedstawiła program ze swojej pierwszej autorskiej płyty.

Aga Derlak – pianistka, kompozytorka i edukatorka. Edukację muzyczną kończyła w Berklee College of Music w Bostonie i na Akademii Muzycznej w Katowicach. Kształciła się u mistrzów polskiej jazzowej pianistyki: Michała Tokaja oraz Pawła Tomaszewskiego. Przez dwa lata mieszkała w Bostonie, gdzie doskonaliła swe umiejętności pod okiem Danilo Pereza, pianisty Wayne Shortera. Twórczość Agi Derlak zdobywa szerokie uznanie zarówno wśród jazzowej publiczności, jak i wśród krytyków – w kraju i za granicą.

Koncert Agi Derlak Quintet na Enter Enea Festival będzie premierą płyty Aga Derlak Quintet z udziałem gości – Doroty Miśkiewicz, Jerzego Małka, Barbary Derlak oraz Atom String Quartet.

Atom String Quartet – jeden z najbardziej intrygujących kwartetów smyczkowych na świecie, należący do grona najlepszych wykonawców jazzowych w Polsce. Zespół łączy możliwości kwartetu smyczkowego z szeroko rozumianą improwizacją. W jego twórczości – oprócz jazzu – słychać inspiracje polskim folklorem, muzyką z różnych regionów świata, a także muzyką współczesną i klasyczną.

Dorota Miśkiewicz – Najlepsza Wokalistka Roku zdaniem czytelników magazynu Jazz Forum. Absolwentka Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie skrzypiec. Kompozytorka, autorka tekstów, pomysłodawczyni i „spoiwo artystyczne” bezprecedensowego projektu PIANO.PL, podczas którego po raz pierwszy w historii polskiej muzyki, na jednej scenie, w kameralnych duetach, z towarzyszeniem Atom String Quartet zaprezentowało się z nią kilkunastu wybitnych polskich pianistów trzech generacji. Ma na swoim koncie współpracę z: Nigelem Kennedym, Davidem Murrayem, Louisem Winsbergiem, Kepą Junkerą, Toninho Hortem, Tomaszem Stańko i całą plejadą artystów polskiej sceny muzycznej. Wydała 8 autorskich płyt – w tym najnowszy album „Nasza Miłość” z marca 2021 roku.

Kiedyś wśród muzyków krążył taki przesąd, że kobiety nie potrafią grać na saksofonie, że to wybitnie instrument męski. Ci, którzy tak twierdzili po koncercie Marty Wajdzik z pewnością zmienią zdanie.

W kolejnej odsłonie festiwalu będzie to dopełnienie, wszak muzyczne skale składają się z dwunastu dźwięków. Może znowu nas zaskoczy dyrektor programowy niezwykłymi gośćmi, albo nowym strojem fortepianu. Jaki będzie dwunasty festiwal? Jedno jest pewne, niezwykły, jak wszystkie poprzednie i być może uroczysty. Podobno krawcy szyją już złote marynarki dla Leszka Możdżera i Jerzego Gumnego.

z prof. dr hab. inż. Tomaszem Łodygowskim rozmawia Mariola Zdancewicz

Osiem lat przewodził Pan Politechnice Poznańskiej. Proszę powiedzieć, czy tęskni Pan do tego zajęcia?

Nie tęsknię. Uważam, że kadencyjność jest bardzo dobrym rozwiązaniem, a osiem lat to wystarczająco dużo czasu, aby pewne rzeczy zrealizować, a inne zainicjować. Mam wrażenie i nadzieję, że te rozpoczęte będą kontynuowane. Jeśli chce się coś zrobić, to jest to bardzo wyczerpujące, więc konieczne są zmiany. Jeśli by się chciało tylko siedzieć, to oczywiście można nawet przez dwadzieścia siedem lat, jak Łukaszenka (śmiech).

Co uznałby Pan za swój sukces? Miał Pan dużo szczęścia będąc rektorem w momencie, kiedy Politechnika obchodziła ważne jubileusze...

O sukcesach mogą ewentualnie mówić inne osoby, które patrzą z boku i może potrafią docenić to, co się udało zrobić. Zwykle sukces polega na tym, że pokonuje się pewne trudności, kreowane zazwyczaj niezależnie od nas i naszego środowiska.

Można, owszem, powiedzieć, że pewnym sukcesem są dokonane inwestycje, które się w tym czasie pojawiły. Miałem przyjemność uczestnictwa w powstawaniu między innymi hali sportowej, która jest miejscem dosyć niezwykłym. Za moich czasów kończyło się także inwestowanie w budynek Wydziału Technologii Chemicznej czy nowej siedziby dwóch wydziałów – Architektury i Inżynierii Zarządzania, wyjątkowego, bardzo nowoczesnego obiektu. Są to sukcesy kadencji jako takiej, jednak nie chciałbym ich przypisywać sobie, realizacja takich inwestycji to bardzo złożone zadanie. Pozyskanie środków finansowych może częściowo mógłbym przypisać sobie, ale ważniejsza od nich jest chyba atmosfera międzyludzka, a ta była udana. W obu kadencjach dobrze nam się współpracowało z dziekanami, a wcale nie jest to takie oczywiste. To był wielki sukces nas wszystkich i z tego na pewno mogę się cieszyć. 

Mówić należy nie tyle o sukcesach, co o pokonywaniu wielu trudności. W ostatniej kadencji dokonywaliśmy zmian organizacyjnych uczelni, związanych z wprowadzeniem nowego prawa o szkolnictwie wyższym. Można by dyskutować, czy jest ono dobre, ale jesteśmy zależni od suwerena, dostajemy pewne subwencje za to, co i w jaki sposób robimy, więc przystosowaliśmy swoją organizację maksymalnie najlepiej do tego, aby mieć szanse w przyszłości, na przykład starać się o status uczelni badawczej. To były trudności, które należało pokonać. Czy jest to sukces? To, że udało się je pokonać – na pewno, ale to czy wprowadzone zmiany są do końca satysfakcjonujące, jest sprawą dyskusyjną. 

Cieszę się, że na wielu kluczowych stanowiskach zasiadają osoby oddane uczelni, co wcale nie jest normą, że pracownicy traktują swoje miejsce pracy jako coś szczególnego i wysoko je cenią.

Czy mentalnie rozstał się już Pan z funkcją rektora? 

Mentalnie rozstałem się z nią już pierwszego dnia, bo byłem pewien, że mój następca będzie kontynuował dzieło. Przykro mi, że musi się mierzyć z coraz trudniejszymi sprawami – kwestia pandemii stanowi dla uczelni dużą trudność. Związane jest to zwłaszcza z podejmowaniem decyzji dotyczących prowadzenia edukacji. Z rektorem mam bardzo dobre relacje i od czasu do czasu kontaktujemy się, aby pewne kwestie dla dobra ogólnego załatwić sprawnie.

Jakie działania podjął Pan po powrocie na dawne miejsce?

Nie wróciłem na swoje miejsce. Poprzednio pracowałem w Zakładzie Komputerowego Wspomagania Projektowania w Instytucie Konstrukcji Budowlanych, który prowadziłem przez kilkanaście lat. W czasie mojej kadencji rektorskiej młodsi współpracownicy „dorośli” do stosownych funkcji, zaoferowałem więc moją dawną posadę koledze – dziś prorektorowi uczelni. Uważam, że nie byłoby to dobre, gdybym wracał w to samo miejsce i próbował mieszać w już dobrze poukładanych przez moich następców garnkach (śmiech!!). 

Lata temu zakładałem na Politechnice pierwsze specjalności o charakterze lotniczym, zaoferowano mi więc stanowisko kierownika Zakładu Lotnictwa. 

Już od dawna uczymy studentów, że nie mogą liczyć na to, że raz wyuczony zawód będą uprawiali do końca życia, wręcz przeciwnie – będą raczej go wielokrotnie zmieniać. Sam więc muszę być w pewnym sensie przykładem. Ukończyłem budownictwo, większość prac naukowych robiłem z mechaniki komputerowej, szybko w nocy musiałem nauczyć się zarządzania zasobami ludzkimi i innymi kwestiami. Dodatkowy fakultet przyszło mi więc przyswoić w zasadzie samodzielnie, brałem jakieś pojedyncze kursy. A teraz odpowiedzialny jestem za lotnictwo. Tak jak mówimy studentom – życie nie może składać się z tylko jednej kompetencji. 

Pod koniec ubiegłego roku został Pan wybrany na Członka Rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Z czym w praktyce wiąże się ta funkcja? 

Rada związana jest z promowaniem i zatwierdzaniem działalności Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, przygotowywaniem nowych ofert dla społeczności akademickiej i naukowej w Polsce. Jestem również członkiem komisji do spraw strategicznych programów, co wiąże się z proponowaniem takich koncepcji, które kończą się efektami gospodarczymi. Dyskusje w ramach tego przedsięwzięcia nie są łatwe, a wszystkie spotkania odbywają się zdalnie.

Może to i dobrze, bo podróże do Warszawy zabierałyby znacznie więcej czasu.

Rolą Rady jest także zatwierdzanie realizacji i sprawozdań z poprzednich lat, przygotowywanych przez NCBiR oraz wybadanie, jakie są faktyczne efekty wydawania pieniędzy na cele naukowe. 

Jest to więc rola inspirująca z jednej strony oraz kontrolująca z drugiej. W tej chwili sytuacja jest nieco zagmatwana, ponieważ NCBiR było podległe Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, następnie mówiło się, że przejdzie pod Ministerstwo Rozwoju, a teraz wspomina się o nowym Ministerstwie Edukacji i Nauki. Zmiany organizacyjne są w toku, ale sama Rada pracuje stabilnie w zakresie, który jest jej nadany. 

Chciałam zapytać o kontynuację działań naukowych, ale skoro zmienił Pan optykę, proszę powiedzieć jakie nowe kroki Pan podejmuje?

Przede wszystkim działam w ramach mojej nowej rzeczywistości. Współpracuję z grupą młodych osób – nie ma tu pracowników samodzielnych i zależy mi, aby niektórzy z nich zostali wypromowani na pozycję doktorów habilitowanych. Są tu też młode osoby, które dopiero robią doktoraty. Wspomaganie ich jest moim głównym zadaniem. 

Jeśli chodzi natomiast o działalność stricte naukową, często współpracuję jeszcze z kolegami z poprzedniego zespołu, bo moje główne kompetencje naukowe są jednak skoncentrowane właśnie tam. Zaś w lotnictwie jest sporo rzeczy, które zaczynają mnie pasjonować, w szczególności te związane z bezzałogowymi statkami powietrznymi.

Proszę uchylić rąbka tajemnicy, o czym Pan myśli!

Myślę o przyszłości lotnictwa w ogóle, o tym że zacznie się intensywnie zmieniać przynajmniej w niektórych gałęziach, a w perspektywie będzie zastępowane lotnictwem bezzałogowym, łącznie z lotnictwem pasażerskim. Samoloty będą latały same. W wojskowości trenuje się to już od dawna. Samoloty bojowe następnej generacji będą jeszcze nowocześniejsze niż te, które dziś uznajemy za nowoczesne i też będą bezpilotowe. Dzięki temu wykonywać będą mogły operacje, których organizm ludzki nie byłby w stanie znieść. 

Sterowanie bezzałogowymi statkami jest dziś możliwe od początku do końca. Doświadczamy tego chociażby na niektórych dużych lotniskach na świecie gdzie transport między terminalami odbywa się pociągiem, który przyjeżdża i odjeżdża i żadnego kierującego w nim nie ma. Przyszłość będzie bezzałogowa. Być może potrzebny będzie kulturalno-oświatowy „pseudopilot”, czyli ktoś, kto będzie podtrzymywał kontakt z podróżnymi, aby uwolnić ich od ciężaru psychicznego, jaką daje świadomość, że samolot leci bez pilota. 

W takim wypadku będzie wymagany chyba inny rodzaj wykształcenia?

Przemysł przyszłości wskazuje na to, że potrzebne są zupełnie inne kompetencje. Ludzie boją się, że zastąpią ich automaty czy roboty i w związku z tym nie będą mogli pracować. Nie do końca jest to prawda należy raczej myśleć – jak mówiliśmy wcześniej – o zmianie kompetencji. To jest fundamentalna sprawa. Nadal będziemy potrzebować wielu wykwalifikowanych osób. W pierwszej kolejności zastąpione maszynami zostaną prace najprostsze… 

Dzisiaj niektóre kraje proszą o usługę inne państwa, w których praca jest niżej wyceniana, bo jest to bardziej ekonomiczne dla jakiejś firmy – ten proceder się skończy. Okaże się bowiem, że wykonać te prace będą mogły roboty i zrobią to szybciej, ponieważ nie będą musiały odpoczywać. Nie będzie zatem podziału, że w takim czy innym kraju jest tańsza siła robocza, siłę tę każdy będzie mieć u siebie. 

U nas wspomina się często o przemyśle 4:0, z uwagi na bliskość Niemiec, które propagują tę ideę... 

...Pisaliśmy już o tym kiedyś w „Merkuriuszu”...

To jest cały czas aktualne. Chcemy obudzić w naszych firmach chęć zdobywania kompetencji, żeby w naturalny sposób były zainteresowane wszelkiego rodzaju innowacjami. Do tego z kolei niezbędna jest właściwa edukacja. 

Dwie rzeczy są fundamentalnie ważne – odpowiedni poziom edukacji i zrozumienia, czyli pewnie najtrudniejsza do osiągnięcia kwestia, a druga to pieniądze. Trzeba mieć środki, żeby zainwestować w nowe kierunki z pełnym zrozumieniem. Zazwyczaj są różne opcje inwestowania w przyszłość. Znam to z autopsji. Przy zakupach różnorodnego sprzętu byliśmy zawsze przygotowani, że jak tylko się pojawi, natychmiast zostanie wykorzystany do granic możliwości. Znamy jednak i takie sytuacje, kiedy sprzęt zostaje dostarczony, ale trzeba się nauczyć jego obsługi, więc dwa lata czeka na wyjęcie z kartonów, nikt do nich nie zagląda, ponieważ wymaga to pokonania bariery kompetencji.

Przejdźmy jeszcze do tematu pandemii. Czy uważa Pan, że luki, które powstały na jej skutek uczelnia zniweluje?

Największe luki, które w tej chwili obserwujemy dotyczą relacji społecznych, które są niezwykle ważne. Czy wrócimy do poprzednich relacji, czy to w ogóle będzie możliwe – to są trudne pytania i wcale nie takie oczywiste… Myślę, że do tego, co ludzie nazywają normalnością nie ma powrotu. Stworzy się inna, nowa normalność. 

Uczelnia musiała sobie poradzić przede wszystkim ze sprawami dydaktycznymi. Myślę, że byliśmy nieźle przygotowani, żeby te trudności pokonać. Nie chodzi oczywiście o to, że buńczucznie teraz powiem, że doskonale sobie radziliśmy. Nie, ale mieliśmy jednak zaplecze sprzętowe i ludzi z obyciem technicznym, więc obsługa programów i aparatury nie była dla nas tak dużym wyzwaniem, jak prawdopodobnie w wielu innych środowiskach, chociażby zajmujących się edukacją powszechną, tam było to znacznie trudniejsze. 

U nas te trudności zostały relatywnie szybko pokonane, natomiast pojawiły się inne – w programach studiów politechnicznych jest bardzo dużo zajęć o charakterze laboratoryjnym. Część z nich można było oczywiście jakoś obejść, zrobić dodatkowe filmy, pokazać jak wyglądają eksperymenty i tak dalej, ale wszystko to wymaga czasu i nakładu pracy. Muszę przyznać, że moje koleżeństwo musiało poświęcić znacznie więcej czasu na taką dydaktykę niż normalnie, w przypadku pójścia na sale i wykonania doświadczenia na bieżąco. To jest spory wysiłek dla wielu. Części zadań laboratoryjnych nie da się jednak przeprowadzić i tu wracamy do pytania, czy jesteśmy w stanie wykształcić dobrego inżyniera bez praktyki. 

Próbowaliśmy robić tak, że kiedy studenci przygotowywali swoje prace dyplomowe związane z robieniem eksperymentów, to wpuszczaliśmy ich do laboratoriów, zachowując oczywiście wszelkie reżimy sanitarne. Mogli z nich korzystać i robili to. W laboratoriach pracują też doktoranci, przy różnych projektach badawczych. Nasi koledzy przychodzą na uczelnię i normalnie pracują, przy spełnieniu odpowiednich warunków sanitarnych. 

Organizacja edukacji w nowych warunkach to z pewnością duże wyzwanie. Czy zostanie bez śladu? …nie jest to możliwe. Myśleliśmy o tym, aby kiedy nastąpi już pewne rozluźnienie warunków epidemicznych, oferować specjalne, dodatkowe zajęcia dla tych, którzy chcieliby pewne rzeczy w laboratoriach zrobić. Przedmioty o charakterze wykładowym zostały wystarczająco dobrze przygotowane w formie zdalnej, ale praktyka będzie wymagała nadrobienia. Na ile młodzież zechce z tego skorzystać – to już osobne i trudne pytanie, ponieważ wiąże się z obserwacją z jakim materiałem mamy do czynienia. Na ile młodzież jest samodzielna, zdeterminowana, dorosła do tego, żeby zrozumieć, że studia to czas na inwestycję w siebie? Jeśli ktoś jest odpowiednio dojrzały, to korzystając z części wykładowej jako inspiracji do własnego studiowania, będzie mógł bez szwanku wyjść z pandemicznego czasu. Jestem o tym przekonany. Zdaję sobie jednak sprawę, że takich osób jest niewiele. 

Nie ma też tej atmosfery... Myślę, że młodzi ludzie lubią studiować na uczelni, niekoniecznie w domu...

Nie wiem... ja nigdy nie potrzebowałem atmosfery i koleżeństwa do studiowania. Akurat może tak się złożyło. Kiedy czegoś potrzebowałem, brałem książki i uczyłem się sam. Jeśli ktoś jest dorosły i zainteresowany nauką, zainspirowany tematem, to ma bardzo dobre warunki do rozwoju. Dostęp do literatury dzisiaj jest zupełnie inny niż lata temu, podobnie do bibliotek, czasopism przez internet – to jest zupełnie inny świat niż ten, w którym ja studiowałem. Przy odpowiednim, dojrzałym podejściu szanse, żeby się rozwinąć są dziś bardzo duże. Często zdarza się niestety, że jeśli wychowanie nie idzie w parze z edukacją, to rodzą się postawy roszczeniowe nieuzasadnione prawnie (śmiech).

Jak wyglądają postępy na lotnisku w Kąkolewie, w stworzenie którego był Pan zaangażowany?

Trochę inwestycji już się tu pojawiło. Stoi już nasz hangar, a drugi jest w budowie. Jest też inny, prywatny. Aeroklub też postawił jeden, drugi się pojawi. Powstanie także hangar dla łazików marsjańskich, a swoje pomieszczenie zbuduje także Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe. Inwestycje planuje też Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, która jest również naszym partnerm do prowadzenia studiów dualnych na kierunku Lotnictwo i Kosmonautyka.

Powstało bardzo ciekawe i inspirujące miejsce. Od czerwca będzie już funkcjonować oficjalnie jako lotnisko. Właścicielem jest Aeroklub Poznański, ale zarządzać tym będzie specjalna spółka, powołana przez Aeroklub, Politechnikę i Grupę Akrobacyjną „Żelazny”. 

Miejsce jest wyjątkowe, myślę, że da ważne owoce w przyszłości. To przestrzeń dla robotyków i automatyków, pojawią się dwa obserwatoria astronomiczne, zbudowane zostanie też duże pole fotowoltaiczne.

środa, 19 styczeń 2022 23:08

Docenieni

Z Janem Maćkowiakiem, dyrektorem Muzeum Narodowego Rolnictwa w Szreniawie, rozmawia Mariola Zdancewicz

W bieżącym numerze pokażemy trzy świetne wystawy: „STRENG VERBOTEN. Wielkopolska wieś w latach 1939-1945”, „Biskupianie na starej fotografii” oraz „Szlachetne wydanie okowity. Wystawa etykiet i akcesoriów wódczanych ze zbiorów Adama Łukawskiego”. Najważniejszym wydarzeniem tego roku było jednak Grand Prix w konkursie „IZABELLA 2020” otrzymane przez Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie za projekt „Zoom na muzeum”.

W tym roku dostaliście Państwo dwie „IZABELLE” i wyróżnienie Grand Prix. Co to za konkurs i za co Państwo zostaliście nagodzeni?

„Izabella” jest nagrodą w konkursie na wydarzenie muzealne roku w województwie wielkopolskim. Jest przyznawana od kilkunastu lat, już od 2002 roku. Podzielona jest na parę kategorii, m.in. działalność wystawienniczą, edukacyjną czy naukową. Samą „Izabellę” dostawaliśmy co roku, ale Grand Prix już nie.

Nagrodę otrzymaliśmy w kategorii „działalność edukacyjna” za program „Zoom na Muzeum”. Program został opracowany jako remedium na trudną sytuację naszej instytucji w zakresie upowszechniania zbiorów, co związane było bezpośrednio z wystąpieniem stanu pandemii COVID-19, przez którą wiele z planowanych działań musiało zostać zawieszonych lub zmienionych.Ten czas wyzwolił w pracownikach pokłady kreatywności, co doceniło jury. Zaczęliśmy prężnie działać w internecie, a jeśli sytuacja pozwalała, prowadziliśmy projekty na miejscu w muzeum, oczywiście w warunkach reżimu sanitarnego. U podstaw opracowanego programu leżała konieczność podtrzymania zainteresowania widzów naszym muzeum oraz potrzeba wypracowania takiego modelu działania, który dopasowałby ofertę muzealną do trudnej sytuacji, a w konsekwencji umożliwił naszej instytucji kontynuację misji. Zakres tematyczny programu był dość szeroki: od dziejów rolnictwa po obrzędy ludowe. W tym zakresie prowadziliśmy liczne pokazy i warsztaty. Pandemia nas nie pokonała (śmiech!)

Przeglądałam kalendarz wydarzeń w Państwa muzeum, dużo ich było.

Tak. W miejsce imprez plenerowych, których nie mogliśmy zrealizować,  wprowadziliśmy pokazy dla mniejszej grupy osób, za to w każdy weekend. Sporo działań odbywało się w internecie. Kręciliśmy filmiki, były też działania na Facebooku.

W jakich kategoriach otrzymali Państwo „IZABELLE”?

Drugie miejsce w kategorii „działalnośc naukowa i wydawnicza” wygrała nasza konferencja „Szkoła im. Haliny – 150-lecie otwarcia szkoły rolniczej w Żabikowie”, na której zaproszeni profesorowie i doktorzy prezentowali swoje referaty. Trzecie miejsce w kategorii „działalność wystawiennicza” przypadło wystawie „STRENG VERBOTEN. Wielkopolska wieś w latach 1939-1945”, którą można było też oglądać przez internet.

Strona 1 z 9

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.